pad

Krajobrazy sa tam niesamowite

------------------- (20)00.10.31

UFO zadnego wypatrzec niestety nie dalo sie, ale za to mielismy lepsze nawet przygody. Jesli bardziej stresujace okreslic mozna jako lepsze he he... W Rachel bylo dosc sympatycznie, jesli nie liczyc tego, ze jedzonko podano nam jakies takie nie za bardzo sprawiajace wrazenie swiezego i apetycznego... A do wieczornego bufetu (bufet typu "jedz ile tylko mozesz" to tradycja w Nevadzie, a zwlaszcza w Las Vegas) czekac nie planowalismy - po krotkim odpoczynku w "Little A'le'Inn" i zrobieniu kilku zdjec przy legendarnej Skrzynce Pocztowej udalismy sie w dalsza droge - do Las Vegas. I wlasnie gdy dojechalismy do Las Vegas, ujawnily sie pierwsze symptomy starzenia sie mojego T-birda... Silnik gasnacy w najmniej oczekiwanym momencie to rzecz niezbyt przyjemna. Wygladalo na to, ze dzieje sie to na skutek przegrzania sie wozu po dluzszej jezdzie 70 mil na godzine przy wysokiej bardzo, choc oczywiscie typowej dla Nevady latem, temperaturze. Odpoczelismy, dalismy odpoczac T-birdowi, a na drugi dzien pojechalismy do charakterystycznego bardzo kasyna Luxor. Luxor to hotel i kasyno zbudowane jako model egipskiej piramidy, oczywiscie wraz ze Sfinksem. Szczegolnie imponujaco prezentuje sie noca, kiedy to z czubka ogromnej, czarnej piramidy bije w niebo silny strumien laserowego swiatla. Budynek rozplanowano w ten sposob, ze przy scianach piramidy rozmieszczone sa apartamenty hotelowe, a wewnatrz konstrukcji - kasyno i pasaze ze sklepami, restauracjami oraz dodatkowymi atrakcjami, jak np. kino IMAX. W Luxorze Ani udalo sie wygrac nieco na "jednorekich bandytach" a potem postanowilismy zwiedzic polozony niedaleko Las Vegas park krajobrazowy Lake Mead.

Krajobrazy sa tam niesamowite. Mimo, ze do Arizony jeszcze kawal drogi, to okolica Lake Mead przypomina do zludzenia widoki typowe dla Wielkiego Kanionu -"marsjanski krajobraz" z charakterystycznymi czerwonymi skalkami i gorami... Park ma jednak powazna wade. Oznakowanie drog jest raczej kiepskie a mapka dolaczona do biletu wstepu nie za bardzo pomaga zorietowac sie w terenie. I tam wlasnie przezylismy niesamowita przygode, przywodzaca na mysl horror pt. "W paszczy szalenstwa"... Otoz w drodze powrotnej za kazdym razem, kiedy juz myslelismy, ze oddalamy sie od jeziora, nagle zza zakretu wylaniala sie znajoma tafla wody... Wydawalo sie, ze drogi zostaly w jakis sposob zaklete i nie ma juz ucieczki z tego miejsca. Co najsmieszniejsze po drodze pytalismy kilka osob o to, w ktorym miejscu jestesmy i kazda z nich udzielila nam zupelnie innej odpowiedzi. Jedna twierdzila, ze jestesmy na polnocny zachod od jeziora, druga - ze na poludniowy zachod, a inna jeszcze - ze na wschod od Lake Mead... No a samochod gasl nam srednio co 30 sekund he he... I tak, nadkladajac jakies kilkadziesiat mil, zamiast od polnocy, dotarlismy w koncu do Las Vegas od poludnia...Najwazniejsze jednak, ze cali i zdrowi dojechalismy do "Motelu 6"... Pouczeni doswiadczeniem zeszlego wieczoru postanowilismy wracac do domu. Wybralismy najkrotsza chyba droge z Las Vegas do San Jose - przez pustynie Majave z przystankiem w Bakersfield - miejscem polozonym w okolicy po prostu przepieknej: kiedy juz przejechalismy pustynie Majave, ktorej jedynym urozmaiceniem wydaje sie byc zjazd do Bazy Sil Powietrznych Edwards, dostalismy sie nagle w okolice niesamowicie malownicza, pelna wzgorz, zieleni a do tego polozona najwyrazniej wsrod chmur... Bylismy zwyczajnie, po prostu, oczarowani pieknem tych krajobrazow... Rownie malownicza byla droga z Bakersfield do San Jose... Co chwile towarzyszyly nam rozne zapachy - to jablek, to truskawek, to swiezo skoszonej trawy, aby kolo Gilroy zaatakowac "swojskim" smrodkiem plantacji czosnku - jak na kalifornijska stolice czosnku przystalo he he...

Nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo. Korzystajac z tego, ze wrocilismy do domu i znalezlismy sie na dobrze znanym mi terenie, "zainwestowalem" w platynowy pierscionek z brylantem i wlasnie wtedy spelnilo sie marzenie mojego zycia - zareczylismy sie z Ania...

Od razu tez odwiedzili nas wieczorem Andrzej z Asia - przyjechali prosto z Gun Club'u w Santa Clara, gdzie Andrzej nauczyl Asie obslugiwac bron krotka a przy okazji zrobili istne sito z kilku tarcz he he. Kiedy uslyszalem, ze w klubie dostepny jest praktycznie dowolny rodzaj broni - pistolety, strzelby, karabinki i po prostu placi sie za wypozyczenie broni oraz za amunicje, po czym mozna wyzyc sie na tarczy do woli, to he he... stwierdzilem, ze jade tam z Andrejem przy najblizszej okazji. Najbardziej zachecajaco brzmialy dla mnie slowa Asi, iz kiedy strzelala z czegos, co wygladalo jak Walter PPK Jamesa Bonda, to obok ziemia trzesla sie na skutek strzalow oddawanych przez jakiegos amatora wielkich rusznic he he... Tak, Nowy Swiatowy Lad nadchodzi i trzeba sie na te nowa rzeczywistosc dobrze przygotowac he he...

Ostatnia nasza - w tym sezonie - wspolna impreza z Asia i Andrzejem byl wyjazd do Monterey - postanowilismy zwiedzic slynne Akwarium, a potem pochodzic po przepieknym parku - wybrzezu Pacyfiku w okolicach Carmel... No, zaliczylismy jeszcze lunch w legendarnej restauracji "Bubba Gump", gdzie tez bylo wesolo he he...

Potem odwiedzilismy jeszcze z Ania Leszka i Gosie w Moradze, gdzie spedzilismy uroczy dzien...

Jak wszystko co cudowne tak i to lato musialo sie kiedys skonczyc. Ania musiala na razie wyjechac do Polski i choc to tylko czasowe rozstanie, to jednak bardzo przezylismy pozegnanie na lotnisku... Teraz odliczam kazdy dzien jaki pozostaje do nastepnych wakacji...

A potem Leszek odlecial na Wschodnie Wybrzeze aby spotkac sie z JKM, ktory przyjechal na jego zaproszenie do USA. Tam w Chicago, Nowym Jorku i Waszyngtonie odbyc mial serie spotkan zarowno z przedstwicielami Polonii, jak i wybitnymi osobistosciami amerykanskiego zycia politycznego- jak np. Stevenem Forbesem, ktory, zeby spotkac sie z naszym Prezesem, specjalnie przerwal swoj pobyt w Meksyku...

He he... Klimaty Doliny Krzemowej sa jednak bardzo specyficzne... Np. niedawno odwiedzilem sluzbowo oddzial firmy Quantum - zajmujacy sie produkcja serwerow plikow "Snap". Uwage moja zwrocila dekoracja umieszczona przy drzwiach pewnej sekretarki. Nie tylko moja zreszta uwage he he... Kolega Salahuddin, Hindus, wskazujac na wiszacy przy wejsciu do jej gabinetu gadzet wygladajacy jak... bicz z drewnianym trzonkiem zaopatrzonym w dlugie, skorzane rzemienie, powiedzial do mnie: "To wyglada jak... jak... jak cos...". "Tak, to wyglada jak zabawka z sex-shopu dla amatorow sado-maso" - odpowiedzialem podsumowujaco he he...

