pad

nie wierzac wlasnym oczom -przekonal sie, ze byla to plaza nudystow

(20)00.03.20

W koncu zaliczylem impreze u Vikasa he he. Dluzej nie dalo sie juz jej odwlekac z dwoch powodow. Pierwszym bylo to, ze jego mama wracala do Indii wiec byla to ostatnia okazja, zeby pojesc he he, a po drugie Vikas stwierdzil, ze dluzej juz tego wina (tego wygranego kiedys na imprezie Quicturna) trzymac nie bedzie a poza tym, jesli nie przyjade do niego teraz to juz nigdy w zyciu mnie nie zaprosi - czyli "z nami koniec" he he. Coz bylo robic. Spedzilem jakies 30 minut w potwornym korku na autostradzie 237, potem oszukalem troche przy wjezdzie na 880. Zamiast wjechac na 880 w kierunku polnocnym (tzn. na Oakland) bezposrednio z 237, wjechalem najpierw na 880 w strone przeciwna, zjechalem na pierwszym zjezdzie, po czym wjechalem na autostrade juz we wlasciwym kierunku. Podejrzewam, ze w ten sposob zaoszczedzilem od 5 do 15 minut, co uznalem za minisukces na miare Jamesa B. he he... Trzeba przyznac, ze miejsce w Union City, w ktorym polozony jest dom Vikasa, jest niezmiernie dogodne, nie tylko ze wzgledu na bliskosc rozmaitych sklepow, ale takze dojazdy - jest to doslownie kilka minut od autostrady. Na miejscu okazalo sie, ze nie tylko ja zaproszony bylem tego wieczoru. Byl jeszcze Hitesh (kolega Vikasa jeszcze z Indii, wciaz w Philipsie) oraz dawny "wspolspacz" Vikasa - Azjata, z dziewczyna, rozniej Azjatka. Nie chce byc cyniczny, ale kiedy zobaczylem, jak wyglada sytuacja w domu Vikasa, po pierwsze zrozumialem dlaczego jego (obecnie) zona nagle zaczela go tak szanowac i w ogole pokochala go, po drugie - zaczalem nieco mu wspolczuc. Otoz piekny, panie, dom - 5 sypialni, sam juz nie wiem ile lazienek, w tym jedna luksusowa, w ktorej Vikas zamontuje niedlugo aparature do masazy wodnych... ... Tyle, ze jedna z sypialni zajmuje Vikas z Mirna, druga siostra Mirny, trzecia - dziecko siostry Mirny (szwagierka Vikasa nalezy do tzw. samotnych matek), czwarta - tesciowa, a piata przeznaczona jest dla gosci - cale szczescie, ze ta piata istnieje, bo inaczej mama Vikasa musialaby, odwie- -dzajac syna, mieszkac pewnie w hotelu... Z tego jednak zdalem sobie sprawe dopiero na drugi dzien... Impreza byla ogolnie sympatyczna, choc nieco "sztywna". Najpierw obowiazkowo musielismy obejrzec video oraz zdjecia z wesela w Indiach. Musze przyznac, bardzo interesujace. Kaseta nieco mnie zaskoczyla. Nie widzialem chyba zreszta zadnej z wesela w Polsce (w zasadzie moja wiedza co do stylu tego typu nagran w Polsce pochodzi glownie z utworu pt. "Krecimy pornola" zespolu Big Cyc), ale kaseta z wesela Vikasa - musze przyznac - zrobiona byla niezwykle profesjo- -nalnie i przypominala fragmentami opere mydlana raczej, niz amatorskie video. Mam tu na mysli zwlaszcza czolowke (trwajaca chyba z 20 minut i bedaca mieszkanka portretow glownych bohaterow oraz "listy plac" - tj. nazwisk oraz informacji o tym, w jakim charakterze dana osoba uczestni- -czy w imprezie) oraz efektowne zblizenia neonow reklamu- -jacych Coca Cole przy wejsciu do lokalu, w ktorym odbywalo sie przyjecie. W polaczeniu z rytmiczna muzyka przypominalo to nieco teledysk "Viva Las Vegas" ZZ Top he he. Sam zreszta charakter imprezy mocno nie rozczarowal - moze dlatego, ze kaseta byla podobno za dluga i nie dane nam bylo obejrzec jej do konca... Otoz spodziewalem sie czegos w rodzaju uroczystych zaslubin na lonie natury, wsrod