pad

(20)00.01.10

Niedawno zgadalo sie przy lunchu z facetem od marketingu na rozne tematy, w tym tzw. "muscle cars" (czyli samochody sportowe z duza moca silnika) oraz polityczne, jak np. reforma oswiaty i tzw. czek (bon) oswiatowy. Tak, niestety i w USA doszlo do tego, ze przepchnac idee bonu oswiatowego w szkolnictwie stopnia podstawowego oraz sredniego to powazne wyzwanie dla Prawicy. Wyglada wrecz na to, ze jest niemal identycznie jak w Polsce - nie ma tzw. "woli politycznej" he he. Nic jednak dziwnego. Kiedys porownano poziom w szkolach katolickich oraz panstwowych w jakims regionie, zdaje sie w Nowym Jorku i wyniki byly dosc szokujace. "Koszt" ksztalcenia w obu typach szkol niby bardzo podobny - tj. czesne w szkolach katolickich jest mniej wiecej tej samej wysokosci, co naklady na ucznia w szkolach panstwowych. Wyniki jednak diametralnie rozne. W szkolach katolickich uczniowie ucza sie i zaliczaja standardowe egzaminy z bardzo wysokimi wynikami. W tych panstwowych chuliganstwo, narkomania, ogolny b...alagan, a do tego wyniki uczniow sa mizerne. Postanowiono wiec przyjrzec sie wladzom zwierzchnim tych szkol. Telefon do okregowego kuratorium i pytanie o liczbe zatrudnionych w nim urzednikow. Jak sie okazuje ponad 2 tysiace. Telefon do analogicznej instytucji zarzadzajacej szkolami katolickimi i to samo pytanie. Odpowiedz: "Chwileczke, policze... 11"... Najgorsze jest to, ze i tutaj Lewica wydaje sie byc sklonna bronic socjalizmu jak niepodleglosci. Jak to mowi Andrzej "Ucieklby stad czlowiek tylko nie ma gdzie" - oto dramat czlowieka wolnego konca XX w. he he... Jewropiejcy szczyca sie tym, ze poziom w ich szkolach tak wysoki w porownaniu z amerykanskimi. Zapominaja, ze Amerykanie byli na starcie gdzies o pokolenie wczesniej... Tak czy inaczej nie ma to jak pogadac przy jedzeniu ze swoim. Spytalem faceta czy jest libertarianinem czy repu- -blikanem bo jego poglady wydaja mi sie byc zbyt prawicowe jak na republikanina he he. Okazalo sie, ze jednak jest republikaninem. Z mojej strony rozmowa byla niezmiernie przyjemna. Jedynie dla Hanocha powialo groza i abstrakcja he he...

No i znow okazalem sie szczesciarzem. Okazalo sie, ze aby moc przedluzyc rejestracje mojego T-birda na nastepny rok, musze poddac go tzw. smog-check czyli badaniu zawartosci wydechu he he. Powyzej pewnego wieku samochodu (zdaje sie 6 lat?) jest to obowiazkowe co 2 lata. Smog check, panie, powazna sprawa. W warsztacie stoi potezna, skomputeryzowana maszyna. Z niej wychodzi waz ze specjalna koncowka, ktora wklada sie do rury wydechowej. Jednak najpierw mechanik zeskanowal przy pomocy specjalnego urzadzenia kod paskowy na wezwaniu z DMV i po chwili urzadzenie wiedzialo juz wszystko o samochodzie i jego przerazonym wlascicielu he he. Marka, rocznik, pojemnosc silnika, system wydechu, wszystko, panie, jak na dloni. Prawie jak w tych przepowiedniach o implantach he he. Najciekawsze jest to, ze oszukac sie tak latwo nie da, bo wynik pomiaru wysylany jest od razu elektronicznie do bazy danych DMV. Ciekawe czy chlopaki w Chicago zlamali juz zabezpieczenia tego urzadzenia he he... Pomiar dotyczyl trzech substancji. 2 mialem "cycus", jak mawia moj przyjaciel, ale gorzej z HC. 119 na 120 dopuszczalnych jednostek. Kiedy pokazalem to znudzonemu mechanikowi ten zakrzyknal entuzjastycznie, ze jestem szczesciarzem jakich malo. Mial chlop racje - liczy sie, ze test zaliczony i T-bird bedzie dopuszczony do ruchu przez co najmniej najblizsze dwa lata. No a za dwa lata to juz trzeba bedzie kupic cos bardziej reprezentacyjnego he he.

