 |
 |


99.11.23
W poprzedni piatek na uniwersytecie w Santa
Clara miala miejsce amerykanska premiera przedstawienia "Brata
naszego Boga" Karola Wojtyly. Jest to historia sw. Brata Alberta,
ktory jest patronem naszej parafii w San Jose - jest to zreszta
jedyna parafia w USA, ktorej patronem jest Adam Chmielowski.
Resyserem jest bardzo sympatyczna pani (Polka), ktora jest
profesorem na wydziale aktorskim Uniwersytetu.
Umowilismy sie
z Andrzejem na premiere w pierwszy dzien (sztuke wystawiano
codziennie az do 20-go). Ja wciaz nie do konca zorientowany jak
nalezy sie tu ubrac w zaleznosci od miejsca (inne obyczaje
obowiazuja np. na Stanfordzie, inne w lewackim Berkeley itd.) pytam
Andrzeja "czy wystarczy James Bond w wersji sportowej, czy tez
konieczny jest garnitur i krawat". Andrzej na to "ja ide w
podkoszulku". Jak tak to juz wiadomo he he - luz. Zaparkowalismy pod
budynkiem teatru, patrze a tu Andrzej siega po marynarke. "Miales
byc w koszulce" mowie. "No jestem, ale zaloze na nia marynarke" mowi
Andrzej. No a ja he he jedynie czarne spodnie i tego samego koloru
koszulka. Pod kasa (he he tutaj rezerwacja biletow polega na tym, ze
kupuje sie bilet przez telefon placac karta a w kasie odbiera sie go
wraz z pokwitowaniem) jakis mlody "menel" robi dziwne usmiechy do
panienki zza szyby, podczas gdy ta stara sie go odpedzic, coby nie
ploszyl klientow... Szokujace jest to, ze przyjechala chyba cala
parafia i drugie tyle Amerykanow a do tego prawie wszyscy
"odstrzeleni" jak na bal sylwestrowy w samym Wiedniu he he. Mowie
Andrzejowi, ze jakos dziwnie sie czuje. Gdybym wiedzial, ze to tak
bedzie wygladac to zdecydowanie ubralbym sie jak przystalo na Jamesa
i tak zamierzam robic na przyszlosc nie baczac na nic he he. Kiedy
na widowni zobaczylem znow tego mlodego, inteligentnie wygladajacego
"zula" zaczalem nabierac podejrzen, ze to dowcipas-prowokator
sondujacy stosunek publicznosci do ubogich - dosc ciekawy
"happening" zwazywszy na kontekst. Andrzej potem powiedzial mi
(mielismy miejsca w innych rzedach), ze zorientowal sie, ze ten
"menel" to przebieraniec gdy poczul, ze "wali od niego perfumami".
Przedstawienie bylo niezwykle udane. Nalezy podkreslic wage
wydarzenia, zaslugi zaangazowanych w nie osob, a takze przychylne
spojrzenie i pomoc ze strony miejscowych wladz koscielnych. Pani
Jagienka Zych-Drweska osobiscie udala sie do Watykanu aby uzyskac
zezwolenie od Ojca Sw. na wystawienie tej sztuki. Takze to, iz moglo
sie to wydarzyc na Uniwersytecie w Santa Clara, bylo efektem dlugich
osobistych staran i zabiegow pani Drweskiej. Nie trzeba chyba
dodawac, iz przygotowania i doprowadzenie do realizacji tego
przedsiewziecia to kilka lat pracy. Wystarczylo rozejrzec sie wsrod
publicznosci licznie zgromadzonej na widowni teatru, poczuc te iscie
swiateczna atmosfere, abyz zdac sobie sprawe, iz ta premiera jest
wydarzeniem niezwyklym, naprawde wyjatkowym. Uwage zwracala
niezwykle ciekawa i zrobiona z duzym wyczuciem smaku scenografia a
takze wspaniale kostiumy - niezmiernie dobrze dobrane stroje z
epoki. Jeszcze zanim zaczelo sie przedstawienie,uwage publicznosci
zaczely przyciagac postaci siadajace w pierwszych rzedach na
widowni, a zwlaszcza damy w pieknych strojach, jakby zywcem
przeniesionych z XIX wieku (jak wiadomo XIX w. skonczyl sie z chwila
wybuchu I Wojny Swiatowej...). Gra aktorow byla naprawde
profesjonalna. Ogromnie podobala mi sie gra wszystkich aktorow, choc
na wyroznienie zasluguja kreacje Adama Chmielowskiego / Brata
Alberta, Madam Heleny (jak sie domyslam, chodzilo o mloda Helene
Modrzejewska), a takze "Mlodego Gniewnego" oraz bardzo
charakterystycznej postaci szatana-kusiciela jako "glosu
wewnetrznego"... Osobiscie, najbardziej w calej sztuce podobala mi
sie sceny spowiedzi a takze ukazujace uwewnetrzne rozdarcie glownego
bohatera, te wahania czy wybrac sztuke, czy tez oddac sie calkowicie
trosce o ubogich - ukazane jako rozmowy z tajemnicza postacia w
czernej pelerynie z kapturem... [Tutaj przypominaja mi sie slowa
"And the devil in black dress is watching over" z utworu "Temple of
Love" zespolu Sisters of Mercy...] Poza tym komuch (tj. "Mlody
Gniewny") byl naprawde fantastyczny. Charakterystyczny rewolucyjny
stroj, ciezkie "ofi- -cerki", rownie "ciezki" a jednoczesnie
wojskowy, sprezysty krok i te jego monologi o "nagromadzeniu gniewu
mas" - jakbym widzial towarzysza Ilicza he he...
