pad

Prawie obca dziewczyna chce mnie calowac w usta  (polecamy sie tez innym -:))

(20)00.07.04

Osoby, ktore drazni moje pisanie o polityce moga od razu przejsc do nastepnego akapitu i proszone sa o to ;-)))

Wlasnie dostalem list od Pawla, ktory pisze, ze obejrzal przypadkiem jeden z odcinkow reklamowanego przeze mnie serialu animowanego "King of The Hill" i jesli tak wyglada amerykanska prawica to On nie wrozy dobrze przyszlosci swiata... Jakby to powiedziec... Wiadomo kto rzadzi mediami nie tylko w USA. "KOTH" produkowany jest przez jedna z najbardziej lewackich firm - FOX. Tym jednak rozni sie od zdecydowanej wiekszosci pozostalych tytulow, ze podczas gdy tamte pokazuja jawnie lewicowe i "postempowe" wzorce zycia i wysmiewaja w sposob jednoznaczny wszystko co normalne (jesli juz cos takiego zdarzy sie raz na kilka odcinkow) to "KOTH" ukazuje drobnomieszczanskie zycie "teksaskiego ciemnogrodu". Owszem, w sposob przesmiewczy, ironizujacy, ale pokazuje to jako swego rodzaju "smiechu warta" norme!!! Przynajmniej na poziomie lokalnym. Tak wiec nie chodzi tu o to, ze FOX smieje sie z pewnych rzeczy, ale raczej o to, ze pokazuje je!!! A to, ze pokazuje je jako zjawisko ze wszech miar zaslugujace na wysmianie czy nawet politowanie, nie ma tu znaczenia. Trzeba czytac (a moze raczej ogladac?) miedzy wierszami (klatkami?) i cieszyc sie, ze jeszcze pokazuja cos reakcyjnego... Np. w jednym z ostatnich odcinkow Bobby wraz ze swoja sympatia zastanawiali sie jak wykorzystac letnie wakacje. Marzyl mu sie oboz teatralny, o ktorym informacje znalazl w przyniesionym przez dziewczynke magazynie. Wieczorem Hank wszedl do jego pokoju i "przylapal" Bobby'ego na czytaniu pod koldra przy swietle latarki. "Co?! Dodatek do New York Times'a?! W moim domu?!" - wykrzyknal? "Tato, ja nie czytalem, tylko przegladalem ogloszenia" - wytlumaczyl sie Bobby... Natomiast jesli idzie o kondycje amerykanskiej prawicy to nie jest najlepiej... Sytuacja przypomina coraz bardziej te w Polsce. Mamy dwie glowne partie, tworzace razem tzw. Partie Wladzy, przy czym Partia D***kratyczna przypomina "nasza" stara Unie D***tyczna, podczas gdy P. Republikanska to cos jak polaczenie "naszego" starego KLD i ROP... Czyli troche liberalow-aferzystow i troche narodowcow-etatystow. Podobnie jak w Polsce, prawdziwa Prawica jest praktycznie poza ukladem. Forbes moze liczyc w USA na poparcie bardzo podobne do tego, jakie w Polsce ma Janusz Korwin-Mikke... To smutne, ale niestety tak jest... Niejako "kropke nad i" dla tego krotkiego "szkicu sytuacyjnego" moze stanowic to, co niedawno uslyszalem w audycji Rusha Limbaugh. Facet (uwazany tu ogolnie za "czolowego prawicowego oszoloma" i chyba slusznie...) przyprawil mnie o male deja vu, kiedy uslyszalem jak przestrzegal przed glosowaniem na "trzecia czy czwarta partie", gdyz "byloby to marnowaniem glosu". A kiedy po chwili uslyszalem reklame serwisu informacyjnego FOX to juz wiedzialem, ze to "swoj" - faceta po prostu chyba oddelegowano aby "robil na prawicy" i wychodzi mu to calkiem niezle -nabiera sie na to spora konserwatywna czesc spoleczenstwa USA, podobnie jak u nas nabierano sie na "zawodowy katolicyzm" takiego Mazowieckiego, Walesy czy Krzaklewskiego...