Im blizej do Sylwestra, tym natretniej o tzw. "problemie Y2K" w mediach. Dla mnie jedyny rozsadny akcent w calym tym szumie informacyjnym to pewna piosenka country o Y2K, jaka dosc czesto slyszalem w radio jadac do pracy. Tekst jest mniej wiecej nastepujacy: "Facet od komputerow straszy, ze 1 stycznia 2000 bedzie koniec swiata, ale wiecie, ja mieszkam w lasach i Y2K nic dla mnie nie znaczy. Mam shotguna i woz z napedem na 4 kola. Wiejski chlopak potrafi przetrwac..." he he...

W srode przed Wigilia dlugo oczekiwane wydarzenie - na Swieta przylecial do mnie z Chicago Jacek. Zgodnie z prawami Murphyego doszlo do malego nieporozumienia i troche szukalismy sie na lotnisku ale nie to jest wazne. Wazne bylo m.in. he he to, co Jacek mi przywiozl. Wspomnienia starych dobrych czasow oraz inne sentymenty sklonily mnie do poproszenia Jacka o pare rzeczy dostepnych w Chicago a niedostepnych tutaj, ale Jacek zrobil mi niesamowita niespodzianke. Chcac umozliwic mi przypomnienie sobie starych dobrych czasow tak jak to tylko mozliwe he he, przywiozl mi nie tylko mnostwo rozmaitego polskiego piwa i konserwy jak "Tyrolska" czy "Turystyczha" (to podstawa he he) ale takze "Paprykarz Szczecinski", rozmaite slodycze oraz najwazniejsze i zupelnie niespodziewane: kisielek he he... No, to juz naprawde jak za lepszych czasow, kiedy to na pewnym slowackim dworcu autobusowym zobaczylismy na tablicy z rozkladem jazdy napis o tresci krotkiej acz kontrowersyjnej he he, ktory od tej pory stal sie naszym natchnieniem nie tylko w chwilach smutku czy rezygnacji he he...

Na drugi dzien (czwartek) wieczorem wybralismy sie zgodnie z wczesniejszym planem "na porzadnego steka do Black Angus" (www.blackangus.com). Taaaak, stek byl naprawde porzadny, tzn. taki "na styk" - zjadlo sie go z rozkosza, ale kesa czegokolwiek wiecej czlowiek by juz nie byl w stanie he he. Potem, aby wprowadzic sie w klimat czekajacego nas naza- -jutrz wyjazdu, obejrzelismy sobie znow klasyke pop-kultury pt. "Beavis & Butt-Head Do America". Tradycyjnie, dosc mocno rozbawila nas kwestia "It sucks even more that everything that has ever sucked before" czyli - w wolnym tlumaczeniu - "to jest do niczego nawet bardziej niz wszystko, co bylo do niczego do tej pory" he he... Jednak film jest kopalnia cytatow, ktore - w polaczeniu z napisem widzianym na Slowacji - spowodowaly, iz przez znaczna czesc naszego wyjazdu trzymala sie nas niezla "glupawka" he he...