Wyszlismy z
teatru cos kolo 23-ej no i trzeba bylo cos zjesc. Problem w tym, ze
w tym "bratnim socjalistycznym kraju" zycie nocne konczy sie w
zasadzie o 21-ej he he - Dolina Krzemowa idzie spac, aby od samego
rana prezentowac wszem i wobec "najlepsze na swiecie amerykanskie
bohaterstwo". Tak wiec o 23-ej liczyc mozna w zasadzie tylko na
niedobitki najtwardszych Chinczykow he he. Znalezlismy wiec
"Chinczyka", zasiedlismy przy stoliku (nawet sie nie kleil he he),
zamowilismy postne (z uwagi na piatek) egzotyczne specjaly kuchni
chinskiej - tj. pikantna zupe z czegos, co kiedys bylo zywe i
plywalo w morzu, zapiekane na ostro krewetki z cebula i bardzo
delikatna, przypiekana rybke z salatka orzeszkowa. Do tego
standardowo ryz i herbata typu "lura aromatyczna". No i duuuzo wody.
Kiedy wrocilem do stolu po chwilowym oddaleniu sie, Andrzej mowi:
"James, zrobiles blad. W chinskiej restauracji chodzi sie do toalety
dopiero po jedzeniu. Bedziesz mogl teraz jesc?". He he, tym razem
mialem szczescie, bylo dosc kulturalnie... Zupa byla pyszna, ale
ostra jak diabli, nawet jak na moj gust. Andrzej mowi "James, jedz
zupe bo zimna bedzie niedobra", po czym zabiera sie za krewetki he
he... W koncu najedlismy sie, posmialismy, po czym ewakuowalismy sie
tak na wszelki wypadek, zeby nie zdazylo nam sie zrobic niedobrze -
jak czlowiek dobrze poje to zaczyna mu jednak przeszkadzac
niedostateczna estetyka lokalu he he. Po raz kolejny doszlismy do
wniosku, ze "mozna bylo zostac w Polsce, jesc sobie schabowe z
ziemniakami i salatkami lub ogorkiem, do tego piwko, a czlowiek
przyjechal do Stanow i musi teraz zywic sie jak jakis prymityw" he
he...
W sobote za to spotkala nas (Andrzeja, Grzegorza i
mnie) rozkosz spozywania prawdziwego, wspanialego obiadu u Leszka i
Gosi... Potem wujkowie zaczeli bawic sie z Diana i Ania i
zrozumialem dlaczego Bernard twierdzi, ze w tym wieku czlowiek jest
juz za stary aby miec male dzieci - te to maja kondycje he
he...
No a potem wyruszylismy na "zabawe w Pleasant Hill". Ja
myslalem, ze to bedzie zwyczajna potancowka parafialna, a tu panie
okazalo sie, ze to Barborka pelna geba. Ogromna sala z mnostwem
stolikow i "scena" do tanca, bufet, bar, bardzo dobra muzyka
(wreszcie - chyba po raz pierwszy od czasu mojego wyjazdu do Zurychu
byla to sympatyczna "klasyka" disco a nie lomot spod znaku
murzynskiego techno czy niemiecki rap; ja zdecydowanie wole
dyskoteki z epoki, gdy Roger Moore gral "Swietego"). Do tego panie
okazalo sie, ze obowiazuje stroj wieczorowy, a ja bylem w blekitnych
dzinsach. Pani przy wejsciu pyta pana przy wejsciu, czy mnie
wpuscic. Pan na to, ze "wpuszcza mnie po raz ostatni". Ja wyjasniam,
ze jestem po raz pierwszy i calkiem mozliwe, ze ostani he he. Bylo
jednak bardzo sympatycznie, czulem sie naprawde, jakbym nagle
znalazl sie na balu w Polsce.