egzo- tycznych dzwiekow muzyki oraz rownie egzotycznych kolorow strojow ludowych gosci weselnych, a tu, panie, klub nocny, neony, Coca Cola, mezczyzni formalnie w garniturach a kobiety, choc w strojach tradycyjnych, to jednak z dziwnie nie pasujacymi do nich skorzanymi torebkami... Potem bylo disco (musze przyznac, ze Hinduski wyginaly sie calkiem sympatycznie, a niektorzy Hindusi nieco podejrzanie he he) oraz ciagle zblizenia na mloda pare. Vikas wygladal jak aferzysta z brazylijskiego super-tasiemca a jego zona mniej wiecej jak ta ksiezniczka mongolska z wizji glownego bohatera filmu "VIP", ktore to wizje same w sobie byly zreszta plagiatem z pewnego tragikomicznego filmu obyczajo- -wego Nikity Michalkowa... Malo kto podobno wytrzymuje tyle kilogramow stroju i bizu- -terii, jednak Mirna trzymala sie dzielnie, choc cale dlonie pomalowane miala w niezwykle misterne wzory - to byla hinduska tradycja w wykonaniu siostry Vikasa - dokto- -ryzujacej sie z genetyki. Ja na miejscu Vikasa troche bym sie bal he he - wyglada na to, ze bedzie mial w rodzinie wiecej specjalistow od mutowania, klonowania, hybrydyzacji i tym podobnych swinstw, na ktore uczciwy czlowiek nie moze przeciez spokojnie patrzec... Z mojego punktu widzenia impreza miala jedna glowna zelete - "wymuszono" na mnie wypicie prawie calego tego naprawde wspanialego wina - nawet Vikas nie mial tym razem kondycji, a na Azjatow nie ma co liczyc, tym bardziej, ze mieli potem wracac - ja he he wycwanilem sie i z gory zapowiedzialem Vikasowi, ze przyjezdzam z mata i spiworem i wyjade dopiero na drugi dzien... ... Tak wiec potem gawedzielismy z Vikasem do drugiej w nocy popijajac szampana, ktorego przynioslem he he "na okolicznosc" nowego rozdzialu w zyciu mojego kumpla - Vikas przeszedl (w pewnym sensie, gdyz nie jest tam na etacie, a jedynie "kontraktuje") wlasnie do nalezacej do koncernu Fujitsu firmy HAL Systems, gdzie zajmuje sie emulacja pro- -cesora Sparc9 przy pomocy najnowszej generacji (20 mln $) maszyny Quickturn'a - ten model zamiast tysiecy poteznych ukladow FPGA Xilinx'a zawiera tysiace procesorow PowerPC. Sprawa jest o tyle nietypowa, ze tym razem maszyna nie jest na miejscu a w Japoni, a Vikas uzyskuje dostep do niej za posrednictwem Internetu... ... no a potem (jako ze spalem sobie w polaczonym z kuchnia salonie), gdzies tak przed 8 rano obudzila mnie krzatajaca sie przy kuchence tesciowa Vikasa. Poniewaz ogolnie jestem czlowiekiem pokojowo nastawionym do otoczenia i staram sie byc bezkonfliktowy, ewakuowalem sie natychmiast, wylewnie dziekujac za goscinnosc Vikasowi, ktory z kolei stal w drzwiach domu tak dlugo az odjechalem - chcial sie upewnic, ze moj T-bird odpali he he - jeszcze sie nie zdarzylo, zeby nie odpalil, z wyjatkiem jednego dnia w lecie '98 kiedy to byl klopot gdyz akumulator padl nie tylko w moim starym, dobrym T-birdzie ale takze prawie nowym Mitsubishi Eclipse Vikasa he he... ... Pamietam taka scene z jednego z odcinkow "Miami Vice", kiedy to jakis "twardziel" spojrzal na Ferrari Sonny'ego i spytal "Zagraniczny?", a gdy bohater potwierdzil, facet rzucil "Ja tam wole krajowe" he he... Z calej imprezy najbardziej utkwil mi w pamieci jeden widok - na jakims meblu stojacym w hallu obok pokoju siostrzenicy zony Vikasa wylozone bylo - tak na oko he he - z 50 roznych lalek Barbie. Wygladalo to jak z horroru z takiego gatunku, za ktorym akurat nie przepadam he he...