W Wigilie oczywiscie nieco zaspalismy ale juz gdzies tak kolo poludnia udalo nam sie wyruszyc w trase. Najpierw w kierunku Monterey i Carmel, aby tam wjechac na slawetna kalifornijska "Highway 1" (jak mowi Vikas "jesli nie jechales "1-ka" to nie byles jeszcze w Kaliforni" i ma racje) ktora, ciagnac sie prawie przez caly czas wzdluz wybrzeza Pacyfiku, miala nas zaprowadzic do samego Santa Barbara, gdzie planowalismy spedzic Swieta. Trasa jest naprawde niesamowita. Zapierajace dech w piersiach plaze i skaly z jednej strony drogi, a piekne gorki z drugiej - "Tak dobrze to nie bylo juz dawno" - doszlismy zgodnie do wniosku... Oczywiscie najwiekszym wyrazem uznania dla uroczych miejsc bylo tradycyjne "przekimalby" he he... Jedynym negatywnym akcentem po drodze bylo to, ze w malutkiej osadzie Gorda oskubano nas niezle na benzynie - kosztowala prawie tyle co w Polsce - tzn. dwa razy drozej niz normalnie. Nie chcialem ryzykowac wyczerpania sie paliwa gdzies po drodze do "cywilizacji", wiec chcac nie chcac napelnilem tam bak, jednak, jak sie potem okazalo, dosc spory kawalek przed Santa Barbara zaczynaja sie normalne miasteczka z normalnymi cenami benzyny, a do tego moj Thunderbird spokojnie przejedzie cala trase bez tankowania po drodze. Dojezdzalismy do Santa Barbara gdy zapadl zmierzch. W pewnym momencie moglismy zmienic droge na 101-ke jednak staralismy sie trzymac prez caly czas 1-ki, co okazalo sie podejsciem slusznym, gdyz stracilismy niewiele czasu, a za to widoki byly znacznie piekniejsze. Zwlaszcza nocna jazda malowniczymi wiejskimi drogami to bylo to - zielen, zapachy - zyc nie umierac... "Kimanko" to oczywiscie "Motel 6" (www.motel6.com). W samym Santa Barbara jest jeden (oczywiscie z nieco wyzszymi cena- -mi) jednak za miastem sa jeszcze dwa z cenami calkiem juz normalnymi. A coz stanowi kilkanascie mil autostrada wsrod palm? "Klimaty" okolic Santa Barbara przywoluja nieodparcie skojarzenie z Monte Carlo, ktore "staje sie cialem", gdy jadac 101-ka widzi sie nazwe jednej z sasiednich miejscowosci - Montecito he he... Kawalek za Montecito znalezlismy "nasz" Motel 6 i pare chwil pozniej bylismy juz "w domu". Nasza Wieczerza Wigilijna byla dosc spartanska i nietypowa - za karpia zrobila puszkowa sardynka... Najwazniejsze bylo jednak to, ze spozywalismy ja razem a przeciez nie widzielismy sie od ponad dwoch lat... Pol nastepnego dnia spedzilismy po prostu lezac na plazy, opalajac sie i wschluchujac w szum fal lub zartujac. Niestety w sezonie zimowym, choc jest wciaz cieplo, szybko robi sie ciemno - jak to w zimie he he. Pochodzilismy troche po miescie, ktore robi naprawde niesamowite wrazenie - nawet lepsze niz perelka polnocnej Kaliforni - Carmel. Przede wszystkim uwage przykuwa, jesli nie wrecz szokuje, ogolny przepych i elegancja uliczek z ich restauracjami, kawiarniami, butikami... W niedziele, zanim udalismy sie w droge powrotna, zobaczylismy slawna misje katolicka w Santa Barbara - przepiekna stara swiatynie z wnetrzem zachwycajacym na rowni ze wspanialym egzotycznym otoczeniem - ze wzgorza, na ktorym polozony jest kosciol, widac ocean, a dookola sasiednie wzgorza z egzotyczna roslinnoscia i pieknymi rezydencjami. Ogolnie Santa Barbara wyglada w ten sposob, iz zaraz przy oceanie zaczynaja sie osiedla mieszkalne oraz centrum a dalej sa wzgorza, przy czym obowiazuje zasada, iz czym wyzej, tym domy, a raczej minipalace, bardziej imponujace. Oczarowani pieknem misternie udekorowanego wnetrza swiatyni doszlismy z Jackiem do identycznego wniosku: "jak w westernie". Naprawde, takie koscioly oglada sie raczej glownie w klasycznych westernach...

W drodze powrotnej w pewnym momencie zboczylismy nieco z trasy aby zwiedzic slawne dunskie miasteczko Solvag - zostalo zalozone przez osadnikow z Danii i dzis jest juz nastawione wylacznie na turystyke. Nieco kiczowate ale jednak ma w sobie cos bardzo wyjatkowego. Bys moze jest to perfekcyjny efekt imitacji prawdziwej Danii? Kamieniczki ze sklepami, cukierniami, imitacje wiatrakow, architektura, kolory, wszystko powoduje, ze czlowiek mimowolnie zapomina, iz tak naprawde jest w Kaliforni i zastanawia sie, kiedy zobaczy siwego, wytwornego gentlemana w garniturze, meloniku i z laseczka, ktory z usmiechem oswiadczy: "Mam plan!".