Flagowym jednak przykladem "klimatow Doliny Krzemowej" jest moj kolega Fred. Poznalem go niemal od razu, gdy zaczalem prace w NEC. Fred byl wtedy kolega z rownoleglej grupy - zajmujacej sie uruchamianiem aplikacji hardwareowych i softwareowych opartych na procesorach MIPS NEC'a i Windows CE Microsoftu. Fred to 42-letni inzynier, filozof oraz tzw. "gawedziarz". Jak mowil Hanoch, "Fred lubi duzo mowic", ale jest w porzadku he he. Nasza blizsza znajomosc rozpoczela sie nieco smiesznie. Spotkalismy sie podczas duzej imprezy NEC'a z okazji zakonczenia roku finansowego. Zakaski, slodycze, drinki, muzyka. Zaczelismy rozmawiac z Fredem oraz drugim facetem z jego grupy na temat jak na impreze sluzbowa przystalo - o driverach dla ukladow kontrolerow sieciowych he he. Potem jednak zeszlismy na inne tematy i Fred nagle mowi do mnie "Adam, ja jestem pochodzenia zydowskiego, a ty jestes katolikiem, wiec wytlumacz mi jak to jest. Otoz widzialem taki film dokumentalny o o II Wojnie Swiatowej i pewnej rzeczy nie rozumiem. Mianowicie, ze Niemcy przeszukiwali domy i mieszkania i jesli znalezli jakichs ukrywajacych sie Zydow to zabijali takze za kare cala ukrywajaca ich rodzine Polakow. Bo widzisz, u nas, w Stanach jest Konstytucja i policja nie moze bez nakazu sadowego tak po prostu wejsc i przeszukac prywatne mieszkanie...". "Czlowieku!" - ja na to - "To byla wojna, wojska niemieckie okupowaly Polske i Niemcy robili co tylko chcieli". "Ale ja wciaz nie rozumiem bo u nas w Stanach jest Konstytucja, ktora gwarantuje prawa obywatelskie i bez nakazu sadu nie mozna przeszukiwac nikomu mieszkania". Probowalem jeszcze pare razy, ale chyba mi sie nie udalo. Ah ci Amerykanie. Odporni sa na wizje rzeczywistosci inne niz te, ktore znaja z wlasnego podworka oraz holywoodskich filmow... Na pierwszy rzut oka Fred moze wydac sie osobnikiem podejrzanym, by nie powiedziec antypatycznym he he. Broda, zarost na twarzy, grube szkla w rogowych oprawach, sprawia wrazenie wiecznie niedospanego, niedomytego maniaka kawy, ktoremu na dodatek nie ma kto wyprac stanowiacych jego ulubiony stroj wiecznie poplamionych podkoszulkow z ledwo czytelnymi juz obrazkami i napisami oraz rownie wysluzonych spodni. Mnie osobiscie podpadl krotkoterminowo, kiedy pewnego razu wpadl do mojego boksu z nastepujacym "zagajnikiem": "Adam, powiedz mi jak to jest? Jestes tutaj dopiero od 3 lat i juz kupiles sobie domek, a ja ciulam cale zycie i wciaz nie stac mnie na to!...". Innym razem rzucil: "Adam, Gore przyjechal, poszedlbym zobaczyc go a Ty?". "Dziwak" - mysle sobie - "pozbawiony taktu a do tego lewak" he he. Pozory jednak myla. Przy blizszym poznaniu Fred okazuje sie calkiem udanym materialem na kompana. Przy pierwszej okazji okazalo sie, ze sympatyzujemy z tym samym kandydatem w wyborach prezydenckich - Alanem Keyes'em. Oczywiscie - bylym kandydatem, a Fred, jak przystalo na poczciwego Republikanina, popiera publicznie Busha... Niestety, nawet tutaj - w Kolebce Wolnosci - ani Keyes ani Forbes nie wydaja sie miec szans. "Nie w tym wcieleniu" he he he. Ano, czasy wszedzie podle nastaly. W Polsce to juz wrecz komicznie podle. Hehe wlaczam sobie radio - tzn. "Trojke" i co slysze? Na wlasne uszy - jak "kultowy" wsrod mlodziezy aktor Cezary Pazura mowi, ze "Kwasniewski jest wspanialym mezczyzna". "Ale numer" - mysle - "Pazura gra pedala. Ciekawe ile mu za to zaplacili?"...

