pad

99.07.02

[...]

Tak wiec, kiedy wyruszalem z osiedla Vikasa w Mountain View bylo juz cos kolo 16-tej... Na szczescie od wjazdu na autostrade 237 dzielilo mnie tylko kilka skrzyzowan. Potem trzeba bylo zjechac na autostrade 680 na polnoc, potem 580 na wschod (te mialy byc podobno potwornie zakorkowane, jednak nie bylo az tak zle - jedyny problem gdzies na trasie wynikal z tego, ze doszlo tam do dosc powaznego karambolu, co zablokowalo lewy pas autostrady), pozniej 205, az w koncu trasa 120 przejechac caly Park Narodowy Yosemite, by na krotko przed granica z Nevada, przy miejscowosci Benton zjechac na szose nr 6, ktora laczy sie kawalek dalej ze slawna "Pozaziemska szosa 375" prowadzaca juz do Rachel i drogi Groom Lake Road - do Area 51. Dzieki temu, ze zrobilem maly skrot miedzy 680 a 580, mianowicie pojechalem trasa nr 84, przejezdzalem przez przepiekna miejscowosc Livermore slynaca z wyrobu win (to juz winnicowe okolice polnocnej Kaliforni) i wyrozniajaca sie eleganckimi kafejkami, winiarniami oraz galeriami sztuki...

Gdzies przed Yosemite, bodajze w Chinese Camp, kiedy zobaczylem duza tablice z napisem "ostatnia stacja benzynowa", pomny na przestroge J-P aby wjezdzajac do Yosemite miec mozliwie pelny bak, postanowilem oczywiscie zatankowac. Okazalo sie jednak, ze nie maja tam benzyny "premiowej" 92 a tylko 87, za ktora zdzieraja jak za "premiowa". Facet w stroju country prowadzacy stacje benzynowa mial jakas dziwna twarz, a moze z oczu zle mu patrzylo - gdybym spotkal go w Polsce, pomyslalbym "UB-ek, albo ma UB-eka w rodzinie" he he. Kiedy juz zatankowalem, na tablicy z wielkim napisem "ostatnia stacja benzynowa" zobaczylem drugi napis bardzo malymi literami: "na przestrzeni 15 mil"...

Do granicy parku Yosemite dotarlem, kiedy zaczynalo sie sciemniac. Bilet wprawdzie jest dosc drogi ale na szczescie wazny na tydzien z mozliwoscia opuszczania terenu parku i powtornego wjazdu. Podobno Yosemite mozna przejechac w trzy kwadranse. He he to chyba wersja najbardziej optymistyczna, pod warunkiem, ze jedziemy sami, nie ma turystow, a poza tym trzeba miec zylke rajdowa he he... Mialem malego pecha - zboczylem na skutek kiepskiego oznakowania z trasy 120, co kosztowalo mnie kilkadziesiat minut, ale nie zaluje, gdyz widzialem fantastyczne rzeczy... Kiedy jednak wrocilem na wlasciwa droge bylo juz ciemno, a byl to w zasadzie dopiero prawie poczatek jazdy przez Park. He he jechalo sie gladko i sympatycznie. No prawie. Przez spory kawalek trasy siedzial mi na ogonie jakis ****** w mercedesie kombi z wlaczonymi chyba wszystkimi swiatlami jakie mial zamontowane. W koncu wkurzylem sie i przy pierwszej okazji zjechalem na pobocze aby mogl mnie wyprzedzic. Wtedy jednak oczywiscie zaczal wlec sie niemilosciernie wiec wkrotce ja musialem go wyprzedzic i znow znosic to, ze oslepial mnie jak tylko mogl... Ech... pan Edzio z "Zagubionej autostrady" dalby temu ********* popalic he he... Niemniej jechalo sie fajnie. Gdybym wczesniej mial mozliwosc zobaczenia tej trasy w dzien, he he chyba nigdy bym sie nie odwazyl na taka jazde... Ogolnie jazda noca przez gory Yosemite to najlepsze klimaty rodem z "Twin Peaks" lamane przez "XFiles". Brakowalo tylko naglego snopu silnego swiatla z gory he he... W koncu dotarlem do wschodniej bramy parku i potem he he znow sie - na szczescie - zgubilem. Otoz trasa 120 na wschod od Parku Yosemite pokrywa sie na odcinku chyba 5 mil z szosa 375. No i ja na szczescie przegapilem koniec tego odcinka. Na szczescie, gdyz jak sie okazalo w drodze powrotnej, odcinek trasy 120, ktorego uniknalem, jest tak "atrakcyjny", ze he he moze bym sie wtedy w nocy na nim nie zabil, ale raczej na pewno bym sie rozbil he he... Kiedy zorientowalem sie, ze jade do miasteczka Bishop, stwierdzilem, iz to nawet dobrze, gdyz raz, ze nie wiadomo jak wyglada tamten odcinek trasy 120, a poza tym Bishop - w przeciwienstwie do zupelnie zabitej dechami dziury Benton - kojarzyl mi sie z dobra baza noclegowa. Do tego kilkupasmowa szosa 375 pozwala na komfortowa jazde z predkocia 90-95 mil/h, tak, ze dotarlem do Bishop jakies pol godziny przed polnoca. "Motel 6", mimo astronomicznej ceny noclegu byl pelny. Po kilku minutach znalazlem motelik o dosc przyjemnie brzmiacej nazwie "Sunrise Motel", gdzie cena noclegu byla minimalnie mniej astronomiczna niz w "Motel 6", ale za to byl wolny pokoj. Standard okazal sie byc nieco nizszy, do tego dosc podejrzany wydal mi sie styl wystroju mojego "apartamentu" he he. Natomiast sam nieswiezy zapach jest czyms zupelnie zwyczajnym w tej klasy motelach...