 |
 |


--------------------
Zaczelo sie od tego, iz mielismy
we wtorek wieczorem male trzesienie ziemii - w Sunnyvale polegalo to
na tym, ze meble kolysaly sie przez chwile i to wszystko, choc
podobno w San Francisco oraz San Jose byly jakies male uszkodzenia
infrastruktury...
W piatek wpadli do mnie na chwile Kasia
(przyjaciolka Asi z Choru politechniki Wroc.) wraz z mezem. Byli tu
na wakacjach (mieszkaja w Montanie), zatrzymali sie u znajomego w
San Jose i, poniewaz wlasnie wybierali sie do San Francisco na
zwiedzanie Alcatraz, zgodzili sie podrzucic mnie na lotnisko. Dzieki
temu nie musialem brac taksowki i uniknalem kosmicznego rachunku za
parking na lotnisku. Do odlotu mialem dosc duzo czasu, a poniewaz
bylem nieco zmeczony i niedospany, postanowilem zupelnie sie
wyluzowac... Najpierw (poniewaz bylem glodny) postanowilem udac sie
na lunch. Specjalizujaca sie w kuchni wloskiej i chinskiej
restauracja "Bay View" wygladala zachecajaco. Wszedlem do srodka, po
chwili podeszla do mnie meksykanska kelnerka a ja spytalem czy
reklamowany na zewnatrz "posilek 4-daniowy" - zupa, danie glowne,
napoj i deser - jest juz o tej porze dostepny. Jej reakcja byla dla
mnie czyms zupelnie niespodziewanym. Mianowicie z zatroskana mina
spytala czy jestem bardzo glodny. Ja zdziwiony spytalem o co chodzi
i wtedy uslyszalem "To jest badzo duzy posilek prosze pana". He he
"Doskonale, poprosze" ja na to. Musze przyznac, ze juz dawno nie
jadlem tak dobrej zupy jarzynowej... Potem postanowilem pobawic sie
w obserwatora przelewajacych sie przez terminal lotniska tlumow.
Niestety, nawet wizyta w czesci miedzynarodowej nie poprawila
statystyk kobiecej urody. W tej okolicy latwiej o oblesnego sodomite
niz o ladna kobiete. Wyglada na to, iz nawet w miedzynarodowym
porcie lotniczym w San Francisco, brew przewidywaniom, nie uswiadczy
sie ladnej dziewczyny czesciej niz raz na pol roku, co jest ogolna
norma w Dolinie. Zaczynalem juz przysypiac, wiec, kiedy nadszedl
czas, zameldowalem sie przy jednym ze stanowisk lini ATA (American
Trans Air - polskie biuro podrozy "Sophisticated Traveller"
bezblednie zarezerwowalo mi najtansze bilety na trase San Francisco
- Chicago "Midway" - San Francisco) po czym przekroczylem punkty
kontrolne i skierowalem sie do bramki. Zaraz obok byla bardzo
sympatyczna knajpa. Poniewaz mialem jeszcze troche czasu, obalilem
0.5 l. kuflowego Fostersa, a wkrotce potem zaczeto wpuszczac na
poklad samolotu. Lot byl bardzo przyjemny. Spodobalo mi sie to, ze
aby moc ogladac specjalny rozrywkowy material video (a wlasciwie nie
tyle ogladac, co slyszec fonie) trzeba bylo zaplacic za wypozyczenie
specjalnego przewodu, przy pomocy ktorego mozna bylo podlaczyc
sluchawki do gniazdka w fotelu. Oznacza to, ze jesli ktos chcial
kontemplowac ten durny film i inne materialy to robil to mniej
wiecej za wlasne pieniadze he he, a nie za moje. Na malym lotnisku
Midway w Chicago mialem byc planowo 5 minut przed polnoca. Niestety
he he samolot przylecial jakies 20 minut przed czasem i wtedy
uswiadomilem sobie, ze umowilem sie z Witkiem nie calkiem
precyzyjnie co do miejsca na lotnisku, gdzie sie spotkamy. Fragment
hallu najblizej miejsca, gdzie opuscilem samolot uznalem wiec za
"domyslny" i postanowilem czekac "do oporu" przekonawszy sie
wczesniej, iz na zewnatrz bardzo trudno byloby sie zobaczyc - ciemno
i za duzo samochodow a za malo miejsca do zatrzymania sie... Wszyscy
nagle znikneli i w hallu pozostalem tylko ja oraz jakas panienka w
okularach typu "intelektualistka" oraz z nieprzyzwoicie glebokim
rozporkiem przy spodnicy. "To czekanie?" zapytala mnie usmiechajac
sie zalotnie, gdy ja robilem nieco rozpaczliwe miny, usilujac
wgniesc coraz silniejszy bol glowy (niestety kilka dni z mala
iloscia snu pod rzad nieco mnie zmeczylo) z powrotem wglab czaszki.
