 |
 |


Na krotko
przed 11-ta wyruszylem z Bishop - trasa nr 6 na wschod. Kiedy
licznik pokazywal, iz przejechalem ok 350 mil zobaczylem "magiczna"
tablice "Welcome to Nevada". W sympatycznym miasteczku Tonopah
zatankowalem "premiowym" - tym razem - "Chevronem" i ruszylem w
dalsza trase. Chyba 5 mil za miastem, na poboczu, zobaczyc mozna
makiete pocisku rakietowego oraz tablice informujaca, iz w okolicy
znajduje sie nalezacy do Departamentu Energii poligon "Tonopah Test
Range". Obok miejscowosci Warm Springs zmienilem trase z 6 na
legendarna 375 i dosc szybko zobaczylem tablice informujaca iz do
Rachel zostalo 20 mil, a chwile pozniej kolejna - mowiaca o
przekroczeniu granicy slawetnego (z uwagi na Area 51) Hrabstwa
Lincoln. Kawalek przed Rachel ze zdziwieniem zobaczylem porzucony,
lezacy na dachu wsrod kaktusow, ok. 20 metrow od prostej drogi
samochod typu SUV (Sport-Utility Vehicle czyli skrzyzowanie minibusa
z samochodem terenowym). Rzecz dziwna - samochod wygladal na nowy,
mial otwarte drzwi no i nie bylo w okolicy zupelnie nikogo... Przed
samym Rachel zatrzymalem sie by zrobic zdjecie charakterystycznej
tablicy "Pozaziemska Szosa Nevada 375". Rachel to dwie, oddalone od
siebie o kilkaset metrow, grupy przyczep i kontenerow. Kiedys
mieszkali tam gornicy pracujacy w nalezacej do Union Carbide
pobliskiej kopalni. Ta jednak jest juz zamknieta a jedynym zrodlem
utrzymania mieszkancow osady wydaje sie byc ruch turystyczny
zwiazany z Area 51. Pierwsza (jesli przyjezdza sie od polnocy - tak
jak ja) z grup przyczep i kontenerow to legendarny przybytek o
nazwie "Little A'Le'Inn" czyli restauracja, knajpa, sklep z
pamiatkami i oparty o kontenerowe domki motel. Druga grupa to
wlasciwa osada, gdzie mieszkaja miejscowi. Miesci sie tam tez tzw.
"Osrodek Badan Obszaru 51"... Zaparkowalem przy knajpie, zrobilem
kilka zdjec i juz mialem wejsc do srodka aby posilic sie i napic
zimnego Budweisera (niestety jesli chodzi o piwo to maja tam chyba
tylko amerykanskie wyroby piwopodobne), kiedy nadlecial ratowniczy -
jak sie okazalo - helikopter. Pozniej dowiedzialem sie, ze facet,
ktorego zabral, to wlasnie feralny kierowca tego SUV... W Rachel
zmienilo sie nieco od czasu, kiedy David Darlington pisal swoja
ksiazke. Kosmita na szyldzie ma juz calkiem sympatyczna twarz, a
obok szyldu nie ma juz stylizowanej makiety "latajacego talerza"...
Poza tym... Knajpa wyglada w srodku zupelnie inaczej, niz pokazano
to w "XFiles" - przede wszystkim nie jest tak duza. W srodku bylo
zaledwie kilka osob. Przy stole bilardowym leniwie uderzala w kule
Blond-Kowbojka w nieprzyzwoicie krotkich szortach i czerowych
kowbojkach po kolana. Przy barze siedzial i leniwie palil papierosa
facet, ktorego dosc szybko - biorac pod uwage moja pamiec wzrokowa
he he - rozpoznalem jako Joe Travisa - wlasciciela knajpy. He he,
Nevada jest znacznie normalniejszym stanem niz Kalifornia i tam
wlascicielowi wolno palic we wlasnej knajpie... Joe Travis to
pochodzacy bodajze z Kentucky twardy "klerofaszysta" o kowbojskiej
duszy i czerwonej od gorzalki ("ogorzalej od slonca i wiatru" jak
czyta sie czesto w tzw. literaturze mlodziezowej) twarzy. Zamowilem
sok grapefruitowy, piwo oraz kanapke z kurczakiem z grilla z
frytkami. Wychylilem trzymana drzaca reka szklanke soku, potem
lyknalem piwka i czekajac na jedzonko wdalem sie w rozmowe z Joe.
Zaczalem od tego, iz poprosilem go o autograf przy jego zdjeciu w
moim egzemplarzu "Area 51" Darlingtona. Pogadalismy troche.
Sklamalem, iz "Stany sa najbardziej wolnym na swiecie krajem", na co
Joe zauwazyl trzezwo, iz "jeszcze, na razie". Na co ja stwierdzilem,
iz wiem, co ma na mysli i, ze bardzo wielu ludzi ciezko pracuje aby
te sytuacje zmienic... Spytalem czy Ambasador wciaz jest w okolicy,
na co Joe, ze nie widzial juz Merlyna od kilku lat, ze pewnie wrocil
do domu - tu zrobil porozumiewawcza mine i wzrokiem wskazal na sufit
sugerujac, iz ten dom jest w ukladzie gwiazdy Alfa Draconi, jak
podawal sam "Ambasador Merlyn Merlin II"...
