pad

99.08.24

--------------------

Zaczelo sie od tego, iz mielismy we wtorek wieczorem male trzesienie ziemii - w Sunnyvale polegalo to na tym, ze meble kolysaly sie przez chwile i to wszystko, choc podobno w San Francisco oraz San Jose byly jakies male uszkodzenia infrastruktury...

W piatek wpadli do mnie na chwile Kasia (przyjaciolka Asi z Choru politechniki Wroc.) wraz z mezem. Byli tu na wakacjach (mieszkaja w Montanie), zatrzymali sie u znajomego w San Jose i, poniewaz wlasnie wybierali sie do San Francisco na zwiedzanie Alcatraz, zgodzili sie podrzucic mnie na lotnisko. Dzieki temu nie musialem brac taksowki i uniknalem kosmicznego rachunku za parking na lotnisku. Do odlotu mialem dosc duzo czasu, a poniewaz bylem nieco zmeczony i niedospany, postanowilem zupelnie sie wyluzowac... Najpierw (poniewaz bylem glodny) postanowilem udac sie na lunch. Specjalizujaca sie w kuchni wloskiej i chinskiej restauracja "Bay View" wygladala zachecajaco. Wszedlem do srodka, po chwili podeszla do mnie meksykanska kelnerka a ja spytalem czy reklamowany na zewnatrz "posilek 4-daniowy" - zupa, danie glowne, napoj i deser - jest juz o tej porze dostepny. Jej reakcja byla dla mnie czyms zupelnie niespodziewanym. Mianowicie z zatroskana mina spytala czy jestem bardzo glodny. Ja zdziwiony spytalem o co chodzi i wtedy uslyszalem "To jest badzo duzy posilek prosze pana". He he "Doskonale, poprosze" ja na to. Musze przyznac, ze juz dawno nie jadlem tak dobrej zupy jarzynowej... Potem postanowilem pobawic sie w obserwatora przelewajacych sie przez terminal lotniska tlumow. Niestety, nawet wizyta w czesci miedzynarodowej nie poprawila statystyk kobiecej urody. W tej okolicy latwiej o oblesnego sodomite niz o ladna kobiete. Wyglada na to, iz nawet w miedzynarodowym porcie lotniczym w San Francisco, brew przewidywaniom, nie uswiadczy sie ladnej dziewczyny czesciej niz raz na pol roku, co jest ogolna norma w Dolinie. Zaczynalem juz przysypiac, wiec, kiedy nadszedl czas, zameldowalem sie przy jednym ze stanowisk lini ATA (American Trans Air - polskie biuro podrozy "Sophisticated Traveller" bezblednie zarezerwowalo mi najtansze bilety na trase San Francisco - Chicago "Midway" - San Francisco) po czym przekroczylem punkty kontrolne i skierowalem sie do bramki. Zaraz obok byla bardzo sympatyczna knajpa. Poniewaz mialem jeszcze troche czasu, obalilem 0.5 l. kuflowego Fostersa, a wkrotce potem zaczeto wpuszczac na poklad samolotu. Lot byl bardzo przyjemny. Spodobalo mi sie to, ze aby moc ogladac specjalny rozrywkowy material video (a wlasciwie nie tyle ogladac, co slyszec fonie) trzeba bylo zaplacic za wypozyczenie specjalnego przewodu, przy pomocy ktorego mozna bylo podlaczyc sluchawki do gniazdka w fotelu. Oznacza to, ze jesli ktos chcial