 |
 |


(20)01.11.13
4-go siepnia pojechalismy z Ania do Reno
w Nevadzie, aby tam wziac slub cywilny. Odbylo sie to w iscie
amerykanskim tempie. W ciagu jednego dnia zdazylismy wziac slub oraz
przejechac trase (ok. 400 km) w obie strony. Jesli chodzi o slub to
wszystkie formalnosci zajely w sumie jakies pol godziny.
Przyjechalismy do Reno, od razu podjechalismy pod gmach sadu i
weszlismy do polozonej zaraz po drugiej stronie ulicy "slubowni" -
jednej z wielu, jakie mozna spotkac w Navadzie a w szczegolnosci w
Reno. Tam mila pani uprzejmie wyjasnila nam, iz musimy udac sie do
sadu celem otrzymania licencji slubnej. Zajelo to kilka minut. Byla
sobota, ogol sadu byl nieczyny - z wyjatkiem stanowisk zajmujacych
sie wydawaniem licencji slubnych. Po kilku minutach, zaopatrzeni w
stosowny dokument wrocilismy do tzw. kaplicy slubnej czyli slubowni,
a kilka minut pozniej juz bylismy malzenstwem - w rozumieniu prawa
stanu Nevada oraz USA. Jak najszybsze zawarcie slubu cywilnego bylo
ogromnie wazne abysmy mogli tez jak najszybciej rozpoczac
formalnosci imigracyjne w odniesieniu do Ani. Poczatkowo mielismy
wziac slub podczas naszego wojazu urlopowego ale bardzo dobrze stalo
sie, ze nie czekalismy z tym do samych wakacji gdyz zaraz przed moim
urlopem Ania przeziebila sie a mnie grypa dopadla juz w pierwszy
dzien urlopu. Tak wiec kilka dni musielismy poswiecic na kuracje. He
he, tutaj przypomina mi sie przeczytana gdzies ostatnio tzw. "zlota
mysl", mowiaca, iz najwazniejsza osobe w danej organizacji poznaje
sie po tym, ze choruje tylko w weekendy i podczas wakacji. Czyzby
pisana mi byla tzw. blyskotliwa kariera he he? Z drugiej jednak
strony musze powiedziec, ze potworna biurokracja tego kraju zaczyna
mi coraz bardziej doskwierac zeby nie powiedziec wkurzac. Cos nie
jest w porzadku, jesli bez problemu wpuszcza sie na terytorium kraju
rozmaitych terrorystow czy innych zboczencow a pietrzy sie trudnosci
zwyczajnym, uczciwym ludziom, ktorzy pragna spedzic tu troche czasu,
zalozyc rodzine, pracowac i placic podatki. Obserwujac "postepy
Postepu" w USA obawiam sie, ze i temu krajowi pisany jest los
znanych nam dzis dzieki archeologii rozmaitych dawnych imperiow.
Pytanie tylko, czy zdazymy uciac stad na czas, pomijajac juz fakt,
ze jesli dobrze przyjrzec sie sytuacji na swiecie, to za bardzo nie
ma juz gdzie uciekac. Podobno krytyczne z punktu widzenia trwania
cywilizacji jest szybkie wypracowanie technicznych srodkow ewakuacji
na inne planety. Zaczynam to rozumiec. I nie chodzi tu nawet o
ewentualnosc atomowej zaglady...