"Nie" - usmiechnalem sie - "bol glowy..." he he "ale czekanie tez -
przylecielismy nieco za wczesnie" - dodalem. Ona przytaknela a po
chwili rzucila sie w ramiona jakiemus sympatycznemu Murzynowi. Kilka
sekund pozniej pozostalem sam w tej czesci terminala i juz
zaczynalem zastanawiac sie czy aby nie popelnilem bledu decydujac
sie na czekanie w tym miejscu, kiedy nagle uslyszalem za soba
charakterystyczny glos Witka: "Adam?". Kilkadziesiat sekund pozniej
bylismy juz w samochodzie, za kierownica ktorego siedziala Agnieszka
- przesympatyczna zona Witka. Zmeczenie dawalo coraz bardziej znac o
sobie i bylem bardzo szczesliwy, kiedy znalezlismy sie w ich
mieszkaniu w Naperville, gdzie swoja siedzibe ma tajemnicza firma
"Lucent". Jak dowiedzialem sie pozniej w "Lucencie" przyklada sie
ogromna wage do kwestii zachwoania tajemnicy. Do tego stopnia, iz na
scianach wisza plakaty pokazujace usta zamkniete przy pomocy srodkow
technicznych. Brakuje tylko plakatow z wielkim uchem oraz napisem
"Uwaga! Wrog/konkurencja podsluchuje!". Kto wie? Moze ma to jakies
uzasadnienie. Znawcy tematu twierdza, iz firme powolano kiedys w
AT&T do zycia z zamiarem technologicznego wsparcia
urzeczywistniania koncepcji "NWO - New World Order", a AT&T jest
podobno - obok Philipsa - jednym z kilku glownych koncernow
uczestniczaych w tym globalnym spisku. Jak dalej twierdza znawcy
tematu (tzw. teorii spiskowych oczywiscie) nawet nazwa Lucent ma byc
tego symbolem - "ent" to modne ostatnio wsrod firm High Tech
zakonczenie nazwy, natomiast "trzon" 'Luc' ma wywodzic sie od
imienia mentora i glownego sponsora calej "imprezy" - Lucyfera... No
coz... "Nigdy nie mow >>nigdy<<" he he... Wazne jest
natomiast to, ze mamy w Lucencie swoich ludzi.
... Po
przybyciu na miejsce rzucilem sie na przygotowane mi przez moich
milych gospodarzy poslanie i zapadlem w tzw. stan nieswiadomosci.