kontemplowac ten durny film i inne materialy to robil to mniej wiecej za wlasne pieniadze he he, a nie za moje. Na malym lotnisku Midway w Chicago mialem byc planowo 5 minut przed polnoca. Niestety he he samolot przylecial jakies 20 minut przed czasem i wtedy uswiadomilem sobie, ze umowilem sie z Witkiem nie calkiem precyzyjnie co do miejsca na lotnisku, gdzie sie spotkamy. Fragment hallu najblizej miejsca, gdzie opuscilem samolot uznalem wiec za "domyslny" i postanowilem czekac "do oporu" przekonawszy sie wczesniej, iz na zewnatrz bardzo trudno byloby sie zobaczyc - ciemno i za duzo samochodow a za malo miejsca do zatrzymania sie... Wszyscy nagle znikneli i w hallu pozostalem tylko ja oraz jakas panienka w okularach typu "intelektualistka" oraz z nieprzyzwoicie glebokim rozporkiem przy spodnicy. "To czekanie?" zapytala mnie usmiechajac sie zalotnie, gdy ja robilem nieco rozpaczliwe miny, usilujac wgniesc coraz silniejszy bol glowy (niestety kilka dni z mala iloscia snu pod rzad nieco mnie zmeczylo) z powrotem wglab czaszki. "Nie" - usmiechnalem sie - "bol glowy..." he he "ale czekanie tez - przylecielismy nieco za wczesnie" - dodalem. Ona przytaknela a po chwili rzucila sie w ramiona jakiemus sympatycznemu Murzynowi. Kilka sekund pozniej pozostalem sam w tej czesci terminala i juz zaczynalem zastanawiac sie czy aby nie popelnilem bledu decydujac sie na czekanie w tym miejscu, kiedy nagle uslyszalem za soba charakterystyczny glos Witka: "Adam?". Kilkadziesiat sekund pozniej bylismy juz w samochodzie, za kierownica ktorego siedziala Agnieszka - przesympatyczna zona Witka. Zmeczenie dawalo coraz bardziej znac o sobie i bylem bardzo szczesliwy, kiedy znalezlismy sie w ich mieszkaniu w Naperville, gdzie swoja siedzibe ma tajemnicza firma "Lucent". Jak dowiedzialem sie pozniej w "Lucencie" przyklada sie ogromna wage do kwestii zachwoania tajemnicy. Do tego stopnia, iz na scianach wisza plakaty pokazujace usta zamkniete przy pomocy srodkow technicznych. Brakuje tylko plakatow z wielkim uchem oraz napisem "Uwaga! Wrog/konkurencja podsluchuje!". Kto wie? Moze ma to jakies uzasadnienie. Znawcy tematu twierdza, iz firme powolano kiedys w AT&T do zycia z zamiarem technologicznego wsparcia urzeczywistniania koncepcji "NWO - New World Order", a AT&T jest podobno - obok Philipsa - jednym z kilku glownych koncernow uczestniczaych w tym globalnym spisku. Jak dalej twierdza znawcy tematu (tzw. teorii spiskowych oczywiscie) nawet nazwa Lucent ma byc tego symbolem - "ent" to modne ostatnio wsrod firm High Tech zakonczenie nazwy, natomiast "trzon" 'Luc' ma wywodzic sie od imienia mentora i glownego sponsora calej "imprezy" - Lucyfera... No coz... "Nigdy nie mow >>nigdy<<" he he... Wazne jest natomiast to, ze mamy w Lucencie swoich ludzi.