Urlop byl jednak w sumie
bardzo udany. Rozpoczelismy trase od Santa Barbara, gdzie jest
uroczo o kazdej chyba porze roku. Przez cala trase - przepiekna,
prowadzaca wybrzezem Highway 1 - towarzyszyly nam "angielskie" mgly
i podobnie bylo w samym Santa Barbara. Nigdy jeszcze wczesniej nie
doswadczylem tam takiej pogody... Potem pojechalismy do Hollywood,
ktore jest oczywiscie przereklamowane. Stare Hollywood to dzielnica
brudu, zuli, sklepow z ubraniami roboczymi dla prostytutek itp. i az
tudno uwierzyc, ze moze kojarzyc sie z uroczystosciami rozdania
Oskarow. Jedyne co zrobilo na mnie wrazenie, to specjalni
sprzatacze, ktorzy regularnie przecieraja, zeby nie powiedziec
pucuja, wmontowane w brudny i zasmiecony chodnik metalowe tablice z
nazwiskami ludzi show-businessu. "Zaliczylismy" tam gabinet figur
woskowych a takze Muzeum Rekordow Guinessa. W gabinecie zaskoczylo
mnie to, ze tylko niektore figury byly idealnymi wrecz
odwzorowaniami wygladu prawdziwych postaci. Inne sprawialy wrazenie
zupelnej amatorszczyzny i w zasadzie trudno bylo poznac, o kogo tak
naprawde chodzi. Podobaly mi sie zwlaszcza stanowiska "Terminatora"
oraz polaczone przejsciem ze sceneria z "Gwiezdnych Wojen"
stanowisko "Obcego", gdzie mozna bylo zobaczyc pelnowymiarowego
"gada", "jajeczka" a takze poczuc na sobie polaczony z
charakterystycznym dzwiekiem "oddech" krwiozerczego kosmity... W San
Diego nie bylem jeszcze nigdy wczesniej. Miasto oraz jego okolice
zrobily na nas niezmiernie mile wrazenie. Po przyjezdzie
zwiedzilismy bardzo efektowny "Park Wodny" a na drugi dzien slynny
Ogrod Zoologiczny. W ZOO zaimponowala nam ogromnie zwlaszcza czesc
centralna parku, doskonale symulujaca warunki i klimat lasow
tropikalnych. No a z San Diego udalismy sie prosto w strone Arizony
- do Wielkiego Kanionu, ktory zrobil na Ani ogromne wrazenie. Az
trudno uwierzyc, ze moze byc cos, przy czym Wielki Kanion "chowa
sie" i, ze takie krajobrazy sa w Meksyku, o czym dowiedzialem sie
ostatnio z "korespondencji wlasnej" z Kolorado (serdeczne dzieki,
Tomku :-).
Do Andrzeja przyjechala z Polski Kinga z Krakowa
-kolezanka Moniki. Wybralismy sie razem do pubu BBC w Palo Alto.
Wybor na BBC (British Banker's Club) padl z trywialnego powodu -
zwyczajnie nie chcialo nam sie jechac nigdzie dalej i o tej porze
szukac innego miejsca. Zlozylo sie tak smiesznie, ze mnie wypadlo
siedziec obok Kingi, pdczas gdy Ania siedziala obok Andrzeja. Po
jakims czasie podszedl do naszego stolika zabawny facet, ktory juz
wczesniej puszczal do Ani "oczka" z parkietu. Spytal skad jestesmy,
potem gdzie tu mieszkamy, gdzie pracujemy, czy dobrze sie bawimy i
sadzilem, ze juz sobie pojdzie, ale gostek wykazal sie wyjatkowym
tupetem i przysiadl sie do nas - tzn. do Ani. Kiedy jednak okazalo
sie, ze Ania jest moja zona, natychmiast przestawil sie w strone
Kingi. Spytalem go czym sie zajmuje. Odparl, iz robi doktorat na
Stanfordzie i "bada relacje miedzyludzkie oraz bodzce jakie mozna
stosowac celem wywolania okreslonych zachowac spolecznych". He he
brzmialo intrygujaco... Na jego uwage, iz to fajnie, ze tacy ludzie
jak my mozemy przyjechac do USA i tu realizowac swoje marzenia i, ze
to powinno dotyczyc wszystkich na calym swiecie, odparlem, iz
warunkiem koniecznym byloby zlikwidowanie socjalu w USA i pelne
otwarcie granic na emigracje zarobkowa. Facet na to, iz to nie jest
konieczne, gdyz mozna zamienic caly swiat w jeden globalny kraj -
takie Stany Zjednoczone Swiata. Po chwili okazalo sie, ze facet robi
na Stanfordzie doktorat z komunizmu stosowanego he he. Kiedy zaczal
nam przedstawiac swoje poglady powiedzialem, ze, za przeproszeniem,
mowi jak komunista. On na to, ze wcale go to nie obraza (czy komuch
z czeskim pochodzeniem moze zostac obrazony?...) ale, ze powinienem
uwazac ze stosowaniem tego slowa, gdyz komunizm jest nazwa systemu
panujace w nie istniejacym juz panstwie - Zwiazku Radzieckim, a dzis
cos podobnego wystepuje tylko w Chinach Ludowych, ktore jednak
dzieki wsparciu ze strony USA i innych postepowych krajow juz
zmierzaja w strone d***kracji i liberalnego dobrobytu. No a potem
dalej wykladal swoje poglady - uda "im" sie doproadzic do takiej
sytuacji, ze zniknie bieda i bezrobocie, gdyz kazdemu mozemy
dostarczyc motywacji do pracy nawet w warunkach, kiedy zwyczajnie
mozna zyc z socjalu. Otoz mozemy przekonac kazdego, iz nie pracujac
bedzie zyl "zwyczajnie" a pracujac bedzie zyl w luksusie. Np.