W niedziele pod wieczor wybralem sie do restauracji calkiem przyjemnej skadinad sieci Denny's. Chcialem zapodac stek po meksykansku a potem (w zaleznosci od samopoczucia) mialem zdecydowac czy chce jeszcze deserek he he. A deserki to w Denny's maja naprawde fantastyczne. Typowo sa to placki lub ciastka z lodami. Moim ulubionym jest oczywiscie placek wisniowy a la "Twin Peaks" wlasnie z dodatkiem lodow... Kelnerka o niezbyt zachecajacej powierzchownosci usadzila mnie nieco z boku... Z drugiego konca restauracji rzucala mi zalotne spojrzenia jakas nawet niebrzydka latynoska, obok siedzieli jacys starsi Amerykanie, a przede mna mlode malzenstwo Ruskow z mala coreczka. Rzecz dziwna, albo ten Rusek tez uzywal aloesu, albo coreczka byla cudza - miala na oko z 4-5 latek jak nie lepiej, podczas gdy Rusek wygladal na gora 19-20 lat i na mlodszego brata mamy dziew- -czynki. Dziewczynka grymasila niemilosernie i darla sie, jej mama udawala, ze nie wie czyje to dziecko, a Rusek byl w ogole wyluzowany... ... Kiedy po okolo 20 minutach nie udalo mi sie przyciagnac uwagi zadnego z kelnerow ("pstrykanie" na kelnera jest tu podobno uwazane za harasowanie porownywalne tylko i wylacz- -nie z molestowaniem seksualnym),demonstracyjnie postawilem na stole menu - calkiem sporego formatu - "na sztorc". Pomoglo; ta oblesna kelnerka krzyknela do mnie ze srodka sali pytajac czy chcialbym sie czegos napic i czy jestem juz w ogole gotowy do zlozenia zamowienia. Juz bylem - od mniej wiecej 20 minut he he. Poprosilem wiec o stek po meksykansku i sok grapefruitowy i czekam, mimowolnie obser- -wujac Ruskich siedzacych przede mna. W pewnym momencie pojawil sie kelner i spytal, czy ktos sie juz mna zajal. Kelner wygladal tez na Ruska, wiec zabrzmialo to nieco groznie. Odpwiedzialem wiec krotko, ze tak. Mniej wiecej po uplywie pol godziny od zlozenia zamowienia zjawila sie znow kelnerka pytajac mnie czy moglbym przypomniec jej co zamawialem, gdyz jakos jej sie to zawieruszylo. Kulturalnie przypomnialem jej wiec, a chwile po tym jak sie wyniosla pojawil sie znow ten kelner z pytaniem, czy zlozylem juz zamowienie. Ja na to, ze tak, mniej wiecej godzine temu. W koncu dostalem soczek oraz poinformowano mnie, ze za pare minut otrzymam jedzonko, ze ma ono teraz specjalny priory- -tet w kuchni he he. Otrzymalem, wprawdzie nie stek po mek- -sykansku a kurczaka po meksykansku ale nie wymagajmy zbyt wiele od spoleczenstwa, ktore w 70 juz chyba % stanowia analfabeci. Ponad 70 lat panstwowej edukacji w USA dopro- -wadzilo juz do tego, ze mlodziez ze szkol specjalnych w Polsce uchodzi tutaj za orlow... Nie chcialo mi sie juz skarzyc na to, ze potrawa byla nie ta, nie chcialo mi sie juz rozmawiac z "kierownikiem tego osrodka", nie chcialo mi sie tez prosic o "ksiazke skarg, wnioskow i zazalen". W ramach przeprosin za opoznienie dostalem deser za darmo, wiec w ramach rewanzu zostawilem kelnerce zenujaco maly napiwek. Tylko: czy ona zrozumie - to jest pytanie...