... Po przybyciu na miejsce rzucilem sie na przygotowane mi przez moich milych gospodarzy poslanie i zapadlem w tzw. stan nieswiadomosci. Rano (bylo wczesnie rano, a wg czasu kalifornijskiego bylo nieprzyzwoicie wczesnie rano, zwlaszcza jak na sobote) doprowadzilem sie do stanu prowizorycznej (tzn. jakiej-takiej) uzywalnosci, zjedlismy pyszne sniadanko a po chwili przyszedl Michal - kolega Witka z Lucenta i bylismy juz w komplecie aby wyruszyc do Chicago po Ole - moja "wirtualna" znajoma z drugiego konca USA - kiedy okazalo sie, ze Ola tez bedzie w tym czasie w Chicago uznalismy, iz trzeba wykorzystac okazje aby poznac sie "w realu" czyli osobiscie... Juz po drodze do miejsca, gdzie zatrzymala sie Ola, otarlismy sie o "swojskie klimaty" - na scianie jednego z budynkow zobaczylismy ogromny (w stylu socjalistycznych reklam na budynkach z okresu sredniego/poznego PRL) napis: "Tanie ubezpieczenia samochodow" - po polsku oczywiscie... W miedzczasie uslyszalem - glownie od Agnieszki - o "klimatach" panujacych w "niepopularnych" dzielnicach miasta, przez ktore zdarzylo jej sie przejezdzac wraz z kolezanka gdy zwiedzaly miasto... Ogolnie czlowiek zaluje, iz przed wyjsciem z domu nie posmarowal twarzy czarna pasta do butow he he... Ola na zywo okazala sie byc bardzo zywiolowa i spontaniczna osoba... Ja tylko zalowalem, ze organizmu po prostu nie dalo sie oszukac i praktycznie przez caly dzien bylem raczej nie do uzytku... Najpierw wybralismy sie kolejka do srodmiescia, skad z kolei mielismy udac sie autobusem na plaze nad jeziorem Michigan, gdzie odbyc sie mial "Najwiekszy event w Ameryce Polnocnej" czyli chicagowskie doroczne pokazy lotnicze. Facet pracujacy na stacji kolejki (stacja Harlem sie nazywala he he) byl bardzo sympatyczny - nie tylko powiedzial nam jak dojechac na pokazy, ale nawet, kiedy niechcacy (bedac nie calkiem "tomnym") skasowalem dwukrotnie karte chcac przejsc przez "bramke", wydal nam bezplatnie nowy bilet o wartosci rownej zmarnowanej przeze mnie kwocie. Kolejka jechalo sie dosc szybko a potem znalezlismy sie w autobusie he he... Michal stwierdzil potem, ze bylo to pierwsze takie doswiadczenie w jego zyciu i, ze jest juz zupelnie wystarczajace he he... Bylo dosc tloczno a Ola wpadla w oko jakiejs zulce siedzacej obok miejsca, gdzie stalismy... Zulka zagadywala nas swoim przepitym glosem, by w koncu, gdy zatrzymalismy sie u celu podrozy, rzucic stanowcze: "Everybody OUT!!!" he he...

Przed wejsciem na plaze jakies typy rozdawaly bezplatnie kazdemu po trzy male opakowania masla orzechowego (zapewne byla to nowa firma i podczas rozruchu lini technologicznej zawartosc smarow maszyn w produkcie byla zbyt wysoka aby moc skierowac go do sklepow he he) a rzolnierze w mundurach polowych sprzedawali skape ulotki ze zdjeciami samolotow. Podobno caly ten event mialo ogladac 2 miliony ludzi. Jak stwierdzil Witek, na plazy bylo na oko jakies 100 tysiecy i mial chyba racje... Usiedlismy na piasku - kropla w morzu glow i czekamy. Nieco blizej wejscia na plaze siedzacy na Hummerach z otwartymi maskami zolnierze reklamowali sluzbe wojskowa potencjalnym ochotnikom, a chwilami zapuszczali sie z ulotkami na plaze. Przy wejsciu manifestowali lewacy/pacyfisci/anarchisci. Ich sluszne