komputery i roboty przygotuja mu kazdy posilek na indywidualnych
zasadach - stosownie do jego gustu, upodoban, chwilowego smaku itp.
I, ze wcale oczywiscie nie trzeba likwidowac socjalu. Ja na to, ze -
za przeproszeniem - w kazdej populacji bedzie mnostwo jednostek,
ktore beda chcialy tylko i wylacznie za darmo zjesc sobie (byle co),
napic sie (byle czego) i "poruchac". On na to, ze mozna przeciez w
ostatecznosci skorzystac z inzynierii genetycznej i np. tak
zmodyfikowac zywnosc, aby dostarczala ludziom "motywujacych
substancji". He he ja na to, ze teraz to on juz mowi jak Hitler.
Chlopak wcale sie specjalnie nie przejal. Tylko dalej swoje, iz "w
Zwiazku Radzieckim nie udalo sie, ale nam sie uda, gdyz mamy juz
odpowiednia technologie"... Gdzie te czasy, kiedy na Yale ostrzegano
przed Oswieconymi i obawiano sie naiwnie, ze i Stany Zjednoczone
moga podzielic los zgwalconej Francji?...
Na Swieto Pracy
(dlugi weekend) przyjechal do nas z Chicago Jacek. Postanowilismy
przejechac sie trasa nr 1. na polnoc od San Francisco. Zawsze
ciekawilo mnie, "co jest za tym tunelem" zaraz za Golden Gate a
jakos jeszcze nigdy nie mialem okazji przekonac sie. Tj. nigdy
jeszcze nie jechalem 1-ka na polnoc... Zaraz tez okazlo sie, ze
oryginalny plan wyprawy jest nieco za ambitny. Tj. mniej jechac a
wiecej odpoczywac he he... Po drodze zatrzymallismy sie na lunch w
jakims malym miasteczku. Gospoda o wdziecznej nazwie "Dom Willhelma
Tella" wydawala sie sama zapraszac nas w swe podwoje... Postanowilem
zamowic typowo amerykanska zupke o nazwie "Clam Chowder" - to taki
swojski zurek na bazie soku ze slimakow. Przynajmniej tak to wyglada
w "Sizzlerze", gdzie zupka naprawde mi "wchodzi" he he... Tutaj
niestety niepodzianka. W zupce znalazlem osobliwe "kluseczki". Jacek
od razu potwierdzil moje najgorsze przeczucia, ze te kluseczki to z
takich co same przypelzly he he... Zrobilo mi sie nieswojo. Na
szczescie po chwili mucha, ktora od jakiegos czasu krazyla wytrwale
obok naszego stolika, zdecydowala sie "wodowac" w mojej zupie.
Przywolalem wiec kelnerke, wymownie wskazalem na talerz i
powiedzialem, iz chcialbym zupe zwrocic. "Tzn. oddac?" - spytala
kelnerka, po czym juz uspokojona zabrala zupke i mialem spokoj he
he... Stwierdzilem jednak, iz to szczescie w nieszczesciu - taka
mucha w zupie ze slimakow...
11-go wrzesnia rano wlaczylem TV
i po chwili stwierdzilem, ze cos jest nie tak - tj. prima aprillis
byl juz dosc dawno a przeciez wiadomosci sa zupelnie "z kosmosu". Po
chwili jednak dotarlo do mnie, ze to nie dowcip mediow a tylko
rzeczywistosc. Coz, starszy Bush juz zapowiadal NWO a teraz u steru
jest jego synalek. A przeciez miedzynarodowy terroryzm jest jak
antysemityzm. Tak jak "wspolczesny Zyd nie moze istniec bez
antysemityzmu a jesli gdzies go nie ma to musi go sobie stworzyc"
(cytat z pamieci za wybitnym Zydem, myslicielem) tak niestety Rzad
Swiatowy nie obejdzie sie bez straszaka terroryzmu...