Znacznie przyjemniej od rzeczy politycznych czyta sie "Legendary Times" - to wewnetrzny biuletyn zalozonej przez wspolpracownikow Ericha von Danikena organizacji badawczo- popularyzatorskiej AAS RA, do ktorej niedawno sie zapisalem - ciekawe artykuly (ilustrowane unikatowymi zdjeciami) np. o piramidzie w Grecji czy podwodnych strukturach skalnych przy jednej z japonskich wysepek... Czyta sie to bardzo lekko a do tego mozna wzbogacic nieco swoj jezyk (no, przynajmniej "bierne" slownictwo) gdyz materialy pisane sa bardzo staranna angielszczyzna, choc nie pozbawiona pewnych nalecialosci zwiazanych z tym, ze glowni redaktorzy pisma i autorzy wiekszosci tekstow to Szwajcarzy i Grek, jak mozna wniesc z brzmienia nazwisk... Kolege Bernarda prosze o wybaczenie mi tej malej "reklamy" "New Age" - adres www.aas-ra.org podaje jako ciekawostke.

W tym roku jak i w poprzednich, wraz z przyjazdem Andrzeja "po Swietach" (jest to okreslenie trafne, gdyz Andrzej wyjezdza do Polski na Boze Narodzenie a wraca po Wielkiej Nocy) rozpoczal sie sezon na ciekawe przygody. Zaczelo sie od tego, ze pewnego pieknego dnia Andrzej zostawil na mojej "sekretarce" w pracy wiadomosc tresci mniej wiecej takiej: "James, przylatuje jutro o 7:20 liniami Swiss Air". Okazalo sie, ze zostalo mu tylko kilka dni na dopelnienie paru formalnosci zwiazanych z jego patentem, wiec czym predzej wskoczyl w samolot, aby zdazyc jeszcze dac zarobic prawnikom... Samolot przylecial niby punktualnie ale i tak musialem krazyc chyba z godzine po wewnetrznym pierscieniu lotniska - wzdluz wyjsc z wszystkich sektorow terminala - zanim zobaczylem znajoma sylwetke Andrzeja. Nie ma co - jest to niezla gimnastyka dla dolnej partii nog jesli ma sie samochod z reczna skrzynia biegow he he... Od razu pojechalismy pod dom Krzysztofa w San Jose, gdyz tam, na jednym z miejsc parkingowych, Andrzej pozostawil swego Mercedesa. Rzecz dziwna: akumulator wcale sie przez tych pare miesiecy nie rozladowal, ale Mercedes i tak zapalic nie chcial - gasl uparcie po paru sekundach. Nie ma w tym nic dziwnego: Andrzeja Mercedes, mimo ponad 270 tys. mil na liczniku wciaz wyglada i na ogol sprawuje sie jak nowy, ale za duzo wymagac nie mozna... Po krotkich ogledzinach Andrzej stwierdzil, ze nie ma co kombinowac po ciemku, a z reszta mnie i tak akumulator juz sie "konczyl" w latarce. Zaproponowalem wiec, zebysmy pojechali do mojego nowego domu, bo to bardzo niedaleko, tam przekimali i zaczeli dzialalnosc nazajutrz - tzn. sobotniego poranka. Szybko tez okazalo sie, ze moj Thunderbird podejrzanie zaczyna grzac sie coraz szybciej, a dokladnie - ze chlodnica nadaje sie do natychmiastowej wymiany. Rano, przed osma, tj. na kilka minut przed otwarciem bylismy juz pod pobliskim sklepem sieci "Kragen auto parts". Pare minut pozniej mielismy juz nowa chlodnice do mojego Thunderbirda i wrocilismy do mnie... "Ja moglbym to zrobic sam, ale wtedy ty, James, bys sie nie nauczyl, wiec ja ci powiem jak to zrobic a zrobisz to ty sam" - zaczal