 |
 |


Niedawno
zgadalo sie przy lunchu z facetem od marketingu na rozne tematy, w
tym tzw. "muscle cars" (czyli samochody sportowe z duza moca
silnika) oraz polityczne, jak np. reforma oswiaty i tzw. czek (bon)
oswiatowy. Tak, niestety i w USA doszlo do tego, ze przepchnac idee
bonu oswiatowego w szkolnictwie stopnia podstawowego oraz sredniego
to powazne wyzwanie dla Prawicy. Wyglada wrecz na to, ze jest niemal
identycznie jak w Polsce - nie ma tzw. "woli politycznej" he he. Nic
jednak dziwnego. Kiedys porownano poziom w szkolach katolickich oraz
panstwowych w jakims regionie, zdaje sie w Nowym Jorku i wyniki byly
dosc szokujace. "Koszt" ksztalcenia w obu typach szkol niby bardzo
podobny - tj. czesne w szkolach katolickich jest mniej wiecej tej
samej wysokosci, co naklady na ucznia w szkolach panstwowych. Wyniki
jednak diametralnie rozne. W szkolach katolickich uczniowie ucza sie
i zaliczaja standardowe egzaminy z bardzo wysokimi wynikami. W tych
panstwowych chuliganstwo, narkomania, ogolny b...alagan, a do tego
wyniki uczniow sa mizerne. Postanowiono wiec przyjrzec sie wladzom
zwierzchnim tych szkol. Telefon do okregowego kuratorium i pytanie o
liczbe zatrudnionych w nim urzednikow. Jak sie okazuje ponad 2
tysiace. Telefon do analogicznej instytucji zarzadzajacej szkolami
katolickimi i to samo pytanie. Odpowiedz: "Chwileczke, policze...
11"... Najgorsze jest to, ze i tutaj Lewica wydaje sie byc sklonna
bronic socjalizmu jak niepodleglosci. Jak to mowi Andrzej "Ucieklby
stad czlowiek tylko nie ma gdzie" - oto dramat czlowieka wolnego
konca XX w. he he... Jewropiejcy szczyca sie tym, ze poziom w ich
szkolach tak wysoki w porownaniu z amerykanskimi. Zapominaja, ze
Amerykanie byli na starcie gdzies o pokolenie wczesniej... Tak czy
inaczej nie ma to jak pogadac przy jedzeniu ze swoim. Spytalem
faceta czy jest libertarianinem czy repu- -blikanem bo jego poglady
wydaja mi sie byc zbyt prawicowe jak na republikanina he he. Okazalo
sie, ze jednak jest republikaninem. Z mojej strony rozmowa byla
niezmiernie przyjemna. Jedynie dla Hanocha powialo groza i
abstrakcja he he...
No i znow okazalem sie szczesciarzem.
Okazalo sie, ze aby moc przedluzyc rejestracje mojego T-birda na
nastepny rok, musze poddac go tzw. smog-check czyli badaniu
zawartosci wydechu he he. Powyzej pewnego wieku samochodu (zdaje sie
6 lat?) jest to obowiazkowe co 2 lata. Smog check, panie, powazna
sprawa. W warsztacie stoi potezna, skomputeryzowana maszyna. Z niej
wychodzi waz ze specjalna koncowka, ktora wklada sie do rury
wydechowej. Jednak najpierw mechanik zeskanowal przy pomocy
specjalnego urzadzenia kod paskowy na wezwaniu z DMV i po chwili
urzadzenie wiedzialo juz wszystko o samochodzie i jego przerazonym
wlascicielu he he. Marka, rocznik, pojemnosc silnika, system
wydechu, wszystko, panie, jak na dloni. Prawie jak w tych
przepowiedniach o implantach he he. Najciekawsze jest to, ze oszukac
sie tak latwo nie da, bo wynik pomiaru wysylany jest od razu
elektronicznie do bazy danych DMV. Ciekawe czy chlopaki w Chicago
zlamali juz zabezpieczenia tego urzadzenia he he... Pomiar dotyczyl
trzech substancji. 2 mialem "cycus", jak mawia moj przyjaciel, ale
gorzej z HC. 119 na 120 dopuszczalnych jednostek. Kiedy pokazalem to
znudzonemu mechanikowi ten zakrzyknal entuzjastycznie, ze jestem
szczesciarzem jakich malo. Mial chlop racje - liczy sie, ze test
zaliczony i T-bird bedzie dopuszczony do ruchu przez co najmniej
najblizsze dwa lata. No a za dwa lata to juz trzeba bedzie kupic cos
bardziej reprezentacyjnego he he.