Postanowilem poswiecic te pol dnia i pojechac do San Francisco, zeby pokazac, ze Korwin i tu ma poparcie - nawet wieksze niz w Kraju. W Domu Polskim, gdzie miescila sie Obwodowa Komisja Wyborcza w San Francisco, bylo bardzo cicho, spokojnie, powiedzialbym uroczyscie. W "lokalu", przy eleganckim "prezydium" zasiadlo kilku swietniejszych przedstawicieli tutejszej Polonii plus przedstawiciel Konsulatu w Los Angeles, na srodku sali ustawiono nieco kiczowato udekorowana urne w barwach narodowych i tylko ta swiadomosc, ze "nie ma alternatywy dla Kwacha"... No coz, alternatywa byla przynajmniej dla aktu wyborczego - obok, w hallu, miejscowy pasjonat filatelistyki (czlonek PZF oczywiscie) zorganizowal ekspozycje specyficznej czesci swojej kolekcji - znaczkow i bloczkow wydanych na calym swiecie a poswieconych postaci Polskiego Papieza - Jana Pawla II.Kiedy zainteresowani zaczelismy z Leszkiem ogladac te niesamowita wystawe, pan skromnie opowiedzial nam o tych znaczkach, podajac przy tym wielce ciekawe liczby. Okazalo sie, ze ten imponujacy niezmiernie zbior to tylko drobna czesc wszystkich wydawnictw jakie poczty calego swiata poswiecily juz naszemu wielkiemu Rodakowi... W ramach zartu spytalismy tego przemilego hobbyste, czy ma juz australijski znaczek z Lepperem he he...

A dla Kwacha alternatywy faktycznie byc nie moglo. Andrzej opowiadal mi kiedys jak to "dawno dawno temu" malo znany jeszcze nawet w Polsce Aleksander K. przyjechal byl do Stanow i jakie powitanie zgotowaly mu amerykanskie media. M.in. komentator o bardzo charakterystycznym nazwisku oznajmil Amerykanom, iz ten mlody, przebywajacy w USA na zaproszenie fundacji o bardzo charakterystycznej nazwie, polski postkomunista "bedzie prezydentem Polski". A skoro "bedzie" to juz tak widocznie musialo byc...

Niedawno mialem okazje zwiedzic zlokalizowana w Mountain View siedzibe firmy Teralogic ( www.teralogic-inc.com ). Chlopaki zajmuja sie najwyzszych lotow technologia dla cyfrowej TV wysokiej rozdzielczosci. Kiedys pewien spotkany w Integrated Systems Zyd powiedzial mi, ze "on od razu rozpoznaje innego Zyda" wiec "pewnie wy, Holendrzy, tez rozpoznajecie sie na pierwszy rzut oka" he he. Pamietam zreszta, ze w boksie u Hansa wisiala naklejka z napisem "Holendrow poznasz od razu. Nie mozesz ich tylko od siebie odroznic" czy jakos tak. Musze sie przyznac, ze o ile czesto trudno jest mi rozpoznac Polaka po wygladzie to jest do dosc latwe w przypadku Ruskich. He he, tak wlasnie bylo w Teralogic. Kiedy zobaczylem jak do pokoju konferencyjnego wszedl na oko 40-letni facet w stylu "Sluzylem kiedys w Radzieckiej Marynarce Wojennej a teraz zgadnij: jestem playboyem"- nie potrzeba mi nawet bylo uslyszec charakterystycznego akcentu. Wiedzialem, ze to "swoj" - "brat Slowianin" czyli Rusek, ktory zyje (juz) w kapitalizmie he he...