Kilka mil za jednym z punktow, gdzie mozna zatrzymac sie, aby zachwycac sie morskim powietrzem, szumem fal, piekna plaza i skalami, zboczylismy z trasy po raz drugi, aby zwiedzic legendarny Zamek Hearsta. Niestety, okazalo sie, ze sprawa zorganizowana jest inaczej, niz to sobie wyobrazalismy, tj. ze po prostu wjedziemy na gorke, pochodzimy troche wokol zamku i pojedziemy. Z szosy dojechac mozna tylko do specjalnego budynku, gdzie w oparciu o rezerwacje otrzymujemy bilet, po czym udajemy sie na zwiedzanie zamku wraz z przewodnikiem i cala grupa autokarem - wjazd na gore z zamkiem trwa pol godziny, a zwiedzanie cos kolo dwoch. Doszlismy do wniosku, ze "nie ma sprawy, bo spieszy nam sie a zamek pewnie i tak okazalby sie kiczem rodem z Disney'a" i tu pomylilismy sie. Jak sie potem dowiedzialem m.in. od Hanocha i Roberta, zamek naprawde warto zwiedzic... No coz, nastepnym razem...

Maly kawalek przed San Jose wpadlismy w nieco uciazliwy korek na 101-ce, ktora robi sie wielopasmowa autostrada dopiero bezposrednio przed samym San Jose, ale ogolnie nie bylo tak zle - w domu bylismy juz kolo 19-ej, zdazywszy "zaliczyc" jeszcze poczte i sklep spozywczy...

Ledwie zdazylismy wypakowac rzeczy z samochodu i rzucic je na podloge w moim living-roomie (he he) dalo sie slyszec kolatanie do drzwi mego mieszkania. Te twarz rozpoznalbym zawsze i wszedzie he he - moj sasiad. Okazalo sie, ze zostawil klucze od mieszkania w samochodzie, ktorym rodzina odwiozla go na lotnisko. Najpierw poprosil mnie o udostepnienie mojego balkonu, w nadziei, ze moze zostawil drzwi od swojego nie do konca domkniete. Nadzieja, niestety, okazala sie nalezec do tych tzw. plonnych. Wrocil wiec do mego mieszkania i stwierdzil, ze nie ma problemu, gdyz za jakies 15 minut powinna wrocic jego przyjaciolka. I, ze wobec tego posiedzi sobie na dywanie w korytarzu. Przejety jego sytuacja zaproponowalem mu cos do picia. Przyjal z wdziecznoscia mala butelke Fostersa. Powiedzial, ze mam fajne mieszkanie oraz, ze "jestem dobrym sasiadem, ze mogl na mnie liczyc w klopocie" he he...

Na drugi dzien wieczorem udalismy sie z Jackiem na pizze do "Gumbas". Niestety, lokal z jakiegos powodu byl zamkniety wiec skonczylo sie na popularnej restauracji "Round Table Pizza", a potem pokazalem Jackowi "Mekke Doliny Krzemowej" czyli supersklep z elektronika i nie tylko - "Fry's"... No, a we wtorek niestety, ku naszemu ogromnemu smutkowi, Jacek musial odleciec z powrotem do Chicago... Postanowilismy, ze nastepnym razem jedziemy w gory...