Im blizej do Sylwestra, tym
natretniej o tzw. "problemie Y2K" w mediach. Dla mnie jedyny
rozsadny akcent w calym tym szumie informacyjnym to pewna piosenka
country o Y2K, jaka dosc czesto slyszalem w radio jadac do pracy.
Tekst jest mniej wiecej nastepujacy: "Facet od komputerow straszy,
ze 1 stycznia 2000 bedzie koniec swiata, ale wiecie, ja mieszkam w
lasach i Y2K nic dla mnie nie znaczy. Mam shotguna i woz z napedem
na 4 kola. Wiejski chlopak potrafi przetrwac..." he he...
W
srode przed Wigilia dlugo oczekiwane wydarzenie - na Swieta
przylecial do mnie z Chicago Jacek. Zgodnie z prawami Murphyego
doszlo do malego nieporozumienia i troche szukalismy sie na lotnisku
ale nie to jest wazne. Wazne bylo m.in. he he to, co Jacek mi
przywiozl. Wspomnienia starych dobrych czasow oraz inne sentymenty
sklonily mnie do poproszenia Jacka o pare rzeczy dostepnych w
Chicago a niedostepnych tutaj, ale Jacek zrobil mi niesamowita
niespodzianke. Chcac umozliwic mi przypomnienie sobie starych
dobrych czasow tak jak to tylko mozliwe he he, przywiozl mi nie
tylko mnostwo rozmaitego polskiego piwa i konserwy jak "Tyrolska"
czy "Turystyczha" (to podstawa he he) ale takze "Paprykarz
Szczecinski", rozmaite slodycze oraz najwazniejsze i zupelnie
niespodziewane: kisielek he he... No, to juz naprawde jak za
lepszych czasow, kiedy to na pewnym slowackim dworcu autobusowym
zobaczylismy na tablicy z rozkladem jazdy napis o tresci krotkiej
acz kontrowersyjnej he he, ktory od tej pory stal sie naszym
natchnieniem nie tylko w chwilach smutku czy rezygnacji he
he...
Na drugi dzien (czwartek) wieczorem wybralismy sie
zgodnie z wczesniejszym planem "na porzadnego steka do Black Angus"
(www.blackangus.com). Taaaak, stek byl naprawde porzadny, tzn. taki
"na styk" - zjadlo sie go z rozkosza, ale kesa czegokolwiek wiecej
czlowiek by juz nie byl w stanie he he. Potem, aby wprowadzic sie w
klimat czekajacego nas naza- -jutrz wyjazdu, obejrzelismy sobie znow
klasyke pop-kultury pt. "Beavis & Butt-Head Do America".
Tradycyjnie, dosc mocno rozbawila nas kwestia "It sucks even more
that everything that has ever sucked before" czyli - w wolnym
tlumaczeniu - "to jest do niczego nawet bardziej niz wszystko, co
bylo do niczego do tej pory" he he... Jednak film jest kopalnia
cytatow, ktore - w polaczeniu z napisem widzianym na Slowacji -
spowodowaly, iz przez znaczna czesc naszego wyjazdu trzymala sie nas
niezla "glupawka" he he...
W Wigilie oczywiscie nieco
zaspalismy ale juz gdzies tak kolo poludnia udalo nam sie wyruszyc w
trase. Najpierw w kierunku Monterey i Carmel, aby tam wjechac na
slawetna kalifornijska "Highway 1" (jak mowi Vikas "jesli nie
jechales "1-ka" to nie byles jeszcze w Kaliforni" i ma racje) ktora,
ciagnac sie prawie przez caly czas wzdluz wybrzeza Pacyfiku, miala
nas zaprowadzic do samego Santa Barbara, gdzie planowalismy spedzic
Swieta. Trasa jest naprawde niesamowita. Zapierajace dech w
piersiach plaze i skaly z jednej strony drogi, a piekne gorki z
drugiej - "Tak dobrze to nie bylo juz dawno" - doszlismy zgodnie do
wniosku... Oczywiscie najwiekszym wyrazem uznania dla uroczych
miejsc bylo tradycyjne "przekimalby" he he... Jedynym negatywnym
akcentem po drodze bylo to, ze w malutkiej osadzie Gorda oskubano
nas niezle na benzynie - kosztowala prawie tyle co w Polsce - tzn.