W niedziele za to - obok naszej
parafianki p. Jagienki Zych -Drweskiej rezyserujacej "Brata Naszego
Boga", przyszedl na Msze w naszym kosciele sam aktor odtwarzajacy
role Adama Chmielowskiego - Amerykanin. Wyglosil krotka mowe - musze
przyznac, bardzo mi sie podobala. Zaimponowal mi facet. Zrobil tez w
pewnym momencie maly zart - powiedzial o jakiejs parafii, gdzie
bardzo czci sie "slawnego irlandzkiego swietego - Stanislawa
Kostke", po czym dodal przepraszajaco, ze "to oczywiscie
Polak".
W piatek zostalem bezrobotnym na caly weekend.
Sympatyczny lunch pozegnalny w "legendarnej" restauracji "Black
Angus" w Sunnyvale (kiedy De'Vonna spytala mnie jaka chcialbym
restauracje, powiedzialem, ze w zasadzie jest mi obojetne, byle
tylko mieli tam dobry stek he he a potem przypomnialem sobie w
ostatniej chwili, ze to piatek - dlaczego lunch'e "sluzbowe" sa
zawsze w piatek?! - i zdecydowalem sie ku zdumieniu wszystkich na
rybke) to "poczatek konca". Podobno szefostwo nie chcialo
zorganizowac dla mnie lunchu. Wielki Hans S. musial sie na mnie
niezle wkurzyc - niz dziwnego: kiedy otrzymal moje wypowiedzenie
odbylismy krotka rozmowe w cztery oczy a gdy kilka minut pozniej
wychodzil z pokoju konferencyjnego, "nie byl juz taki wyrafino" he
he... Lunch jednak wymogli koledzy wypytujac wciaz De'Vonne i Linde
o "lunch dla Adama". Tak wiec w koncu zorganizowano go dla mnie w
ostatniej chwili, co dosc mnie mimo wszystko zaskoczylo. Mowie
De'Vonnie, ze myslalem juz, iz nie bedzie dla mnie lunchu, na co ona
spojrzala na mnie z usmiechem i mowi "Adam, mialoby nie byc lunchu?
Dla Ciebie?!" he he - potem zreszta bardzo sympatycznie usciskala
mnie na pozegnanie - te sekretarki to sa fajne he he - kazda by
tylko sciskala...
... No a potem wyslalem tradycyjnego tutaj
kulturalnego maila pozegnalnego na okolnik - tj. do wszystkich
czlonkow departamentu, odebralem z warsztatu obok samochod (niezle
ze mnie zdarli dranie he he), odbylem krotka rozmowe pt. "co, gdzie
i dlaczego" (kurtuazyjna oczywiscie) z Hansem (wywiad z personalna -
tzw. exit interview - mialem juz rano), polozylem identyfikator na
biurku De'Vonny, pozegnalem sie z wszystkimi (trzeba przyznac, bylo
to bardzo serdeczne i sympatyczne; niektorzy prosili o przekazanie
pozdrowien Hanochowi, a Hans B. zyczyl mi, abym "nie pracowal tam
zbyt ciezko", bo "nie chcemy aby konkurencja nas za bardzo
wyprzedzila" he he) no i po raz ostatni wyszedlem z budynku
Philipsa...
Niedziela. Spotykam w kosciele Eugeniusza -
przyjechal na miesiac, zapewne aby odwiedzic dzieci. Mowi, ze
"polityka w Polsce to maksymalna, niewyobrazalna glupota", ze
wszystko jest na opak... Niestety, spieszyli sie bardzo, tak wiec
pozostaje tylko nadzieja, ze jeszcze sie zobaczymy zanim wroci do
Polski. Jak twierdzi Jerzy, Eugeniusz jest bardzo rozczarowany
sytuacja w Polsce i calkiem mozliwe, ze jednak zrezygnuje z
osiedlenia sie w Kielcach i wroci do Doliny... Na wszelki wypadek
nie przeszedl jeszcze na emeryture a tylko wzial rok urlopu... Potem
poszedlem na Msze o 12.30, na ktora przyszli tez Darek i Kasia z
dziecmi, a takze ich znajomi. Darek jest juz majorem i mowi, ze "nie
jest juz taki junior", a ja na to, ze u mnie sytuacja identyczna he
he... Potem byl bardzo sympatyczny obiad z okazji Swieta
Dziekczynienia (mamy teraz z tej okazji dlugi weekend), podczas
ktorego podyskutowalismy sobie interesujaco o polityce z, m.in.,
pewna pania, ktora okazala sie emerytowanym profesorem Socjologii
Politycznej Europy Wschodniej, jesli sie nie myle. Ja: "Oni rzadza
wszystkim", pani profesor: "Niech pan tutaj nawet nie wypowiada
glosno tych slow!!!" he he...
No a wczoraj zaczalem prace w
NEC. Mam przechlapane he he - siedze zaraz obok Hanocha a obok ma
swoj boks jego szef. Poza tym, jak na razie, same pozytywy, az
czlowiek czuje sie "jak nowo narodzony" he
he...
CDN
| |