Andrzej. Najpierw wydawalo mi sie, ze moze uda sie to zrobic tak, zeby specjalnie sie nie pobrudzic he he ale Andrzej moje wysilki podsumowal w swoim bardzo charakterystycznym kpiacym stylu: "Widze, James, ze za bardzo manualny to ty nie jestes" he he... Potem jednak sie rozkrecilem he he. Najlepsza rzecz, jesli chodzi o prace z Andrzejem to to, ze tam, gdzie ktos inny denerwowalby sie i klal, to Andrzej znajduje po prostu pretekst do zartow i zdrowego smiechu. Do tego stopnia, ze czesto zastanawiam sie "kto tu jest James" he he. Najlepszy numer byl wtedy, kiedy lezalem pod samochodem i wlasnie mialem odczepic rure - doplyw do chlodnicy. Zabitralem sie do tego bardzo ostroznie, na co Andrzej rzucil "nic sie nie boj, James, oparzyc cie nie oparzy, ale zapamietasz to sobie" he he. Po chwili juz wiedzialem, ze bede pamietal he he... Kiedy skonczylismy wymiane chlodnicy, ze zdziwieniem skonstatowalem, ze dopiero 9:30 rano. Mozna juz bylo jechac zajac sie samochodem Andrzeja. Po raz kolejny umylem rece. "Widze, James, ze brudnych rak to ty cos nie lubisz miec?" - zauwazyl Andrzej w pewnym momencie. "No nie za bardzo" - odpowiedzialem ze smiechem... Mercedes Andrzeja, o dziwo, odpalil juz za pierwszym razem. Wyruszylismy wiec znow do mnie, tyle, ze Andrzej przy pierwszej okazji zjechal na stacje benzynowa, aby sprawdzic cisnienie w kolach. Niestety, tym razem samochod juz nie chcial zapalic. "Zatrzymalismy sie w dobrym miejscu, James" - Andrzej wskazal na sklep z czesciami i akcesoriami zaraz obok. Niestety, po pompe do jego Mercedesa trzeba bylo pojechac do specjalnych sklepow z czesciami do samochodow niemieckich. Zaczelismy krazyc po San Jose i okazalo sie, ze wszystkie znane Andrzejowi sklepy juz nie istnieja. "Nie ma rady. Trzeba zaholowac samochod do Helmuta" stwierdzil Andrzej... Od razu wiedzialem co ma na mysli he he. Poniewaz nigdy w zyciu nie holowalem samochodu, a tym bardziej po ruchliwych trasach szybkiego ruchu, stanelo na tym, ze Andrzej pojedzie moim T-birdem, a ja beda krecil kierownica i hamowal w Mercedesie. He he... linka, ktora mielismy byla bardzo krotka i nie widzialem jej za bardzo, wiec co chwile na nia najezdzalem. Po paru razach bylo juz po lince he he. Ustalilismy, ze Andrzej pojedzie poszukac jakiejs porzadnej liny a ja popilnuje Mercedesa. Jakies pol godziny pozniej Andrzej wrocil z profesjonalna tasma o wytrzymalosci 10 ton i tym razem poszlo nam lepiej. Wjechalem na tasme dopiero przy wiezdzie na parking przy warsztacie Helmuta. "Dzisiaj wykazales sie zrecznoscia, James" - podsumowal jednak Andrzej. Potem pojechalismy do mojego starego mieszkania wykapac sie i na lotnisko w San Jose, skad Andrzej chcial pozyczyc samochod na weekend, kiedy to jego Mercedes stal u Helmuta. Musze przyznac, ze Andrzej bardzo mi zaimponowal. Kiedy stwierdzilem, ze potezny, luksusowy Buick LeSabre to jest naprawde potezna bryka a bagaznik ma taki, ze mozna w nim wygodnie spac, odparl, ze "byle malym badziewiem jezdzil nie bedzie".