Powiedzialem mu,
ze bardzo podoba mi sie wystroj knajpy a takze imponuje mi sposob, w
jaki oni potrafia zarabiac pieniadze na pamiatkach, czego my w
Europie, takze w moim Kraju, musimy sie jeszcze ciagle
uczyc...
Podoba mi sie takze to, ze w "Little A'Le'Inn"
wystarczy zostawic wypisane pocztowki wraz z pieniedzmi na oplate
pocztowa, a reszte robi juz sama poczta. Nie trzeba martwic sie o
znaczki, ani o szukanie skrzynki pocztowej... Stoisko z pamiatkami
oferuje wszystko co tylko mozna sobie wymarzyc, a obok, na stoisku z
literatura, wsrod rozmaitego chlamu czy propagandy New Age, zdarzaja
sie takie perelki jak calkiem powazna ksiazka Williama Coopera pt.
"Behold a Pale Horse"...
Na scianach "Little A'Le'Inn"
zobaczyc mozna - obok rozmaitych podobizn kosmitow itp. - mnostwo
zdjec pamiatkowych z dedykacjami od slawnych UFO-logow, pilotow sil
powietrznych itd. oraz m.in. rozmaite tabliczki z napisami, o
ktorych czytalem u Darlingtona, jak np. ta "Dziekuje za wsztrzymanie
oddechu kiedy pale" czy tez "W naszym miescie nie ma nawet
miejscowego pijaka. My tu wszyscy bierzemy zakrety" - to z czasow
Union Carbide oczywiscie, podobnie jak wraki roznych pojazdow na
zewnatrz... Przy barze zobaczyc mozna takze duza kolekcje naklejek
na zderzaki - w zdecydowanje wiekszosci o konserwatywnej wymowie,
choc niektore z nich o nieco niecenzuralnej tresci he he...
Najbardziej zwykla a jednoczesnie zupelnie kulturalna zawierala
banalne dla kazdego UPioRa haslo: "Nie kradnij. Rzad nienawidzi
konkurencji"...
W knajpie przybywalo ludzi, przy barze
toczyly sie rozmowy o polityce i broni palnej. Posililem sie i
zameldowalem w "motelu". Dostalem pokoj w kontenerze z trzema
sypialniami, dwiema lazienkami oraz salonem i jak sie okazalo w
jednej sypialni z lazienka zatrzymala sie Blond-Kowbojka a ja bede
musial dzielic lazienke z jakimis typami. Facetka powiedziala mi, ze
nie bede dzielil lazienki z Blond-Kowbojka, tonem jakby
uspokajajacym. He he w nocy zrozumialem iz mimo wszystko wolalbym
dzielic lazienke z kowbojka - po halasach trudno bylo poznac, czy
moimi "sasiadami" jest para hateroseksualna, czy tez moze raczej sa
to ci dwaj sodomici, ktorych spotkalem w knajpie a pozniej pod
Skrzynka Na Listy... Pod legendarna Skrzynke najpierw pojechalem sam
po krotkim odpoczynku. Korzystajac ze swiatla dziennego postanowilem
zrobic rekonesans i zdjecia. Niestety sama Skrzynka stracila juz
nieco swoj urok, gdyz - jak poinformowal mnie Joe - wlasciciel
pomalowal ja na bialo. A biala skrzynka na pustyni to juz nie to, co
czarna skrzynka na pustyni he he. Potem odnalazlem Groom Lake Road,
ktora okazala sie miec tak fatalna "nawierzchnie" he he (to zwykla
polna droga), ze zaniehalem glownego celu mojej wyprawy czyli
zrobienia zdjec tablicy informujacej o granicy terenu bazy wojskowej
i o tym, ze przekraczanie tej granicy jest surowo wzbronione i grozi
smiercia przez zastrzelenie... Po okolo pol mili zdalem sobie
sprawe, ze nie ma sensu da- -lej jechac, gdyz zwyczajnie
zniszczylbym zawieszenie swego T-birda. "Wroce tu za kilka lat jak
juz bede mial Hummera he he" - pomyslalem sobie. Dla tego chyba typu
samochodow przeznaczony byl limit predkosci 45 mil/h, ktory w mojej
sytuacji zakrawal raczej na ironie... Jak sie pozniej okazalo dobrze
zrobilem - aby zobaczyc slawna tablice trzeba przejechac okolo 13
mil... Wrocilem wiec do "Little A'Le'Inn" i, poniewaz robila sie juz
pora wieczorna, skorzystalem z popularnej w okolicy Las Vegas
instytucji bufetu czyli jedzenia do oporu za male pieniadze. W
"Little A'Le'Inn" bufet organizowany jest w piatkowe i sobotnie
wieczory. Goscie lokalu maja do wyboru kilka rodzajow mies, salatki,
puree ziemniaczane, sosy, kukurydze, szpinak itp... Kiedy jadlem
popijajac kolejna puszka Bud'a Light, przy barze panowala szampanska
atmosfera - sam Joe gral na gitarze i spiewal znane przeboje country
i rocka z epoki Elvisa a pomagali mu jednoczesnie tanczac i
podrygujac Blond-Kowbojka z kolezanka oraz dwoch typow. Bylo bardzo
wesolo i sympatycznie - taka atmosfera bardzo mi odpowiada he he...