Poniewaz bylem tam po raz pierwszy, facet od marketingu w ramach wyrabiania "image" firmy uprzejmie zaprowadzil mnie do pokoju demonstracyjnego, gdzie przy pomocy projektora HDTV zaprezentowal mozliwosci prototypowego set-top-box'u (a dokladnie: platformy demonstracyjnej) o efektownie brzmiacej nazwie "Cougar". Przyznac sie musze - takiej jakosci obrazu do tej pory nie widzialem chyba nawet w kinie, no moze poza kinem typu Imax. Wyglada na to, ze jeszcze pare lat i HDTV naprawde trafi pod strzechy...

Poniewaz w Dolinie Krzemowej wlasnie zblizalo sie swieto pod nazwa "Embedded Processor Forum", co oznacza sympozjum oraz wystawe w hotelu Fairmont w San Jose, potrzebni byli dwaj ochotnicy do obslugi naszego stoiska na wystawie. A poniewaz nikt za bardzo sie nie kwapil i tylko Fred standardowo (dla Freda, ktory zdaje sie pasjonowac sie czymkolwiek co tylko potencjalnie pachnie Linuxem i nie wiaze sie z koniecznoscia placenia alimentow) wykazal sie entuzjazmem, stwierdzilem, ze moze to byc dla mnie zupelnie ciekawe doswiadczenie i tak oto ekipa ochotnikow byla juz w komplecie. Z okazji tej otrzymalismy bluzy jeansowe (zwane tu nie wiedziec czemu "denimowymi") z odpowiednim logo. Czasem zastanawiam sie skad bierze sie to zupelne bezguscie NEC jesli chodzi o reklamowe ciuchy. Swego czasu wydawalo mi sie, ze podobna bluza, jaka otrzymalem w Philipsie to juz szczyt tandety na tle stylu koszul i kurtek, do ktorych szczescie maja pracownicy wielu innych firm. Otoz mylilem sie - koszula NEC'a zrobiona byla z jeszcze bardziej ordynarnego materialu - ktory w Polsce lat mego dziecinstwa zwano "teksas typu scierka"... Z okazji imprezy "przeszkolono" mnie takze w obsludze jednego z prototypow, ktore mielismy pokazywac na wystawie - mianowicie "WebPhone". Podobno chlopaki z Microsoftu wymyslili, ze bedzie na to ogromny popyt. Sprowadza sie to do tego, ze telefon na dwie linie wyposazono w oparty o MS Windows CE terminal WWW, system poczty elektronicznej itd. Podobno to dla ludzi, ktorzy chcieliby korzystac z dobrodziejstw internetu, a boja sie skomplikowanych w obsludze komputerow. Pobawilem sie chwile i mowie do Freda "Kto wymyslil taki badziew? Przeciez to idiotycznie skomplikowane w obsludze!". "Jestes w USA" - Fred na to - "musisz przyzwyczaic sie do komplikacji" he he. Odparowalem natychmiast mowiac, ze "myslalem, iz Postep znaczy zwiekszona prostote obslugi", a tak naprawde zemscilem sie dopiero pare dni pozniej - na stolowce. Kiedy po raz kolejny lustrowalem "oferte dnia", ktora po raz kolejny nasuwala mi refleksje pod tytulem "Umre na raka ukladu pokarmowego? Jesli tak, to ktorej jego czesci a jesli nie, to moze na skutek niedozywienia spowodowanego ogolnym i permanentnym juz zdegustowaniem tutejszym menu?" natknalem sie do Freda i oswiadczylem, ze "dzis znow beznadziejne to jedzenie". "Alez Adam, przeciez to sa Stany Zjednoczone" - z duma odpowiedzial Fred, a wtedy ja, zupelnie szczerze i bezpretensjonalnie wyglosilem kwestie retoryczna: "Fred, nikt ci jeszcze nie powiedzial, ze amerykanskie jedzenie jest prawdopodobnie najgorsze na calym swiecie?". Potem mialem jednak male wyrzuty sumienia - kiedy przypomnialem sobie, ze w Korei za najwiekszy i najbardziej wyrafinowany przysmak uchodza dania z psow. Najgorsze jest do tego to, ze odmowic takiego poczestunku to podobno najwiekszy afront jaki mozna popelnic wobec Koreanczyka, co sklonilo mnie ku postanowieniu, ze przed sluzbowymi wyjazdami do tego kraju bronic sie bede niczym przed komunizmem...