Sylwester... W pewnym momencie pojawila sie dosc ciekawa propozycja ze strony Ani - nowej znajomej z kosciola. Mianowicie chciala mnie namowic, abym wraz z nia i jej kolezanka (Brazylijka europejskiego pochodzenia - "na pewno wnuczka SS-mana", jak skomentowal to od razu z wlasciwym sobie refleksem i poczuciem humoru moj Brat) przywital Nowy Rok na Embarcadero w San Francisco. Moze kiepski ze mnie James he he, ale wybilem im to z glowy - na podstawie chocby zeszlorocznych doniesien o ekscesach mozna bylo wysnuc latwy wniosek, ze pomysl graniczy z samobojstwem he he. Skonczylo sie wiec na balu w Parafii w San Jose, gdzie spedzilismy wieczor sylwestrowy w towarzystwie Agi i Piotra, Tadeusza i Adamskiego i wielu innych (takze nowych) znajomych. Najlepszy byl Witek - nieomal sobowtor jednego z prezenterow "Teleekspressu", co wciaz budzilo moja wesolosc he he... Ogolnie impreza byla niesamowita i niezwykle udana. Gdyby nie to, ze sala przy kosciele nie jest zbyt duza, moznaby zorganizowac prawdopodobnie nie tylko najlepszy ale i najwiekszy bal w Dolinie Krzemowej... Tym razem wszystko bylo na najwyzszym poziomie. Takze DJ, ktory zamontowal z jednej strony sali ekran dla projektora wideo, na ktorym wyswietlane byly podczas balu teledyski z DVD. Oczywiscie bylo tez duzo typowo polskiej muzyki w wersji bez wideo. Uczestnicy balu bawili sie fantastycznie, takze podczas losowania loterii fantowej, gdzie nagrodami byly m.in. ekskluzywne zestawy kosmetykow czy wykwintne wina kalifornijskie... Pod koniec balu obslugiwac bar pomagali sami policjanci (ktorzy tradycyjnie robili za "ochrone imprezy"). Na moje nieco zdziwione spojrzenie odpowiedzieli z usmiechem: "My nie tylko bronimy, ale takze sluzymy", co z pelnego wielo- znacznosci angielskiego mozna przetlumaczyc takze jako "serwujemy" he he... Nieco rozbawilo mnie kazanie naszego Proboszcza podczas Mszy przed balem, a raczej jeden maly fragment, ktory pouczal nas, iz mamy tylko jedno zycie, nie ma reinkarnacji i nie bedzie nastepnego zycia, nie bedzie mozna wcielic sie w Jamesa Bonda he he...

W niedziele wchodze do sali parafialnej, aby posilic sie w "Kawiarence", patrze, a tu Tony z Ania i jakas druga dziewczyna mogaca byc Brazylijka he he. Zamowilem barszczyk z uszkami i nalesniki z jablkami, przysiadlem sie do nich i przylaczylem do konwersacji he he. Po chwili spytalem Simon jakiego jest pochodzenia: francuskiego, wloskiego, czy moze niemieckiego. Simon na to, ze niemieckiego, ale jej dziadek byl Francuzem. "Nie wygladasz na Niemke" zaserwowalem jej przedpoludniowy komplement he he a potem rozmowa zeszla na pana D., ktory widzac mnie w kosciele z Ania pomyslal, ze to moja dziewczyna i spytal uprzejmie czy zaprosze go slub. Oczywiscie wyjasnilem nieporozumienie, ale tak mnie to rozbawilo, ze postanowilem im o tym opowiedziec. Mowie, ze p. D. jest niezwykle sympatyczny i bardzo lubie jego opowiesci o czasach wojny. Od razu zaserwowalem jedna, ktora bardzo utkwila mi w pamieci - jak to p. D. pracujac przymusowo w fabryce Mescherschmitta w Austrii widzial tam naukowcow - Zydow, ktorzy dostali od Niemcow specjalne gwarancje nietykalnosci tak dlugo, jak pracowali w tych zakladach. Mieli byc zgladzeni dopiero po zakonczeniu wojny. Spojrzalem na Simon i mowie z usmiechem, ze to mi sie wlasnie podoba u Niemcow - przywiazanie do prawa i przepisow. Porzadek i organizacja he he. Zupelnie nie wiedzialem dlaczego w miedzyczasie Tony zaczal mowic cos o jakichs pruskich ciasteczkach. Ze probowal ich kiedys, ze ogromnie mu skakowaly, i, ze to zdaje sie jakas bardzo znana tradycja niemiecka no i czy Simon zna te ciasteczka. Simon na to, ze nie zna, wiec Tony znow mowi, ze sa pyszne, ze to tradycja i myslal, ze ona bedzie je znac. Dlaczego Tony zaczal opowiadac o tych ciasteczkach mialo sie wyjasnic dopiero tydzien pozniej he he...