dwa razy drozej niz normalnie. Nie chcialem ryzykowac wyczerpania
sie paliwa gdzies po drodze do "cywilizacji", wiec chcac nie chcac
napelnilem tam bak, jednak, jak sie potem okazalo, dosc spory
kawalek przed Santa Barbara zaczynaja sie normalne miasteczka z
normalnymi cenami benzyny, a do tego moj Thunderbird spokojnie
przejedzie cala trase bez tankowania po drodze. Dojezdzalismy do
Santa Barbara gdy zapadl zmierzch. W pewnym momencie moglismy
zmienic droge na 101-ke jednak staralismy sie trzymac prez caly czas
1-ki, co okazalo sie podejsciem slusznym, gdyz stracilismy niewiele
czasu, a za to widoki byly znacznie piekniejsze. Zwlaszcza nocna
jazda malowniczymi wiejskimi drogami to bylo to - zielen, zapachy -
zyc nie umierac... "Kimanko" to oczywiscie "Motel 6"
(www.motel6.com). W samym Santa Barbara jest jeden (oczywiscie z
nieco wyzszymi cena- -mi) jednak za miastem sa jeszcze dwa z cenami
calkiem juz normalnymi. A coz stanowi kilkanascie mil autostrada
wsrod palm? "Klimaty" okolic Santa Barbara przywoluja nieodparcie
skojarzenie z Monte Carlo, ktore "staje sie cialem", gdy jadac
101-ka widzi sie nazwe jednej z sasiednich miejscowosci - Montecito
he he... Kawalek za Montecito znalezlismy "nasz" Motel 6 i pare
chwil pozniej bylismy juz "w domu". Nasza Wieczerza Wigilijna byla
dosc spartanska i nietypowa - za karpia zrobila puszkowa sardynka...
Najwazniejsze bylo jednak to, ze spozywalismy ja razem a przeciez
nie widzielismy sie od ponad dwoch lat... Pol nastepnego dnia
spedzilismy po prostu lezac na plazy, opalajac sie i wschluchujac w
szum fal lub zartujac. Niestety w sezonie zimowym, choc jest wciaz
cieplo, szybko robi sie ciemno - jak to w zimie he he. Pochodzilismy
troche po miescie, ktore robi naprawde niesamowite wrazenie - nawet
lepsze niz perelka polnocnej Kaliforni - Carmel. Przede wszystkim
uwage przykuwa, jesli nie wrecz szokuje, ogolny przepych i elegancja
uliczek z ich restauracjami, kawiarniami, butikami... W niedziele,
zanim udalismy sie w droge powrotna, zobaczylismy slawna misje
katolicka w Santa Barbara - przepiekna stara swiatynie z wnetrzem
zachwycajacym na rowni ze wspanialym egzotycznym otoczeniem - ze
wzgorza, na ktorym polozony jest kosciol, widac ocean, a dookola
sasiednie wzgorza z egzotyczna roslinnoscia i pieknymi rezydencjami.
Ogolnie Santa Barbara wyglada w ten sposob, iz zaraz przy oceanie
zaczynaja sie osiedla mieszkalne oraz centrum a dalej sa wzgorza,
przy czym obowiazuje zasada, iz czym wyzej, tym domy, a raczej
minipalace, bardziej imponujace. Oczarowani pieknem misternie
udekorowanego wnetrza swiatyni doszlismy z Jackiem do identycznego
wniosku: "jak w westernie". Naprawde, takie koscioly oglada sie
raczej glownie w klasycznych westernach...
W drodze powrotnej
w pewnym momencie zboczylismy nieco z trasy aby zwiedzic slawne
dunskie miasteczko Solvag - zostalo zalozone przez osadnikow z Danii
i dzis jest juz nastawione wylacznie na turystyke. Nieco kiczowate
ale jednak ma w sobie cos bardzo wyjatkowego. Bys moze jest to
perfekcyjny efekt imitacji prawdziwej Danii? Kamieniczki ze
sklepami, cukierniami, imitacje wiatrakow, architektura, kolory,
wszystko powoduje, ze czlowiek mimowolnie zapomina, iz tak naprawde
jest w Kaliforni i zastanawia sie, kiedy zobaczy siwego, wytwornego
gentlemana w garniturze, meloniku i z laseczka, ktory z usmiechem
oswiadczy: "Mam plan!".