... Poniewaz nie usmiechalo mi sie specjalnie szukanie parkingu w centrum San Jose, uprzejmie zaproponowalem Fredowi, iz z przyjemnoscia skorzystam z przejazdzki jego samochodem. He he... tylko raz widzialem w zyciu cos, co moze przypominac samochod Freda. Byla kiedys taka reklama "Levisa", w ktorej na moment pokazywano jakiegos wygladajacego na zboczenca faceta siedzacego w samochodzie wypelnionym roznymi lalkami i innymi maskotkami...

Na krotko przed wyjsciem nasz manager od marketingu kazal mnie i Fredowi wciagnac dol bluzy w spodnie. "To oficjalna impreza" - powiedzial - "reprezentujecie Firme i w zwiazku z tym macie wygladac porzadnie a nie jak jakies maniakalne cyfrojeby z Doliny Krzemowej". Ja zaczalem sie tlumaczyc, ze jesli wciagne bluze to moge miec problemy z zapieciem spodni he he a "miesien piwny" Freda wydawal sie mowic juz wszystko - dla korzystniejszego efektu lepiej bluze miec na wierzchu a juz na pewno nie zapinac jej he he... No coz, "sluzba nie druzba". Moje dopasowane spodnie cudem chyba, ale z zupelna swoboda zapiely sie, ku czemu zmobilizowal mnie wyglad Freda juz w wersji "uczesanej i bezpiecznej"...

Potem jakies pol godziny zajelo nam upychanie w bagazniku jego leciwego Mercedesa wszystkich tych rzeczy, ktore wypelnialy - podobnie jak reszte samochodu - fotel pasazera - starych butow, uzywanych skarpetek, rozmaitych ksiazek, dyskietek, CD-ROM'ow, katalogow, czesci elektronicznych, aparatow CB itd. Na koncu Fred podal mi ulotke pt. "7 powodow aby glosowac na G. Busha" - zdaje sie, ze nie mial gdzie juz jej wsadzic. He he, poczytalem i parsknalem smiechem. "Nastaly parszywe czasy" - mowie do Freda - "skoro Twoj republikanski kandydat szanse na zwyciestwo wyborcze poklada jedynie w uprawianiu komunistycznej retoryki jak np. >>Uzdrowic i utrzymac Social Security<<". Fred nie mial za bardzo ochoty na polemiki. Uruchomil CB i natychmiast dal znac calej Galaktyce, ze on, Fred Finster wlasnie wyrusza do San Jose na wystawe mikroprocesorowa". Poczulem sie swojsko he he. Jedyna metoda chlodzenia silnika jego Mercedesa wydawala sie byc wymiana ciepla z przedzialem pasazerskim a z glosnika CB wciaz trzeszczaly glosy rozmaitych kowbojow amerykanskich szos konca XX w.... Dobrze, ze z Santa Clara do San Jose jest tylko rzut dobrze obciazonym beretem he he... Na wystawie bylo bardzo sympatycznie. Dosc szybko dotarlo do mnie, dlaczego wiekszosc ludzi uwaza takie imprezy za strate czasu. Po prostu tego typu technologie w wiekszosci przypadkow nie nadaja sie do spektakularnych prezentacji. - z wyjakietkiem dziedziny video oraz grafiki komputerowej oczywiscie. No bo jak zareklamowac mikroprocesor PowerPC i przekonac zwiedzajacego do jego zalet w porownaniu do np. MIPS'a przy pomocy prostej ekspozycji z jej instrumentami - duzym plakatem, zestawem ulotek oraz gadzetow typu dlugopisy, czekoladki itp. Choc naprawde musze przyznac tym ludziom ogromna pomyslowosc. "Przebojem" wystawy byly batony czekoladowe reklamujace pakiet narzedzi soft. Pozornie zwykly baton czekolady. Natomiast opakowanie to byl naprawde dobry dowcip: "Skladniki: kompilator, linker, debugger...; Wielkosc porcji: 1 licencja" itd... Kilku producentow prezentowalo przy pomocy programow demonstracyjnych swoje najnowsze akceleratory graficzne. Ogromny entuzjazm Freda wzbudzilo demo karty ATI Radeon. "Patrzcie, ona ma te slynne obcisle na tylku jeansy Kelvina Kleina" wykrzykiwal podniecony jak dziecko, patrzac jak Lara Croft biega po jakims dziwnym statku kosmicznym... Kilka firm (m.in. LSI Logic i Rambus) uatrakcyjnilo swoje stoiska maszynami SONY Playstation 2 - chwalac sie, iz w "kultowej" konsoli znajduje sie jakies ich rozwiazanie. PS2 budzily ogromne zainteresowanie tym bardziej, ze bylo to na pare tygodni przed oficjalna premiera maszyny w USA - sprowadzono je specjalnie z Japoni. Przyznac musze projektantom SONY zajmujacym sie stylistyka, ze tym razem strzelili chyba w 10-ke. Maszyna robi ogromne wrazenie chyba takze dzieki bardzo wyszukanemu stylowi obudowy, ktory kojarzy sie raczej z wyrafinowana mini-stacja robocza a nie z dotychczasowymi konsolami do gier... Bylo fajnie. Suto zastawione stoly z wyrafinowanymi (jak na USA) zakaskami, bary serwujace drinki, wino, piwo etc. Miedzy stoiskami buszowali zwiedzajacy - glownie Azjaci, w stylu dosc charakterystycznym, ale zdarzaly sie tez bardziej nietypowe "klimaty". W pewnym momencie zobaczylem jak do sasiedniego stoiska podeszlo dwoch mlodych ludzi w stylu "punkowo-thecurowym" he he - nastroszone przy pomocy zelu krotko sciete wlosy, czarne koszule i kurtki, obcisle czarne jeansy i wojskowe buty... Jak sie okazalo, nasze stoisko obslugiwalo w sumie tylu ludzi, ze stojac tam wciaz razem chyba zupelnie bysmy je zaslonili. Tak wiec wiekszosc czasu moglem spedzic na zwiedzaniu he he. Spotkalem nawet Wielkiego Hansa S. z Philipsa, ktory jak sie okazalo nie mial tym razem swojego stoiska - chlopcy przyszli po prostu zobaczyc co oferuje I-sza liga jesli idzie o zintegrowane procesory...

