 |
 |


Najwazniejsza wiadomoscia jest oczywiscie to, ze 7-go
wrzesnia oficjalnie zareczylismy sie z Ania. Nigdy jeszcze w zyciu
nie bylem tak szczesliwy...
Z zakochanymi jednak zawsze sa
jakies problemy - tzn. ludzie zakochani wpadaja czasem w klopoty na
skutek tzw. rozkojarzenia, co niektorzy nazywaja takze "mysleniem o
niebieskich migdalach" he he... I tak, nigdy by mi do glowy nie
przyszlo, ze kiedys bede musial wlamywac sie do wlasnego domu. A
jednak. Zycie przerasta czesto nasze najsmielsze oczekiwania he he.
Pewnego dnia pod wieczor wychodzilismy z Ania na zakupy.
Zatrzasnalem dzrzwi i w tym wlasnie momencie uswiadomilem sobie, ze
w reku nie trzymam wcale kluczy (jak mi sie wydawalo) tylko jakis
stary klucz bedacy ozdoba do breloka - otwieracza do butelek.
Narzucajacym sie rozwiazaniem wydawalo sie zdobycie sie na odwage
celem pojscia do sasiadki i wykonanie telefonu do slusarza. Wiadomo,
ze w takich wypadkach nalezy polegac na fachowcu he he. Postanowilem
jednak nie isc na latwizne. Chociaz he he zdobyc sie na odwage i isc
do sasiadki nie byloby tak latwo jak mogloby sie wydawac.
Postanowilem trzymac sie na tzw. dystans, kiedy zauwazylem, iz to
babsko wyraznie zadowolone bylo z mojego wieku oraz stanu cywilnego
a jesli wziac pod uwage,ze zawsze porusza sie wokol domu w
dziwacznej koszuli nocnej i sprawia wrazenie osoby wykazujacej
zamilowanie do "zagladania do szklaneczki"... Choc diabli ja wiedza,
gdyz twierdzi, ze jest nauczycielka... Wkrotce jednak po tym, jak
wprowadzilem sie w do mojego domu zdarzyla mi sie przygoda, ktora
utwierdzila mnie w postanowieniu, zeby na babe uwazac. Pewnego
wieczoru sprzatalem w domu przy otwartych drzwiach na dwor, gdy
nagle slyszec dalo sie charakterystyczne czlapanie sasiadki. O
zgrozo wygladalo na to, ze sasiadka wchodzi do mnie. Blyskawicznie
zamknalem dzrzwi i "zamarlem z przerazenia nasluchujac", jak czesto
czyta sie w literaturze przygodowej. Nie moge tu uzyc
charakterystycznego dla nieboszczyka Nienackiego (a diabli go
wiedza, moze to jednak piekloszczyk, jak mawia JKM?) wyrazenia
"spojrzalem na fosforyzujace wskazowki zegarka" z tego powodu, ze
moja Helwetia made in Wieruchow nie fosforyzuje, z przyczyn jak
podejrzewam ekologicznych. Tak wiec zamarlem tylko i udaje, ze mnie
nie ma he he. Nagle rozleglo sie pukanie do dzrzwi. Pukanie po
chwili przeszlo w lomotanie. "Kto tam?" wolam dla fasonu. "To twoja
wloska mamusia" - slysze w odpowiedzi. "Nie moge teraz otworzyc,
przepraszam" - wolam w nadziei, ze baba nie zdecyduje sie wywazyc
drzwi celem zaatakowania mnie na moim terytorium he he. Sasiadka
wytlumaczyla, ze ma dla mnie bilety na "Festiwal grecki" w San Jose,
ze zostawi je pod drzwiami, po czym sie wycofa. "Bylo blisko" he
he...
Nie zdecydowalem sie pojsc do sasiadki aby zadzwonic po
slusarza z innego jednak powodu. Stwierdzilem, ze James nie moze
poddac sie tak szybko (jesli w ogole he he) i nalezy sprawe
rozwiazac samemu. Wzielismy wiec z Ania skrzynke z narzedziami z
samochodu i rozpoczelismy staranne ogledziny okien. Okazalo sie, ze
wejscie do naszego domu przez zamkniete okno przy braku klucza to
kwestia mniej wiecej kilkudziesieciu sekund. Nam zajelo to wprawdzie
pol godziny, ale teraz juz wiemy jak to zrobic he he. Jedyne straty
to minimalnie wygieta ramka od moskitiery. Eh, ta amerykanska
tandeta... Teraz rozumiem dlaczego zasypano mnie na poczatku
reklamami systemow alarmowych... Uwazam jednak, ze jesli wartosc
zgromadzonego w domu dobytku jest porownywalna z cena i kosztami
eksploatacji wyrafinowanych systemow antywlamaniowych to to drugie
nie ma specjalnie sensu he he...
Wakacje, mimo bardzo
ambitnego planu nie udaly nam sie za bardzo z powodow technicznych
he he. Wyglada na to, ze jest to juz ostatni sezon mojego
Thunderbirda. Zaczelo sie bardzo sympatycznie, choc deszczowo. Pod
wieczor dnia pierwszego bylismy juz w Parku Yosemite, ktory pora
wieczorna przy nieco dzdzystej pogodzie prezentowal sie niezwykle
uroczo i romantycznie... Przenocowalismy w miejscowosci Mammoth
Lake, ktora okreslic mozna mianem amerykanskiej imitacji
niemieckojezycznych miasteczek narciarsko-turystycznych w Alpach...
Budynki (zwlaszcza hoteliki) stylizowane na klimaty alpejskie typu
Austria czy Szwajcaria z przewaga kiczu typowego dla Niemcow. Na
koncu glownej ulicy miasteczka zaczynalo sie zbocze gory i wyciag
narciarski... Tyle, ze przyjechalismy nie do konca w sezonie he
he... Rano udalismy sie do Nevady a tam oczywiscie do Rachel, ktore
postanowilismy odwiedzic po drodze do Las Vegas - kto wie, moze tym
razem uda sie zobaczyc jakies UFO he
he?
CDN
| |