Kilka mil za jednym z punktow, gdzie
mozna zatrzymac sie, aby zachwycac sie morskim powietrzem, szumem
fal, piekna plaza i skalami, zboczylismy z trasy po raz drugi, aby
zwiedzic legendarny Zamek Hearsta. Niestety, okazalo sie, ze sprawa
zorganizowana jest inaczej, niz to sobie wyobrazalismy, tj. ze po
prostu wjedziemy na gorke, pochodzimy troche wokol zamku i
pojedziemy. Z szosy dojechac mozna tylko do specjalnego budynku,
gdzie w oparciu o rezerwacje otrzymujemy bilet, po czym udajemy sie
na zwiedzanie zamku wraz z przewodnikiem i cala grupa autokarem -
wjazd na gore z zamkiem trwa pol godziny, a zwiedzanie cos kolo
dwoch. Doszlismy do wniosku, ze "nie ma sprawy, bo spieszy nam sie a
zamek pewnie i tak okazalby sie kiczem rodem z Disney'a" i tu
pomylilismy sie. Jak sie potem dowiedzialem m.in. od Hanocha i
Roberta, zamek naprawde warto zwiedzic... No coz, nastepnym
razem...
Maly kawalek przed San Jose wpadlismy w nieco
uciazliwy korek na 101-ce, ktora robi sie wielopasmowa autostrada
dopiero bezposrednio przed samym San Jose, ale ogolnie nie bylo tak
zle - w domu bylismy juz kolo 19-ej, zdazywszy "zaliczyc" jeszcze
poczte i sklep spozywczy...
Ledwie zdazylismy wypakowac
rzeczy z samochodu i rzucic je na podloge w moim living-roomie (he
he) dalo sie slyszec kolatanie do drzwi mego mieszkania. Te twarz
rozpoznalbym zawsze i wszedzie he he - moj sasiad. Okazalo sie, ze
zostawil klucze od mieszkania w samochodzie, ktorym rodzina odwiozla
go na lotnisko. Najpierw poprosil mnie o udostepnienie mojego
balkonu, w nadziei, ze moze zostawil drzwi od swojego nie do konca
domkniete. Nadzieja, niestety, okazala sie nalezec do tych tzw.
plonnych. Wrocil wiec do mego mieszkania i stwierdzil, ze nie ma
problemu, gdyz za jakies 15 minut powinna wrocic jego przyjaciolka.
I, ze wobec tego posiedzi sobie na dywanie w korytarzu. Przejety
jego sytuacja zaproponowalem mu cos do picia. Przyjal z
wdziecznoscia mala butelke Fostersa. Powiedzial, ze mam fajne
mieszkanie oraz, ze "jestem dobrym sasiadem, ze mogl na mnie liczyc
w klopocie" he he...
Na drugi dzien wieczorem udalismy sie z
Jackiem na pizze do "Gumbas". Niestety, lokal z jakiegos powodu byl
zamkniety wiec skonczylo sie na popularnej restauracji "Round Table
Pizza", a potem pokazalem Jackowi "Mekke Doliny Krzemowej" czyli
supersklep z elektronika i nie tylko - "Fry's"... No, a we wtorek
niestety, ku naszemu ogromnemu smutkowi, Jacek musial odleciec z
powrotem do Chicago... Postanowilismy, ze nastepnym razem jedziemy w
gory...
Sylwester... W pewnym momencie pojawila sie dosc
ciekawa propozycja ze strony Ani - nowej znajomej z kosciola.
Mianowicie chciala mnie namowic, abym wraz z nia i jej kolezanka
(Brazylijka europejskiego pochodzenia - "na pewno wnuczka SS-mana",
jak skomentowal to od razu z wlasciwym sobie refleksem i poczuciem
humoru moj Brat) przywital Nowy Rok na Embarcadero w San Francisco.
Moze kiepski ze mnie James he he, ale wybilem im to z glowy - na
podstawie chocby zeszlorocznych doniesien o ekscesach mozna bylo
wysnuc latwy wniosek, ze pomysl graniczy z samobojstwem he he.