Rano (bylo wczesnie rano, a wg czasu kalifornijskiego bylo
nieprzyzwoicie wczesnie rano, zwlaszcza jak na sobote) doprowadzilem
sie do stanu prowizorycznej (tzn. jakiej-takiej) uzywalnosci,
zjedlismy pyszne sniadanko a po chwili przyszedl Michal - kolega
Witka z Lucenta i bylismy juz w komplecie aby wyruszyc do Chicago po
Ole - moja "wirtualna" znajoma z drugiego konca USA - kiedy okazalo
sie, ze Ola tez bedzie w tym czasie w Chicago uznalismy, iz trzeba
wykorzystac okazje aby poznac sie "w realu" czyli osobiscie... Juz
po drodze do miejsca, gdzie zatrzymala sie Ola, otarlismy sie o
"swojskie klimaty" - na scianie jednego z budynkow zobaczylismy
ogromny (w stylu socjalistycznych reklam na budynkach z okresu
sredniego/poznego PRL) napis: "Tanie ubezpieczenia samochodow" - po
polsku oczywiscie... W miedzczasie uslyszalem - glownie od Agnieszki
- o "klimatach" panujacych w "niepopularnych" dzielnicach miasta,
przez ktore zdarzylo jej sie przejezdzac wraz z kolezanka gdy
zwiedzaly miasto... Ogolnie czlowiek zaluje, iz przed wyjsciem z
domu nie posmarowal twarzy czarna pasta do butow he he... Ola na
zywo okazala sie byc bardzo zywiolowa i spontaniczna osoba... Ja
tylko zalowalem, ze organizmu po prostu nie dalo sie oszukac i
praktycznie przez caly dzien bylem raczej nie do uzytku... Najpierw
wybralismy sie kolejka do srodmiescia, skad z kolei mielismy udac
sie autobusem na plaze nad jeziorem Michigan, gdzie odbyc sie mial
"Najwiekszy event w Ameryce Polnocnej" czyli chicagowskie doroczne
pokazy lotnicze. Facet pracujacy na stacji kolejki (stacja Harlem
sie nazywala he he) byl bardzo sympatyczny - nie tylko powiedzial
nam jak dojechac na pokazy, ale nawet, kiedy niechcacy (bedac nie
calkiem "tomnym") skasowalem dwukrotnie karte chcac przejsc przez
"bramke", wydal nam bezplatnie nowy bilet o wartosci rownej
zmarnowanej przeze mnie kwocie. Kolejka jechalo sie dosc szybko a
potem znalezlismy sie w autobusie he he... Michal stwierdzil potem,
ze bylo to pierwsze takie doswiadczenie w jego zyciu i, ze jest juz
zupelnie wystarczajace he he... Bylo dosc tloczno a Ola wpadla w oko
jakiejs zulce siedzacej obok miejsca, gdzie stalismy... Zulka
zagadywala nas swoim przepitym glosem, by w koncu, gdy zatrzymalismy
sie u celu podrozy, rzucic stanowcze: "Everybody OUT!!!" he
he...
Przed wejsciem na plaze jakies typy rozdawaly
bezplatnie kazdemu po trzy male opakowania masla orzechowego
(zapewne byla to nowa firma i podczas rozruchu lini technologicznej
zawartosc smarow maszyn w produkcie byla zbyt wysoka aby moc
skierowac go do sklepow he he) a rzolnierze w mundurach polowych
sprzedawali skape ulotki ze zdjeciami samolotow. Podobno caly ten
event mialo ogladac 2 miliony ludzi. Jak stwierdzil Witek, na plazy
bylo na oko jakies 100 tysiecy i mial chyba racje... Usiedlismy na
piasku - kropla w morzu glow i czekamy. Nieco blizej wejscia na
plaze siedzacy na Hummerach z otwartymi maskami zolnierze
reklamowali sluzbe wojskowa potencjalnym ochotnikom, a chwilami
zapuszczali sie z ulotkami na plaze. Przy wejsciu manifestowali
lewacy/pacyfisci/anarchisci. Ich sluszne w sumie (he he) tezy
brzmialy "Te pokazy to reklama przemyslu zbrojeniowego oraz
rekrutacja wojskowa" oraz "Przestance zbroic dyktatorow" - to napisy
na transparentach... Zaczelo sie od tego, ze polatal nad nami F-18,
potem przylecialy dwa bombowce strategiczne B-1B, a nastepnie nowo-
czesna technologia (F-15, F-16, etc) przeplatala sie z ewolucjami w
wykonaniu samolotow z czasow pionierskich - z I wojny swiatowej i
pozniejszych... Bylo jeszcze kilka smiglowcow oraz pokazy skokow i
akrobacji spadochronowych w wykonaniu ekipy akrobatycznej Navy
Seals. Prolem w tym, ze zrobili blad pokazujac B-1B na samym
poczatku. Potem juz niewiele rzeczy mogloby zrobic na mnie wrazenie.
