 |
 |


[...]
Tak wiec, kiedy wyruszalem z osiedla Vikasa w
Mountain View bylo juz cos kolo 16-tej... Na szczescie od wjazdu na
autostrade 237 dzielilo mnie tylko kilka skrzyzowan. Potem trzeba
bylo zjechac na autostrade 680 na polnoc, potem 580 na wschod (te
mialy byc podobno potwornie zakorkowane, jednak nie bylo az tak zle
- jedyny problem gdzies na trasie wynikal z tego, ze doszlo tam do
dosc powaznego karambolu, co zablokowalo lewy pas autostrady),
pozniej 205, az w koncu trasa 120 przejechac caly Park Narodowy
Yosemite, by na krotko przed granica z Nevada, przy miejscowosci
Benton zjechac na szose nr 6, ktora laczy sie kawalek dalej ze
slawna "Pozaziemska szosa 375" prowadzaca juz do Rachel i drogi
Groom Lake Road - do Area 51. Dzieki temu, ze zrobilem maly skrot
miedzy 680 a 580, mianowicie pojechalem trasa nr 84, przejezdzalem
przez przepiekna miejscowosc Livermore slynaca z wyrobu win (to juz
winnicowe okolice polnocnej Kaliforni) i wyrozniajaca sie
eleganckimi kafejkami, winiarniami oraz galeriami
sztuki...
Gdzies przed Yosemite, bodajze w Chinese Camp,
kiedy zobaczylem duza tablice z napisem "ostatnia stacja benzynowa",
pomny na przestroge J-P aby wjezdzajac do Yosemite miec mozliwie
pelny bak, postanowilem oczywiscie zatankowac. Okazalo sie jednak,
ze nie maja tam benzyny "premiowej" 92 a tylko 87, za ktora
zdzieraja jak za "premiowa". Facet w stroju country prowadzacy
stacje benzynowa mial jakas dziwna twarz, a moze z oczu zle mu
patrzylo - gdybym spotkal go w Polsce, pomyslalbym "UB-ek, albo ma
UB-eka w rodzinie" he he. Kiedy juz zatankowalem, na tablicy z
wielkim napisem "ostatnia stacja benzynowa" zobaczylem drugi napis
bardzo malymi literami: "na przestrzeni 15 mil"...
Do granicy
parku Yosemite dotarlem, kiedy zaczynalo sie sciemniac. Bilet
wprawdzie jest dosc drogi ale na szczescie wazny na tydzien z
mozliwoscia opuszczania terenu parku i powtornego wjazdu. Podobno
Yosemite mozna przejechac w trzy kwadranse. He he to chyba wersja
najbardziej optymistyczna, pod warunkiem, ze jedziemy sami, nie ma
turystow, a poza tym trzeba miec zylke rajdowa he he... Mialem
malego pecha - zboczylem na skutek kiepskiego oznakowania z trasy
120, co kosztowalo mnie kilkadziesiat minut, ale nie zaluje, gdyz
widzialem fantastyczne rzeczy... Kiedy jednak wrocilem na wlasciwa
droge bylo juz ciemno, a byl to w zasadzie dopiero prawie poczatek
jazdy przez Park. He he jechalo sie gladko i sympatycznie. No
prawie. Przez spory kawalek trasy siedzial mi na ogonie jakis ******
w mercedesie kombi z wlaczonymi chyba wszystkimi swiatlami jakie
mial zamontowane. W koncu wkurzylem sie i przy pierwszej okazji
zjechalem na pobocze aby mogl mnie wyprzedzic. Wtedy jednak
oczywiscie zaczal wlec sie niemilosciernie wiec wkrotce ja musialem
go wyprzedzic i znow znosic to, ze oslepial mnie jak tylko mogl...
Ech... pan Edzio z "Zagubionej autostrady" dalby temu *********
popalic he he... Niemniej jechalo sie fajnie. Gdybym wczesniej mial
mozliwosc zobaczenia tej trasy w dzien, he he chyba nigdy bym sie
nie odwazyl na taka jazde... Ogolnie jazda noca przez gory Yosemite
to najlepsze klimaty rodem z "Twin Peaks" lamane przez "XFiles".
Brakowalo tylko naglego snopu silnego swiatla z gory he he... W
koncu dotarlem do wschodniej bramy parku i potem he he znow sie - na
szczescie - zgubilem. Otoz trasa 120 na wschod od Parku Yosemite
pokrywa sie na odcinku chyba 5 mil z szosa 375. No i ja na szczescie
przegapilem koniec tego odcinka. Na szczescie, gdyz jak sie okazalo
w drodze powrotnej, odcinek trasy 120, ktorego uniknalem, jest tak
"atrakcyjny", ze he he moze bym sie wtedy w nocy na nim nie zabil,
ale raczej na pewno bym sie rozbil he he... Kiedy zorientowalem sie,
ze jade do miasteczka Bishop, stwierdzilem, iz to nawet dobrze, gdyz
raz, ze nie wiadomo jak wyglada tamten odcinek trasy 120, a poza tym
Bishop - w przeciwienstwie do zupelnie zabitej dechami dziury Benton
- kojarzyl mi sie z dobra baza noclegowa. Do tego kilkupasmowa szosa
375 pozwala na komfortowa jazde z predkocia 90-95 mil/h, tak, ze
dotarlem do Bishop jakies pol godziny przed polnoca. "Motel 6", mimo
astronomicznej ceny noclegu byl pelny. Po kilku minutach znalazlem
motelik o dosc przyjemnie brzmiacej nazwie "Sunrise Motel", gdzie
cena noclegu byla minimalnie mniej astronomiczna niz w "Motel 6",
ale za to byl wolny pokoj. Standard okazal sie byc nieco nizszy, do
tego dosc podejrzany wydal mi sie styl wystroju mojego "apartamentu"
he he. Natomiast sam nieswiezy zapach jest czyms zupelnie zwyczajnym
w tej klasy
motelach...
| |