Skonczylo sie wiec na balu w Parafii w San Jose, gdzie spedzilismy
wieczor sylwestrowy w towarzystwie Agi i Piotra, Tadeusza i
Adamskiego i wielu innych (takze nowych) znajomych. Najlepszy byl
Witek - nieomal sobowtor jednego z prezenterow "Teleekspressu", co
wciaz budzilo moja wesolosc he he... Ogolnie impreza byla
niesamowita i niezwykle udana. Gdyby nie to, ze sala przy kosciele
nie jest zbyt duza, moznaby zorganizowac prawdopodobnie nie tylko
najlepszy ale i najwiekszy bal w Dolinie Krzemowej... Tym razem
wszystko bylo na najwyzszym poziomie. Takze DJ, ktory zamontowal z
jednej strony sali ekran dla projektora wideo, na ktorym wyswietlane
byly podczas balu teledyski z DVD. Oczywiscie bylo tez duzo typowo
polskiej muzyki w wersji bez wideo. Uczestnicy balu bawili sie
fantastycznie, takze podczas losowania loterii fantowej, gdzie
nagrodami byly m.in. ekskluzywne zestawy kosmetykow czy wykwintne
wina kalifornijskie... Pod koniec balu obslugiwac bar pomagali sami
policjanci (ktorzy tradycyjnie robili za "ochrone imprezy"). Na moje
nieco zdziwione spojrzenie odpowiedzieli z usmiechem: "My nie tylko
bronimy, ale takze sluzymy", co z pelnego wielo- znacznosci
angielskiego mozna przetlumaczyc takze jako "serwujemy" he he...
Nieco rozbawilo mnie kazanie naszego Proboszcza podczas Mszy przed
balem, a raczej jeden maly fragment, ktory pouczal nas, iz mamy
tylko jedno zycie, nie ma reinkarnacji i nie bedzie nastepnego
zycia, nie bedzie mozna wcielic sie w Jamesa Bonda he he...
W
niedziele wchodze do sali parafialnej, aby posilic sie w
"Kawiarence", patrze, a tu Tony z Ania i jakas druga dziewczyna
mogaca byc Brazylijka he he. Zamowilem barszczyk z uszkami i
nalesniki z jablkami, przysiadlem sie do nich i przylaczylem do
konwersacji he he. Po chwili spytalem Simon jakiego jest
pochodzenia: francuskiego, wloskiego, czy moze niemieckiego. Simon
na to, ze niemieckiego, ale jej dziadek byl Francuzem. "Nie
wygladasz na Niemke" zaserwowalem jej przedpoludniowy komplement he
he a potem rozmowa zeszla na pana D., ktory widzac mnie w kosciele z
Ania pomyslal, ze to moja dziewczyna i spytal uprzejmie czy zaprosze
go slub. Oczywiscie wyjasnilem nieporozumienie, ale tak mnie to
rozbawilo, ze postanowilem im o tym opowiedziec. Mowie, ze p. D.
jest niezwykle sympatyczny i bardzo lubie jego opowiesci o czasach
wojny. Od razu zaserwowalem jedna, ktora bardzo utkwila mi w pamieci
- jak to p. D. pracujac przymusowo w fabryce Mescherschmitta w
Austrii widzial tam naukowcow - Zydow, ktorzy dostali od Niemcow
specjalne gwarancje nietykalnosci tak dlugo, jak pracowali w tych
zakladach. Mieli byc zgladzeni dopiero po zakonczeniu wojny.
Spojrzalem na Simon i mowie z usmiechem, ze to mi sie wlasnie podoba
u Niemcow - przywiazanie do prawa i przepisow. Porzadek i
organizacja he he. Zupelnie nie wiedzialem dlaczego w miedzyczasie
Tony zaczal mowic cos o jakichs pruskich ciasteczkach. Ze probowal
ich kiedys, ze ogromnie mu skakowaly, i, ze to zdaje sie jakas
bardzo znana tradycja niemiecka no i czy Simon zna te ciasteczka.
Simon na to, ze nie zna, wiec Tony znow mowi, ze sa pyszne, ze to
tradycja i myslal, ze ona bedzie je znac. Dlaczego Tony zaczal
opowiadac o tych ciasteczkach mialo sie wyjasnic dopiero tydzien
pozniej he he...