Poza tym komentarze (impreze zorganizowano z ogromnym rozmachem, z
naglosnieniem na cala plaze itd.) byly nieco irytujace i brakowalo
mi tylko tekstow w stylu "F-15 to samolot gwaran- tujacy obrone
d***kracji na calej kuli ziemskiej"... Zawiedli mnie tym, ze nie
bylo B2, F117A, YF22. Poza tym naprawde liczylem, na to, ze przeleci
nad nami AH64 Apache i skieruje w nasza strone wylot lufy swego
legendarnego, naprowadzanego spojrzeniem pilota automatycznego
dzialka. Nic z tego. Jedyne co mi zaimponowalo to fakt, ze
praktycznie wszystkie maszyny wojskowe przylatywaly na impreze
bezposrednio ze swych macierzystych baz rozsianych po calych USA,
aby po prezentacji znow do nich powrocic. Kiedy F-15 po niesamotych
ewolucjach oraz przelotach nad plaza odlecial w koncu do swej bazy w
stanie Indiana, poinformowano nas ile minut i sekund mu to zajmie.
Impreze zakonczyl pokaz ewolucji w wykonaniu eskadry
reprezentacyjnej US Air Forces - pieciu czy szesciu majorow z
roznych zakatkow USA latalo swymi cudacznie pomalowanymi F-16 nad
plaza i miedzy wiezowcami Chicago... Potem udalismy sie do pizzerii
"Uno" w Naperville na maly obiad i wyglada na to, iz wciaz nie udalo
mi sie wypic wystarczajacej ilosci kofeiny... Kiedy wrocilismy do
mieszkania Witka aby nieco odpoczac i przygotowac sie wieczornej
wyprawy do Chicago, wciaz zbyt mocno odczuwalem grawitacje - tzn.
powinowactwo do mebli, na ktorych moznaby sie polozyc z dywanem
wlacznie he he... Potem zaczalem zastanawiac sie jak sie ubrac.
Mielismy niby odbyc rejs statkiem wycieczkowym po jeziorze Michigan
- rejs z podziwianiem panoramy Chicago oraz "dansingiem"...
Agnieszka twierdzila, iz zdecydiowanie nalezy sie "odstrzelic". Ja,
nie znajac jeszcze do konca standardow Chicago, oparlem sie glownie
na znajomosci realiow "mojej" czesci USA i bylem nieomal pewien, ze
jesli udam sie na te impreze w moich podartych (a la gwiazda rocka
he he) dzinsach i tak bede tam uchodzil za eleganta. Niestety, nie
udalo mi sie przekonac Oli, ktora byla najwyrazniej zgorszona moja
postawa he he. Stwierdzila he he, ze sa pewne granice i zebym ich
nie przekraczal jesli chce by zaprosila mnie kiedys na swoj slub.
OK. Przebralem sie. Juz w kolejce pod statkiem "Ugly Duck" czyli
"Brzydka Kaczka" (nie wpuszczano jeszcze na poklad) spotkalismy
Andrzeja (kolejnego "naszego czlowieka w Lucencie") wraz z zona
Honorata. Oni naprawde "sie odstawili". Ale jak swierdzil Witek:
"Andrzej musi - ma w Lucencie >>seniora<<" he he. Ja na
to, ze ja w takim razie bede musial dopiero za dwa miesiace he he...