Nazajutrz, w niedziele mielismy w naszej parafii doroczny Festiwal Polski. Bylo bardzo symaptycznie, a byloby jeszcze bardziej, gdyby nie to, ze mielismy wlasnie atak fali rekordowych upalow. Kilka piw "Okocim Zagloba" wypitych na zmiane z kilkoma butelkami mineralnej nie zrobilo na mnie najmniejszego wrazenia he he. Kielbaski z grilla byly takie jak byc powinny, podobnie jak inne potrawy i desery. Wystepy ludowe wypadly bardzo profesjonalnie a rozmaite stoiska cieszyly sie zainteresowaniem nawet mimo tego, ze ludzie specjalnie w tym roku nie dopisali - zapewne wlasnie z powodu niemilosiernych upalow. Tony namiawial mnie i Anie abysmy pomogli mu przy stoisku z plytami i literatura, ale ja nie moglem pozwolic sobie na to, aby spedzic tam caly dzien - bylem przeciez w samym srodku przeprowadzki. Ania tez nie mogla mu pomoc, gdyz musiala akurat troche pracowac wiec tylko porozmawiala troszke z Tonym i pozeganala sie. Mnie nie za bardzo spieszylo sie do pogawedki z Tonym, gdyz jak sie okazalo, razem z nim przy tym stoisku udzielal sie - nazwijmy go - "L", ktorego my z Andrzejem nie lubimy he he... W pewnym momencie, wychodzac z sali parafialnej, minalem sie na chodniku z pewna znajoma, ktora znam bardzo pobieznie - ot, moze z 3 razy zamienilismy pare slow na roznych imprezach polonijnych... Wiem tylko jak ma na imie i skad jest w Polsce... Tym bardziej zdziwilo mnie, kiedy ona na przywitanie chciala pocalowac mnie w usta. Doslownie w ostatniej chwili udalo mi sie zrobic unik he he. Refleks zwyciezyl wiec nad zaskoczeniem he he. Najpierw zaczalem zastanawiac sie, ze moze ze mna cos nie tak, ze praktycznie obca dziewczyna chce mnie calowac w usta, ale potem okazalo sie, ze Andrzeja tez chciala, wiec doszlismy do wniosku, ze fajnie, to tak ma byc, polecamy sie tez innym he he... Spotkalismy tez Agnieszke, co zaowocowalo ekspozycja dwoch klatek filmu w moim aparacie. Zaczelismy zartowac, ze Agnieszka pewnie znalazla sobie chlopaka w innej okolicy, bo ostatnio cos rzadko sie pokazuje, na co ona przyznala, ze owszem i wlasnie jest z nim umowiona na Festiwalu. No i wydalo sie, gdzie Agnieszka teraz pracuje - mianowicie w hamburgerowni "In and Out" na rogu El Camino Real i Remington w Sunnyvale. Zapewnilismy ja, ze nie musi sie martwic - nie bedziemy jej tam odwiedzac i peszyc he he... Bylo w sumie sympatycznie. Jedyny negatywny akcent to to, ze pod wplywem slonca i upalu moj T-bird nagrzal sie tak, ze pekl jeden z plastikowych "zabkow" trzymajacych przycisk klaksonu w kierownicy i tarcza z charakterystycznym logo Thunderbirda wyskoczyla ze swego miejsca pod wplywem sprezyny tak, ze kiedy wrocilem do samochodu, wisiala sobie spokojnie jedynie na przewodach... Kiedy to zobaczylem zaczalem zastanawiac sie, czy czasem ktos nie dobieral sie do mojego samochodu, albo czy nie jest to efekt telekinezy he he, gdyz wlasnie przypomniala mi sie dziwna przygoda z dnia poprzedniego, kiedy to siedzialem sobie w samochodzie zaparkowanym pod budynkiem lotniska w San Jose czekajac na Andrzeja. Otoz pare metrow obok stal sobie taki dziwny wozek - chyba na bagaze. Stal sobie spokojnie i nagle zaczal poruszac sie do tylu - wyjezdzajac ze swego stanowiska, potem w miejscu zrobil obrot o jakies 100 stopni, po czym spokojnie ruszyl do przodu i zatrzymal sie dopiero na moim samochodzie. Na poczatku myslalem, ze wozek jest zdalnie sterowany i zaraz ktos przyjdzie z awantura, ze blokuje trase jego wozka he he ale nic takiego sie nie wydarzylo. Bylo mi to obojetne do tego stopnia, ze dopiero kiedy wrocil Andrzej poprosilem go, aby zdjal ten wozek z mojego samochodu. Kiedy potem pytalem Andrzeja czy pamieta dokladnie jak wygladalo to miejsce, gdzie pierwotnie stal wozek i wspomnialem mu o moich podejrzeniach nieswiadomej telekinezy, Andrzej odparl krotko: "Nie przejmuj sie, James. Niektorzy ludzie juz tak maja, ze przyciagaja rozne rzeczy" he he... Zdjecia z Festiwalu sa pod: http://www.geocities.com/mark0xd/mark13/SanJose500/