Po poludniu mial miejsce wspanialy obiad u
Gosi i Leszka, ktorzy zaprosili Roberta z rodzina i mnie - poczulem
sie naprawde zaszczycony. Bylo niezmiernie sympatycznie a do tego
okazalo sie, ze Sw. Mikolaj zostawil we Fremont specjalny prezent
dla mnie. O tym, ze poszukuje CD "Carmina Burana" wspominalem kiedys
tylko Gosi, ktorej skadinad nie posadzilbym o niedyskrecje, a jednak
Sw. Mikolaj skads o tym wiedzial. To spryciarz...
Wczoraj
przyszedlem do kosciola z resztkami grypy, ktora zlapala mnie juz
tydzien temu (podobno w Kaliforni mamy epidemie) do tego stopnia, ze
stracilem apetyt i wszyscy byli bardzo rozbawieni patrzac na mnie
spogladajacego na barszczyk i nalesniki z mina jakbym wlasnie mial
wypowiedziec znamienne "Jesc albo nie jesc" he he. Udalo mi sie
pokonac te dwa malutkie nalesniki dzieki temu, ze sklonilem Simon do
skosztowania jednego z nich mowiac, ze jesli nie skosztuje nalesnika
z jablkami to do konca zycia nie dowie sie na czym polega polskie
jedzenie he he... Przychodze, patrze Grzegorz, Tony, Ania... W
"kawiarence" bylo oczywiscie wesolo. Tony zaczal oskarzac mnie, iz
tydzien wczesniej najwyrazniej "sploszylem" Simon moimi opowiesciami
o wojnie, mimo, ze on probowal rozpaczliwie a wrecz heroicznie
ratowac sytuacje pruskimi ciasteczkami he he, no ale Simon juz nie
przyszla. Ania powiedziala, ze wcale jej nie sploszylem i choc z
jakiegos powodu urwala, to z jej glosu wywnioskowalem, ze "raczej
przeciwnie" he he. Ciezkie jest zycie Jamesa Bonda na emigracji he
he... Potem zaczalismy rozmawiac na tematy rozne i kontrowersyjne he
he, az w pewnym momencie podszedl do nas Proboszcz i mowi cos w
stulu "ty, Adas to jestes do rozmowy...", na co ja "ja tylko tak
teoretycznie, prosze Ksiedza", na co on z usmiechem "ja wiem, ale z
teorii bierze sie praktyka"... Najgorsze jest to, ze za Chiny nie
pamietam o czym my w tym momencie rozmawialismy. Chyba jednak o
czyms nieprzyzwoitym he he. Chyba juz wiem. Powiedzialem, ze wg mnie
to bzdura, ze w USA wolno legalnie wspolzyc seksualnie od 18 roku
zycia podczas gdy spozywac alkohol dopiero od 21-go. Dla mnie nie ma
to sensu. Bo to idiotyzm, ze w wieku 20 lat dziewczyna moze miec juz
legalnie kilkoro dzieci a nawet nie wolno jej sie napic piwa. Na co
Tony powiedzial cos, ze "malolaty teraz biora samochody i psoca", a
wtedy ja, ze "dzis samochody sa male i sie nie da", wtedy Grzegorz
wybuchnal smiechem, a Tony powiedzial cos, ze we Wloszech jakas
kobieta przegrala proces o gwalt, gdyz miala na sobie za ciasne
dzinsy i to mniej wiecej chyba wtedy podszedl do nas Proboszcz.
Chyba wtedy, gdy powiedzialem, ze dzis sie nie da z powodu malych
rozmiarow wspolczesnych samochodow. Niedobrze... Pociesza mnie
jedynie to, ze tydzien temu nasz Proboszcz oswiadczyl przy calym
stoliku, iz "Adas to przyzwoity gosc"...
Nastepny weekend
zapowiada sie bombowo. Wycieczka w gory w sobote, a w niedziele
spotykamy sie na Mszy w poludnie, po czym idziemy do Tony'ego
(mieszka rzut beretem od kosciola) na impreze aby wrocic do kosciola
na 18-ta - na projekcje "Pana Tadeusza"... Nie jest zle! I wlasnie
teraz, kiedy akurat tyle sie dzieje, Andrzej musi byc w
Polsce...
CDN
| |