Rejs byl bardzo sympatyczny, choc te dwie godziny minely
zdecydowanie za szybko... Zdecydowalismy sie pozostac na gornym
pokladzie i po prostu podziwiac widoki oraz oddychac swiezym
powietrzem, podczas gdy na dole, na pokladzie, gdzie zorganizowano
"dansing" wyginalo sie w rytm muzyki kilka grubych Amerykanek - na
poczatku, pozniej juz calkiem pokazna liczba gosci... Michal z
Witkiem, za kazdym razem, gdy przychodzilo nam do glowy, ze mogloby
byc pod jakims wzgledem lepiej, powtarzali slogan zaslyszany podobno
w Lucencie "pamietajmy, ze nie jestesmy tu dla przyjemnosci -
wykonujemy misje"... Drugim rozweselaczem byl staly tekst pewnego
harley'owca z Lucenta w Naperville, ktory w najmniej spodziewanych
momentach (np. przy sprawdzaniu 2 lini programu) rzuca nagle: "malo
brakowalo...", przy czym robi charakterystyczny wydech
(przypominajacy gaszenie swieczki przez anemika) na znak ogromnej
ulgi... Gdzies chyba kolo trzeciej w nocy czasu chicagowskiego
pozegnalismy sie z Ola pod domem, w ktorym mieszkala i pojechalismy
z powrotem do Naperville z zamiarem odespania nazajutrz... Udalo sie
he he, dzieki czemu w niedziele juz nadawalem sie do zycia. Wkrotce
po sniadaniu (podczas ktorego dane mi bylo skosztowac pyszne
konfitury zakupione przez Agnieszke i Witka od Amiszow, w ramach
wycieczki na amerykanska "wies") zjedlismy doskonaly obiad -
Agnieszka naprawde ma talent kulinarny. Dzien nie mogl zaczac sie
przyjemniej... Najpierw pojechalismy do pobliskiego centrum
handlowego, gdzie na jednym ze stoisk, obok calkiem ladnych
pocztowek, zobaczylismy rozmaite kalendarze. Wzialem do reki
kalendarz pt. "Sports Illustrated Swimsuit Collection" (patrz cd z
99.02.04 oraz 99.02.11) i mowie zartem do Michala: "to bylby niezly
prezent dla jakiegos kolegi", na co pani przy kasie: "Dlaczego mnie
to nie dziwi?: tyle ladnych kalendarzy, przychodza faceci i od razu
siegaja po ten z panienkami w bikini". "Tylko ta pocztowka" mowie do
niej. "Tylko to?!" - pani zdziwiona. "Jestem konserwatysta" -
wyjasniam, na co pani patrzac na moja czarna koszulke z czerwonym
logo "NWO": "Nie sadze..." he he. No a potem byla najwieksza
atrakcja calej imprezy - wizyta w legendarnym Jackowie, gdzie wzrok
najpierw przykuwaja szyldy w jezyku polskim, a po chwili dopiero
zauwaza sie panujace tam powszechnie ubostwo oraz ogolnie tzw.
"syf". Tak wiec widzielismy restauracje o wdziecznej nazwie
"Czerwone jabluszko" (choc ja lubie raczej zielone), kawiarnie "Cafe
Lura", kilka pubow z polskim piwem, TV oraz muzyka disco-polo.
Najbardziej zabojczy okazal sie jednak szyld "Pekao Jackowo", pod
ktorym zrobilismy sobie z Michalem zdjecia. Znalezlismy tez kilka
sklepow spozywczych, gdzie, oprocz artykulow spozywczych mozna bylo
kupic rozmaite polskie gazety, wsrod nich "Bravo Girl" i inne
szmatlawce. Zakupilismy polskie piwo (maja tam chyba wszystkie
najpopularniejsze polskie marki jak Piast, OKOCIM, Zywiec, Lezajsk,
Van Pur itd.) i po chwili zakonczylismy zwiedzanie. Zaczynalo padac,
a nawet i bez tego wrazenie bylo bardzo przygnebiajace... Wcale nie
cieszylo to, ze wokol byli sami rodacy... Dominujacym uczuciem bylo
chyba raczej wspolczucie... Agnieszka stwierdzila, ze doskonale
rozumie dlaczego kazdy Polak, ktoremu uda sie nieco wybic, od razu
sie stamtad wynosi... Potem zwiedzilismy glowna i najbardziej
luksusowa ulice Chicago. Gdyby widzialo sie tylko ja - smialo
moznaby powiedziec, ze Chicago to jedno z najpiekniejszych miast
swiata. Wprawdzie nie byly to moze Pola Elizejskie, ale taki np.