w sumie (he he) tezy brzmialy "Te pokazy to reklama przemyslu zbrojeniowego oraz rekrutacja wojskowa" oraz "Przestance zbroic dyktatorow" - to napisy na transparentach... Zaczelo sie od tego, ze polatal nad nami F-18, potem przylecialy dwa bombowce strategiczne B-1B, a nastepnie nowo- czesna technologia (F-15, F-16, etc) przeplatala sie z ewolucjami w wykonaniu samolotow z czasow pionierskich - z I wojny swiatowej i pozniejszych... Bylo jeszcze kilka smiglowcow oraz pokazy skokow i akrobacji spadochronowych w wykonaniu ekipy akrobatycznej Navy Seals. Prolem w tym, ze zrobili blad pokazujac B-1B na samym poczatku. Potem juz niewiele rzeczy mogloby zrobic na mnie wrazenie. Poza tym komentarze (impreze zorganizowano z ogromnym rozmachem, z naglosnieniem na cala plaze itd.) byly nieco irytujace i brakowalo mi tylko tekstow w stylu "F-15 to samolot gwaran- tujacy obrone d***kracji na calej kuli ziemskiej"... Zawiedli mnie tym, ze nie bylo B2, F117A, YF22. Poza tym naprawde liczylem, na to, ze przeleci nad nami AH64 Apache i skieruje w nasza strone wylot lufy swego legendarnego, naprowadzanego spojrzeniem pilota automatycznego dzialka. Nic z tego. Jedyne co mi zaimponowalo to fakt, ze praktycznie wszystkie maszyny wojskowe przylatywaly na impreze bezposrednio ze swych macierzystych baz rozsianych po calych USA, aby po prezentacji znow do nich powrocic. Kiedy F-15 po niesamotych ewolucjach oraz przelotach nad plaza odlecial w koncu do swej bazy w stanie Indiana, poinformowano nas ile minut i sekund mu to zajmie. Impreze zakonczyl pokaz ewolucji w wykonaniu eskadry reprezentacyjnej US Air Forces - pieciu czy szesciu majorow z roznych zakatkow USA latalo swymi cudacznie pomalowanymi F-16 nad plaza i miedzy wiezowcami Chicago... Potem udalismy sie do pizzerii "Uno" w Naperville na maly obiad i wyglada na to, iz wciaz nie udalo mi sie wypic wystarczajacej ilosci kofeiny... Kiedy wrocilismy do mieszkania Witka aby nieco odpoczac i przygotowac sie wieczornej wyprawy do Chicago, wciaz zbyt mocno odczuwalem grawitacje - tzn. powinowactwo do mebli, na ktorych moznaby sie polozyc z dywanem wlacznie he he... Potem zaczalem zastanawiac sie jak sie ubrac. Mielismy niby odbyc rejs statkiem wycieczkowym po jeziorze Michigan - rejs z podziwianiem panoramy Chicago oraz "dansingiem"... Agnieszka twierdzila, iz zdecydiowanie nalezy sie "odstrzelic". Ja, nie znajac jeszcze do konca standardow Chicago, oparlem sie glownie na znajomosci realiow "mojej" czesci USA i bylem nieomal pewien, ze jesli udam sie na te impreze w moich podartych (a la gwiazda rocka he he) dzinsach i tak bede tam uchodzil za eleganta. Niestety, nie udalo mi sie przekonac Oli, ktora byla najwyrazniej zgorszona moja postawa he he. Stwierdzila he he, ze sa pewne granice i zebym ich nie przekraczal jesli chce by zaprosila mnie kiedys na swoj slub. OK. Przebralem sie. Juz w kolejce pod statkiem "Ugly Duck" czyli "Brzydka Kaczka" (nie wpuszczano jeszcze na poklad) spotkalismy Andrzeja (kolejnego "naszego czlowieka w Lucencie") wraz z zona Honorata. Oni naprawde "sie odstawili". Ale jak swierdzil Witek: "Andrzej musi - ma w Lucencie >>seniora<<" he he. Ja na to, ze ja w takim razie bede musial dopiero za dwa miesiace he he... Rejs byl