Wyniki
wyborow w Polsce nie byly dla mnie az takim zaskoczeniem. Za ktoryms
razem i do absurdu mozna sie przyzwyczaic... Ucieszyl mnie wynik St.
Michalkiewicza w San Francisco - na poziomie 30%...
Sasiadka
znow zatrzasnela sie. Tym razem chyba nawet na trzezwo. Zrobilo nam
sie jej szkoda i postanowilismy nie pozwolic aby znow rozbila sobie
okno kuchenne. W oparciu o nasze doswiadczenia z tamtego roku
sprobowalem wlamac sie do sypialni sasiadki. Ponad godzine zajelo mi
usuniecie dwoch srub z framugi, co w naszym przypadku umozliwialo
juz wejscie do srodka. Tu jednak bylo inaczej. "Nieruchoma" czesc
oprawy okna za Chiny Ludowe nie dawala sie przesunac. I wtedy
wlasnie, kiedy sasiadka juz chciala dac za wygrana i rozwalic okno
od kuchni, uswiadomilem sobie, ze ona nie ma w oknie od wewnatrz
blokady takiej jaka mamy my. Chwycilem wiec obcegami blache
odsuwanej czesci okna i zwyczajnie otworzylem je. Myyyyslec,
myslec!!! Sasiadka jest nam podobno dozgonnie wdzieczna.
Zaproponowala nam w ramach rewanzu, iz mozemy w wybranym przez nas
czasie przez dwa tygodnie korzystac z jej "daczy", ktora ma w
pieknym miejscu przy wybrzezu Kaliforni - "jeden blok" od oceanu, na
wysokosci San Louis Obispo, z przepieknym widokiem na wystajaca z
oceanu skale, niczym z filmow o Arsenie Lupin.
Wreszcie mam w
domu szybki internet tanim kosztem he he. W legendarnym sklepie z
elektronicznymi roznosciami Halted w Sunnyvale nabylem przedpotopowa
maszyne z demobilu - SUN SPARCstation 2. A dokladniej dwa
egzemplarze - po 25 $ od sztuki. Przelozylem pamieci z jednego do
drugiego i mam teraz maksymalna konfiguracje RAM (64 MB) oraz bank
czesci zamiennych he he. SS2: http://www.obsolyte.com/sun_ss2/ Do
tego jeszcze 17-calowy monitor SUN i obudowa dla napedu SCSI z
zasilaczem (rowniez w Halted) oraz naped CD-ROM SCSI (w "Dot Com
Depot" w Sunnyvale). Najpierw rozpoczalem eksperymenty z SuSE 7.1
dla Sparca ale dosc szybko przekonalem sie, ze system dziala bardzo
wolno (moc obliczeniowa procesora to mniej wiecej 486 50 MHz) a poza
tym jesli usiluje zainstalowac cokolwiek innego niz configuracja
domyslna to rzecz albo nie instaluje sie albo nie jest stabilna.
Potem okazalo sie, ze SuSE w takiej konfiguracji, ktora dziala na
moim SS2 nie za bardzo chce wspolpracowac z DSL, ktory wlasnie sobie
podlaczylismy do domu. W koncu zainstalowalem Red Hat 6.2 dla Sparca
i wtedy przezylem maly szok. Netscape dziala prawie tak samo szybko
jak na nowym Dellu he he. Tutaj chyba widac klase SUN'a... He he w
tym momencie przypomina mi sie naklejka na zderzak, ktora widzialem
niedawno: "Windows 98 = Mac '89" czy jakos
tak...
Postanowilismy z Andrzejem potrenowac troche i
przygotowac sie na "nowe czasy". Pojechalismy wiec na pieknie
polozona w gorach strzelnice "Los Altos Gun and Rod Club" aby tam
postrzelac do rzutek ze srutowki Andrzeja. Wszystkich nieco
zaskoczylo, iz James juz za pierwszym razem zlozyl sie, wystrzelil i
trafil he he...