Zurych to przy tym zupelna dziura... Dla przecietnego Amerykanina
glowna chyba atrakcja miasta sa porozstawiane na kazdym rogu
pomalowane mniej lub bardziej abstrakcyjnie atrapy krow... Jaki
narod takie gusta. Wciaz dziwilo nas to, iz na kazdym praktycznie
kroku slychac tam jezyk polski... Potem wrocilismy do Naperville i
Agnieszka poszla spac, a my (Witek, Michal i ja) jedlismy kolacje i
obalajac polskie piwo (nareszcie polskie piwo!!!) wspominalismy do
poznej nocy tzw. lata studenckie he he... Gorzej bylo z wstaniem.
Musielismy bowiem wstac o 6-ej rano czasu miejscowego - tj. o 4-ej
rano "mojego"... Na lotnisko odwozily mnie Agnieszka z Honorata
(ktore potem jechaly znow na miasto) podczas gdy Witka i Michala
mial godzine pozniej zabrac do pracy Andrzej. Wpadlismy w dosc
powazne korki i kiedy na pol godziny przed odlotem zobaczylem
kolejki do odprawy przy okienkach ATA, nieco sie zestresowalem. Na
szczescie po chwili pasazerow najblizszych lotow skierowano do
specjalnego okienka i wszystko poszlo blyskawicznie. Lot nieco mi
sie dluzyl... Moze dlatego, iz trwal prawie godzine dluzej niz ten w
przeciwna strone... Potem wzialem specjalny autobus na stacje koleji
CalTrain w Millbrae, aby po krotkim oczekiwaniu i ok. 50-ciu
minutach jazdy znalezc sie na stacji w centrum Sunnyvale. Posililem
sie w "Round Table Pizza", poszedlem do domu a nasptepnie rzucilem
sie na lozko... Definitywnie, byl to jeden z najbardziej udanych
weekendow w ciagu calego mojego pobytu w tym kraju. Przede wszystkim
bylo niezmiernie sympatycznie, za co wszystkim Wymienionym
najserdeczniej dziekuje...
Ci prawnicy to maja etyke
zawodowa.. tylko pozazdroscic... Dzis dowiedzialem sie od faceta z
NEC, ze jest maly problem z moim wnioskiem wizowym. Otoz NEC
korzysta z uslug kancelarii prawnej "Fragomen, Del Rey, Bernsen
& Loewy, P.C." - szkopul w tym, ze niedawno z ich uslug zaczal
tez korzystac Philips, wiec kancelaria znalazlaby sie w sytuacji
tzw. "konfliktu interesow", gdyby miala zrobic to poufnie, tj. bez
powiadamiania Philipsa. Okazalo sie, ze jest jednak wyjscie. Otoz
kancelaria moze zlecic te sprawe innej - tzw. osobom trzecim. No i
wtedy maja tzw. czyste sumienie. Teraz wreszcie rozumiem jakim
trzeba byc czlowiekiem, aby moc sobie pozwolic na oryginalnego
Rolex'a he he... Podobnie jak wreszcie zrozumialem, jak to jest, ze
na filmach ludzie spotykaja sie, po 15 minutach wyznaja sobie
milosc, by nastepnie ukazac sie w tzw. scenach milosnych. Do tej
pory watpilem w te milosc he he. Jednak nagle, patrzac tak na te
wszystkie Amerykanki i inne przedstawicielki tzw. zachodniego kregu
kulturowego, zrozumialem, iz normalny mezczyzna moze sie zdecydowac
na zblizenie z taka babka chyba tylko w dwoch mozliwych sytuacjach:
albo musi byc zupelnie pijany, albo ja kochac. Poniewaz bohaterowie
wiekszosci filmow sa najzupelniej trzezwi, no moze rozluznieni
jednym drinkiem, wnosze, iz ekranowa milosc jest jak najbardziej
"genuine", jak mawiaja
Anglosasi...
CDN
| |