bardzo sympatyczny, choc te dwie godziny minely zdecydowanie za szybko... Zdecydowalismy sie pozostac na gornym pokladzie i po prostu podziwiac widoki oraz oddychac swiezym powietrzem, podczas gdy na dole, na pokladzie, gdzie zorganizowano "dansing" wyginalo sie w rytm muzyki kilka grubych Amerykanek - na poczatku, pozniej juz calkiem pokazna liczba gosci... Michal z Witkiem, za kazdym razem, gdy przychodzilo nam do glowy, ze mogloby byc pod jakims wzgledem lepiej, powtarzali slogan zaslyszany podobno w Lucencie "pamietajmy, ze nie jestesmy tu dla przyjemnosci - wykonujemy misje"... Drugim rozweselaczem byl staly tekst pewnego harley'owca z Lucenta w Naperville, ktory w najmniej spodziewanych momentach (np. przy sprawdzaniu 2 lini programu) rzuca nagle: "malo brakowalo...", przy czym robi charakterystyczny wydech (przypominajacy gaszenie swieczki przez anemika) na znak ogromnej ulgi... Gdzies chyba kolo trzeciej w nocy czasu chicagowskiego pozegnalismy sie z Ola pod domem, w ktorym mieszkala i pojechalismy z powrotem do Naperville z zamiarem odespania nazajutrz... Udalo sie he he, dzieki czemu w niedziele juz nadawalem sie do zycia. Wkrotce po sniadaniu (podczas ktorego dane mi bylo skosztowac pyszne konfitury zakupione przez Agnieszke i Witka od Amiszow, w ramach wycieczki na amerykanska "wies") zjedlismy doskonaly obiad - Agnieszka naprawde ma talent kulinarny. Dzien nie mogl zaczac sie przyjemniej... Najpierw pojechalismy do pobliskiego centrum handlowego, gdzie na jednym ze stoisk, obok calkiem ladnych pocztowek, zobaczylismy rozmaite kalendarze. Wzialem do reki kalendarz pt. "Sports Illustrated Swimsuit Collection" (patrz cd z 99.02.04 oraz 99.02.11) i mowie zartem do Michala: "to bylby niezly prezent dla jakiegos kolegi", na co pani przy kasie: "Dlaczego mnie to nie dziwi?: tyle ladnych kalendarzy, przychodza faceci i od razu siegaja po ten z panienkami w bikini". "Tylko ta pocztowka" mowie do niej. "Tylko to?!" - pani zdziwiona. "Jestem konserwatysta" - wyjasniam, na co pani patrzac na moja czarna koszulke z czerwonym logo "NWO": "Nie sadze..." he he. No a potem byla najwieksza atrakcja calej imprezy - wizyta w legendarnym Jackowie, gdzie wzrok najpierw przykuwaja szyldy w jezyku polskim, a po chwili dopiero zauwaza sie panujace tam powszechnie ubostwo oraz ogolnie tzw. "syf". Tak wiec widzielismy restauracje o wdziecznej nazwie "Czerwone jabluszko" (choc ja lubie raczej zielone), kawiarnie "Cafe Lura", kilka pubow z polskim piwem, TV oraz muzyka disco-polo. Najbardziej zabojczy okazal sie jednak szyld "Pekao Jackowo", pod ktorym zrobilismy sobie z Michalem zdjecia. Znalezlismy tez kilka sklepow spozywczych, gdzie, oprocz artykulow spozywczych mozna bylo kupic rozmaite polskie gazety, wsrod nich "Bravo Girl" i inne szmatlawce. Zakupilismy polskie piwo (maja tam chyba wszystkie najpopularniejsze polskie marki jak Piast, OKOCIM, Zywiec, Lezajsk, Van Pur itd.) i po chwili zakonczylismy zwiedzanie. Zaczynalo padac, a nawet i bez tego wrazenie bylo bardzo przygnebiajace... Wcale nie cieszylo to, ze wokol byli sami rodacy... Dominujacym uczuciem bylo chyba raczej wspolczucie... Agnieszka stwierdzila, ze doskonale rozumie dlaczego kazdy Polak, ktoremu uda sie nieco wybic, od