No i znow trzeba bylo pojechac do poludniowej
Kaliforni. Tym razem sluzbowo - oddzial naszego strategicznego
klienta z siedziba pod Los Angeles zazadal abysmy zorganizowali dla
nich 2-dniowe szkolenie z naszego procesora - na miejscu. Moj szef
polecial samolotem, a ja he he, bylem ostrozny. Pojechalismy z Ania
samochodem. Trasa San Jose - Irvine to 5.5 godziny "czujnej" jazdy
he he. Okolica jest po prostu urzekajaca. To sa wlasnie te miejsca,
ktore spodziewa sie zobaczyc w Kaliforni turysta he he... Tamtejszy
Mariott okazal sie byc calkiem przyzwoitym hotelikiem. Na miejsce
przybylismy wieczorem, a rano czekala mnie "misja". O pol do osmej w
hallu spotkalismy sie z "naszym miejscowym czlowiekiem", ktory
zabral nas na pozywne sniadanie a nastepnie do siedziby klienta. He
he, mialem troche treme - w koncu nigdy wczesniej nie prowadzilem
poltoradniowego wykladu a tu jeszcze sytuacja byla dosc specyficzna
- sluchacze to sami starzy wyjadacze i egzekutywa he he. Moj szef
spedzil pierwsze godziny na przedstawieniu zagadnien hardwarowych a
po lunchu przyszla kolej na mnie - w poltora dnia przedstawic
architekture zaawansowanego mikroprocesora, tak wyczerpujaco jak to
tylko mozliwe. Udalo sie, otrzymalem na koncu oklaski... Gorzej bylo
jednak po godzinach. Pierwszego wieczoru wybralismy sie z Ania na
"przejazdzke krajoznawcza" - do Laguna Beach. Zadna z restauracji
nie odpowiadala nam do konca (w jednej, o dziwo uroczej z wygladu,
smierdzialo a do tego sztucce kleily sie do blatu stolu) wiec
Kolacje postanowilismy zjesc w restauracji na dole Mariott'a. He he
okazalo sie, ze zabraklo stekow. Na drugi dzien kelner oswiadczyl
nam ku naszemu zdziwieniu, iz jeszcze nie dowieziono. Polecil nam
natomiast doskonala restauracje w sasiedztwie hotelu. Najbardziej
elegancki Steak House w jakim bylem w zyciu...
Znow
wybralismy sie z Andrzejem na strzelnice. Tym razem spotkalem tam
kolege z pracy - Marka. Mark to taki facet - kolo 35-ki na oko -
ktory lata wlasnym samolotem w gory, aby tam, dzieki niskiemu
cisnieniu wytworzyly mu sie dodatkowe czerwone cialka we krwi,
dzieki czemu pozniej uzyskuje lepsze wyniki uprawiajac wyczynowe
kolarstwo. I pomyslec, ze robi to wszystko dla frajdy, ze nikt mu za
to nie placi... He he, na drugi dzien, tj. w poniedzialek, o mojej
wizycie na strzelnicy wiedzial juz Darryl - moj szef, takze bywalec
tego klubu, gdzie mozna od "malenkosci oswajac dzieci z karabinem".
Mark pochwalil sie nam, iz wlasnie kupuje sobie 9-mm'owego Waltera
P99. Poradzil mi takze, ze jesli mam ochote kupic jakas giwere, to
najlepiej zrobic to przed latem przyszlego roku, kiedy to wejda nowe
przepisy, znacznie utrudniajace dostep do broni. Dzis wystarczy
wypelnic w sklepie ankiete, zaliczyc krotki test pisemny, zlozyc
zamowienie, zaplacic i po 10 dniach mozna odebrac "guna". Wg. nowych
przepisow trzeba bedzie starac sie o pozwolenie na policji oraz
zdawac specjalne policyjne egzaminy z umiejetnosci poslugiwania sie
bronia. Niestety, Heckler & Koch jest juz w CA praktycznie
zabroniony. Poza tym Walter ma znacznie mniej zabezpieczen
opozniajacych uzycie. Mark wyjasnil mi jak dziala jego mechanizm
spustowy i wtedy zrozumialem dlaczego instrukcja obslugi tego
pisotletu zaczyna sie od jednego zdania, wydrukowanego tlustym
drukiem: "Aby wystrzelic z tego pistoletu nacisnij spust". I o to
chodzi.
CDN
| |