A dzisiaj po raz kolejny przekonalem sie, ze Ameryka XIX w. oraz dzisiejsze USA to dwie zupelnie rozne rzeczywistosci he he... Otoz poszedlem do znajdujacego sie na drugiej kondygnacji naszego budynku ustronnego pokoju konferencyjnego (na tym pietrze chwilowo znajduja sie tylko zamkniete laboratoria oraz pokoje konferencyjne a wiekszosc powierzchni jest w tym momencie zupelnie niewykorzystana - jesli nie liczac imprezy raz na pol roku) aby moc swobodnie zadzwonic do Ani (korzystajac z karty WDT oczywiscie - prawdziwy "prawicowy oszolom" nie bedzie przeciez dzwonil za granice na koszt swojego pracodawcy!). Podchodze do pokoju, z ktorego zwykle korzystam i co widze przez oszklona czesciowo sciane? Na stole walkie-talkie i jakies papiery. Niczym Hans Kloss wychylam sie nieco bardziej i widze, ze na krzeselku przy stole drzemie sobie w najlepsze Murzynka z Ochrony. Trzeba jej przyznac - jak przystalo na funkcjonariuszke Strazy Zakladowej sen miala czujny. Kilka sekund pozniej wypadla z pokoju obciagajac mundur i spytala uprzejmie czy moze mi w czyms pomoc. Sytuacja he he wprost prosila sie, aby zrobic charakterystyczna dla Rogera Moore'a mine i podobnie charakterystycznym tonem odpowiedziec niczym OO7: "Pozniej, byc moze?". Niestety, w USA nastaly i wciaz jeszcze obecne sa czasy politycznej poprawnosci i procesow o molestowanie seksualne. Oceniwszy wiec wdzieki Murzynki, grzecznie, usmiechajac sie, odparlem: "Nie, dziekuje"...

CDN