razu sie stamtad wynosi... Potem zwiedzilismy glowna i najbardziej luksusowa ulice Chicago. Gdyby widzialo sie tylko ja - smialo moznaby powiedziec, ze Chicago to jedno z najpiekniejszych miast swiata. Wprawdzie nie byly to moze Pola Elizejskie, ale taki np. Zurych to przy tym zupelna dziura... Dla przecietnego Amerykanina glowna chyba atrakcja miasta sa porozstawiane na kazdym rogu pomalowane mniej lub bardziej abstrakcyjnie atrapy krow... Jaki narod takie gusta. Wciaz dziwilo nas to, iz na kazdym praktycznie kroku slychac tam jezyk polski... Potem wrocilismy do Naperville i Agnieszka poszla spac, a my (Witek, Michal i ja) jedlismy kolacje i obalajac polskie piwo (nareszcie polskie piwo!!!) wspominalismy do poznej nocy tzw. lata studenckie he he... Gorzej bylo z wstaniem. Musielismy bowiem wstac o 6-ej rano czasu miejscowego - tj. o 4-ej rano "mojego"... Na lotnisko odwozily mnie Agnieszka z Honorata (ktore potem jechaly znow na miasto) podczas gdy Witka i Michala mial godzine pozniej zabrac do pracy Andrzej. Wpadlismy w dosc powazne korki i kiedy na pol godziny przed odlotem zobaczylem kolejki do odprawy przy okienkach ATA, nieco sie zestresowalem. Na szczescie po chwili pasazerow najblizszych lotow skierowano do specjalnego okienka i wszystko poszlo blyskawicznie. Lot nieco mi sie dluzyl... Moze dlatego, iz trwal prawie godzine dluzej niz ten w przeciwna strone... Potem wzialem specjalny autobus na stacje koleji CalTrain w Millbrae, aby po krotkim oczekiwaniu i ok. 50-ciu minutach jazdy znalezc sie na stacji w centrum Sunnyvale. Posililem sie w "Round Table Pizza", poszedlem do domu a nasptepnie rzucilem sie na lozko... Definitywnie, byl to jeden z najbardziej udanych weekendow w ciagu calego mojego pobytu w tym kraju. Przede wszystkim bylo niezmiernie sympatycznie, za co wszystkim Wymienionym najserdeczniej dziekuje...

Ci prawnicy to maja etyke zawodowa.. tylko pozazdroscic... Dzis dowiedzialem sie od faceta z NEC, ze jest maly problem z moim wnioskiem wizowym. Otoz NEC korzysta z uslug kancelarii prawnej "Fragomen, Del Rey, Bernsen & Loewy, P.C." - szkopul w tym, ze niedawno z ich uslug zaczal tez korzystac Philips, wiec kancelaria znalazlaby sie w sytuacji tzw. "konfliktu interesow", gdyby miala zrobic to poufnie, tj. bez powiadamiania Philipsa. Okazalo sie, ze jest jednak wyjscie. Otoz kancelaria moze zlecic te sprawe innej - tzw. osobom trzecim. No i wtedy maja tzw. czyste sumienie. Teraz wreszcie rozumiem jakim trzeba byc czlowiekiem, aby moc sobie pozwolic na oryginalnego Rolex'a he he... Podobnie jak wreszcie zrozumialem, jak to jest, ze na filmach ludzie spotykaja sie, po 15 minutach wyznaja sobie milosc, by nastepnie ukazac sie w tzw. scenach milosnych. Do tej pory watpilem w te milosc he he. Jednak nagle, patrzac tak na te wszystkie Amerykanki i inne przedstawicielki tzw. zachodniego kregu kulturowego, zrozumialem, iz normalny mezczyzna moze sie zdecydowac na zblizenie z taka babka chyba tylko w dwoch mozliwych sytuacjach: albo musi byc zupelnie pijany, albo ja kochac. Poniewaz bohaterowie wiekszosci filmow sa najzupelniej trzezwi, no moze rozluznieni jednym drinkiem, wnosze, iz ekranowa milosc jest jak najbardziej "genuine", jak mawiaja Anglosasi...

CDN