Potem tamci wyszli na zewnatrz aby kontynuowac wyglupy przy muzyce
plynacej z naglosnienia zamontowanego w czarnym Mustangu convertible
Blond-Kowbojki, a ja zdecydowalem sie pojechac jeszcze raz pod
Skrzynke. Cos mnie tam najwyrazniej ciagnelo he he... Pod Skrzynka
spedzilem w mroku jakis czas, po czym pomyslalem sobie, ze he he
trzeba chyba wracac, bo jak tu sam tak bede siedzial, to naprawde
cos moze przyleciec i mnie porwac... a co prawdopodobniejsze i juz
calkiem serio, ktos po prostu moze przyjechac i zastrzelic mnie dla
frajdy... Wrocilem wiec do "Little A'Le'Inn", posiedzialem tam
troche i wpisalem sie do pamiatkowej ksiegi gosci (jako adres
podalem "Lancut, Poland") po czym zaczalem sie zastanawiac czy
uzupelnic jeszcze poziom elektrolitow w organizmie, czy tez isc juz
spac. Wtedy wlasnie weszla Blond-Kowbojka i po chwili spytala mnie
czy wybieram sie z nimi pod Skrzynke. Stwierdzilem, ze wprawdzie
wlasnie stamtad wrocilem, ale w towarzystwie moze byc sympatycznie -
oczywiscie jade z nimi. Jeszcze nigdy nie jechalem 19 mil z
predkoscia 65 mil na godzine siedzac z tylu kabrioletu he he ale na
szczescie bylo wciaz - mimo wieczoru - tak cieple powietrze, ze ta
przygoda nie odbila sie zadnym echem na stanie moich zatok he he. A
siedzialem z tylu, gdyz na miejscu obok kowbojki siedzial miejscowy
wesolek - jej kompan od Disco-Americano. Na miejscu bylo juz kilka
samochodow. Ich pasazerowie stojac lub siedzac patrzyli w niebo
jakby naprawde wierzyli, ze specjalnie dla nich przeleci jakies UFO.
Niebo bylo za to fantastyczne. Mimo delikatnej luny swiatel z Las
Vegas widocznej nad pobliskimi gorkami, takiej ilosci gwiazd nie
widzialem wiele razy w zyciu... Wdalem sie z Blond-Kowbojka w
dyskusje na tematy
religijno-ufologiczno-polityczno-teoriospiskowo-kosmologiczno-astronomiczno-filozoficzne
i odkrylem, iz ta blondynka jest bardzo inteligentna i naprawde
ciekawie sie z nia rozmawia. Wyglada na to, ze - niektore
przynajmniej - Amerykanki maja dwie natury. Jedna to poza zupelnego
luzu zapewniajaca latwosc porozumiewania sie oraz wesolego spedzania
czasu, a druga - calkiem normalna. Innymi slowy "Amerykanska
blondynka tez czlowiek" he he... I tak sie calkiem sympatycznie
rozmawialo ale nagle podszedl do nas miejscowy wesolek mowiac, ze
jest narabany w trabe i chce, zeby zabrac go do domu. Trzeba wiec
bylo wracac. I to nie zobaczywszy nawet jednego UFO... Pech to pech,
nie ma co he he... Kiedy zamykalem od wewnatrz drzwi od naszego
kontenera, porozmawialem jeszcze przez chwile z Blond-Kowbojka,
ktora juz bez czerwonych kowbojek, a za to w gustownie dobranych
okularach (musiala zalozyc je do prowadzenia samochodu) wygladala
juz calkiem jak czlowiek he he. Stwierdzila, ze pewnie spotkamy sie
jeszcze przy sniadaniu no i poszlismy spac. He he, latwo powiedziec.
Lozko bylo troche przyciasne a do tego wial taki wiatr (jak wiadomo
na pustyniach Navady wieje zazwyczaj podobnie jak w Kieleckiem), ze
caly kontener skrzypial jak poszycie zaglowca. Do tego bardzo szybko
wrocili moi sasiedzi - najprawdopodobniej byli to jednak ci
sodomici... Zastanawialem sie co robic nazajutrz. Pojechac do Reno i
spedzic tam noc, czy moze zostac na noc w Yosemite, a moze po prostu
wracac do domu tak aby w poniedzialek moc jeszcze odespac i odpoczac
po tym
wypoczynku...
| |