He he, po dlugiej walce odkrylem blad w kodzie Phila Bunce - swego rodzaju guru w swiecie MIPS. Raczyl odpowiedziec nawet na moj email ("sam Phil Bunce!" he he) i stwierdzic, ze mam "w zasadzie" racje...

Policje calych Stanow Zjednoczonych postawiono na nogi w zwiazku z poszukiwaniem mordercy psa. Otoz jakas paniusia przejezdzajac oboj lotniska w San Jose otworzyla okno samo- -chodu, piesek wyskoczyl, a jakis wredny bialy kierowca ciezkiego terenowca ze stanu Georgia przejechal go podobno z premedytacja. Caly postepowy swiat powiedzial faszyscie swoje zdecydowane "NIE" i facet chyba dolaczy niedlugo do bohaterow programu "Amarica's Most Wanted" (to taka audycja TV dzieki ktorej ukrywajacy sie grozni przestepcy moga wywnioskowac ile tak naprawde policja wie o miejscu ich pobytu he he)...

... A mnie szlag trafia gdy pomysle, ze policja zajmuje sie szukaniem zabojcy psa, a od dwoch chyba miesiacy nie moze znalezc Palomy, ktora znow uciekla z domu i calkiem mozliwe ze tym razem juz nie wroci...

W Oakland afera zwiazana ze zorganizowana przez jedna z tamtejszych galerii ekspozycja pseudosztuki jakiegos wete- -rana wojny w Wietnamie, ktoremu rzucilo sie na mozg, na skutek czego facet "odczuwa potrzebe wyjasnienia tkwiacego w jego glowie konfliktu". Nie moze zrozumiec jak to mozliwe ze miliony ludzi czcily kogos uwazanego przez innych za wcielenie diabla. Wyrzezal wiec cala serie pseudoartystycz- -nych portretow wielkiego Ho Chi Minh'a i, jak twierdzi, chcial tym sprowokowac srodowiska intelektualne do wyprodu- -kowania ksiazki, filmu, czy chocby zorganizowania akade- -mickiej dyskusji na temat tej "wybitnej i waznej postaci historycznej" - "jednej z najwazniejszych takze w historii USA". W jednej ze swoich "prac" "artysta" porownal komunis- -tycznego przywodce Wietnamu Pln. do Waszyngtona - tluma- -czac, ze chodzi mu jedynie o to, ze Waszyngton walczyl z kolonializmem angielskim a Ho Chi Min - z francuskim... Jego zdania nie podzielaja jednak setki rozwscieczonych emigrantow z Wietnamu, ktorzy protestujac nieopodal galerii obchodza sie z "postacia historyczna" podobnie jak w Polsce z Balcerowiczem he he. Sporzadzono karykaturalna kukle "wodza" i w spektakularny sposob jest ona nieprzerwanie okladana kijami przez demonstrantow, ktorzy w wywiadach dla mediow bez wahania okreslaja "wodza" mianem ludobojcy i porownuja go z Hitlerem. Podejrzewam, ze na ten widok saczacy sie z ekranow TV, w pobliskim Berkeley "truchleje" ("intelektualna") "Moc"... ( http://www.bayinsider.com/news/2000/03/18/art.html )

A wczoraj, po Mszy, zasiedzielismy sie troche w kawiarence z Ania, Tonym oraz Krzysztofem (ktory niedawno wrocil z dlugiego pobytu sluzbowego w Japoni) rozmawiajac na tematy mniej lub bardziej konserwatywne he he (Tony opowiadal nam jak to w czasach swej mlodosci zostal zabrany charakterys- -tycznym mikrobusem marki Volkswagen na plaze w Santa Cruz przez zaprzyjaznione studentki z koedukacyjnego akademika, po czym Tony zdazyl tylko zdjac spodnie i koszule a gdy podniosl wzrok na kolezanki - nie wierzac wlasnym oczom - przekonal sie, ze byla to plaza nudystow he he). "To byly inne czasy - nie bylo jescze AIDS" - dodal uzupelniajaco... Potem zeszlismy na polityke, na sytuacje w Polsce, na tzw. reformy i nagle z przerazeniem stwierdzilem, ze skadinad bardzo sympatyczny i inteligentny Tony zaczyna nieswiadomie wciskac mi socjalistyczna propagande. Kiedy uslyszalem, ze "tylko powszechne szkolnictwo panstwowe moze zapewnic wyrownanie szans na edukacje w spoleczenstwie" (czy jakos tak) po prostu wymieklem... Zaczalem cos im tlumaczyc o przeroscie biurokracji, o czeku oswiatowym, o tym, ze rownanie jest zawsze w dol, ze nalezy dazyc do zroznicowania poziomow szkol, a NIE do ich ujednolicenia... Nie zrozumieli mnie... Wyszedlem na inteligentnego egoiste, ktory chce "zrobic dobrze" bogatym i zdolnym kosztem tych mniej zdolnych i ubogich... Kiedy spojrzalem na zegarek i okazalo sie, ze juz 15:30 pozalowalem, ze duzo wczesniej nie wyszedlem po prostu, chocby do pracy...

Nie rozumiem tylko po jakiego grzyba Tony wyjechal z PRL - przeciez tam Wladza "troszczyla sie i wyrownywala szanse" nie tylko w dziedzinie edukacji, ale takze w takich, rownie waznych dla zycia Narodu dziedzinach jak zaopatrzenie w buty, bielizne, chleb, mleko, maslo, czy kielbase wiejska. Fakt, ze niektore rzeczy dostepne byly tylko w Pewex'ie, ktorego role w calym postepowym swiecie pelnia dzis tzw. "sklepy wolnoclowe", no ale przeciez troska Wladzy o Narod i jego dobro byla - i to bylo najwazniejsze, przynajmniej tak dlugo, jak - parafrazujac pewne znane powiedzenie - tego dobra jeszcze jakos wystarczalo...

Dobrze przynajmniej, ze pora deszczowa skonczyla sie w Pln. Kaliforni jakies 2 tygodnie temu wiec nastal sezon wyjazdow na plaze w Santa Cruz he he...

CDN