Po poludniu mial miejsce wspanialy obiad u Gosi i Leszka, ktorzy zaprosili Roberta z rodzina i mnie - poczulem sie naprawde zaszczycony. Bylo niezmiernie sympatycznie a do tego okazalo sie, ze Sw. Mikolaj zostawil we Fremont specjalny prezent dla mnie. O tym, ze poszukuje CD "Carmina Burana" wspominalem kiedys tylko Gosi, ktorej skadinad nie posadzilbym o niedyskrecje, a jednak Sw. Mikolaj skads o tym wiedzial. To spryciarz...

Wczoraj przyszedlem do kosciola z resztkami grypy, ktora zlapala mnie juz tydzien temu (podobno w Kaliforni mamy epidemie) do tego stopnia, ze stracilem apetyt i wszyscy byli bardzo rozbawieni patrzac na mnie spogladajacego na barszczyk i nalesniki z mina jakbym wlasnie mial wypowiedziec znamienne "Jesc albo nie jesc" he he. Udalo mi sie pokonac te dwa malutkie nalesniki dzieki temu, ze sklonilem Simon do skosztowania jednego z nich mowiac, ze jesli nie skosztuje nalesnika z jablkami to do konca zycia nie dowie sie na czym polega polskie jedzenie he he... Przychodze, patrze Grzegorz, Tony, Ania... W "kawiarence" bylo oczywiscie wesolo. Tony zaczal oskarzac mnie, iz tydzien wczesniej najwyrazniej "sploszylem" Simon moimi opowiesciami o wojnie, mimo, ze on probowal rozpaczliwie a wrecz heroicznie ratowac sytuacje pruskimi ciasteczkami he he, no ale Simon juz nie przyszla. Ania powiedziala, ze wcale jej nie sploszylem i choc z jakiegos powodu urwala, to z jej glosu wywnioskowalem, ze "raczej przeciwnie" he he. Ciezkie jest zycie Jamesa Bonda na emigracji he he... Potem zaczalismy rozmawiac na tematy rozne i kontrowersyjne he he, az w pewnym momencie podszedl do nas Proboszcz i mowi cos w stulu "ty, Adas to jestes do rozmowy...", na co ja "ja tylko tak teoretycznie, prosze Ksiedza", na co on z usmiechem "ja wiem, ale z teorii bierze sie praktyka"... Najgorsze jest to, ze za Chiny nie pamietam o czym my w tym momencie rozmawialismy. Chyba jednak o czyms nieprzyzwoitym he he. Chyba juz wiem. Powiedzialem, ze wg mnie to bzdura, ze w USA wolno legalnie wspolzyc seksualnie od 18 roku zycia podczas gdy spozywac alkohol dopiero od 21-go. Dla mnie nie ma to sensu. Bo to idiotyzm, ze w wieku 20 lat dziewczyna moze miec juz legalnie kilkoro dzieci a nawet nie wolno jej sie napic piwa. Na co Tony powiedzial cos, ze "malolaty teraz biora samochody i psoca", a wtedy ja, ze "dzis samochody sa male i sie nie da", wtedy Grzegorz wybuchnal smiechem, a Tony powiedzial cos, ze we Wloszech jakas kobieta przegrala proces o gwalt, gdyz miala na sobie za ciasne dzinsy i to mniej wiecej chyba wtedy podszedl do nas Proboszcz. Chyba wtedy, gdy powiedzialem, ze dzis sie nie da z powodu malych rozmiarow wspolczesnych samochodow. Niedobrze... Pociesza mnie jedynie to, ze tydzien temu nasz Proboszcz oswiadczyl przy calym stoliku, iz "Adas to przyzwoity gosc"...

Nastepny weekend zapowiada sie bombowo. Wycieczka w gory w sobote, a w niedziele spotykamy sie na Mszy w poludnie, po czym idziemy do Tony'ego (mieszka rzut beretem od kosciola) na impreze aby wrocic do kosciola na 18-ta - na projekcje "Pana Tadeusza"... Nie jest zle! I wlasnie teraz, kiedy akurat tyle sie dzieje, Andrzej musi byc w Polsce...

CDN