No a potem byla sobota, na ktora przypadla decydujaca czesc mojej przeprowadzki - transport mebli oraz 27-calowego TV. Dopisal tylko Andrzej, na ktorym zawsze mozna polegac. Nie moge miec zreszta do nikogo pretensji - to przeciez moja wina, ze chcialem przeprowadzac sie w dlugi weekend. Znow bylo duzo smiechu oraz stresu - z mojej glownie strony he he. Nie cierpie nosic ciezkich rzeczy, kiedy na dworze temparatura wysoce niecywilizowana he he. No a musielismy jakos sobie poradzic we dwojke... Andrzej tez nieco mnie wystraszyl: kiedy usiadl za kieronica ciezarowki z U-HAUL ( www.u-haul.com ) i zaczal prowadzic jakby to byl samochod wyscigowy z jednej strony doszedlem do wniosku, ze wiem juz z cala pewnoscia, "kto tu jest James", a z drugiej zaczalem obawiac sie, czy moj telewizor przetrzyma transport he he.

Hanoch powiedzial kiedys, ze mieszka sie w nowym domu od chwili, kiedy wstawi sie tam lozko. Mial facet racje. Nie tylko mieszka sie zreszta ale i dojezdza do pracy he he. Poza godzinami szczytu jest to mniej niz 20 minut... Jednak w tych nieszczesnych porach jest to nawet ponad godzina. Poza tym wlaczaja specjalne swiatla przy wjazdach na autostrady, co powoduje, ze aby rano przejechac te kilkaset metrow przed 101-ka, trzeba poswiecic nawet z 15 minut... Najlepiej jechac tak przed 5 rano albo po 9:30, jak sie okazuje... No i na nowo odkrylem po co jest radio he he... Do tego zaczely sie naprawde niezle upaly. Bardziej pasuja do Nevady czy Arizony niz do chlodnej raczej Zatoki San Francisco... Dobrze, ze mam w domu klimatyzacje, gdyz kiedy rano otwieram drzwi na dwor to mam wrazenie, iz uchylam dzrzwiczki jakiegos pieca... Choc sa tez pozytywy dojazdow. Calkiem niedawno, wjezdzajac rano na 101-ke, widzialem z bliska samochod-marzenie: Aston Martin DB7. Eh, to jest to.

W jedna z sobot przyszly do mnie - zobaczyc nowy dom i obejrzec jakis film - Ania i Simone. Oczywiscie dalem od razu "cynk" Andrzejowi. Kiedy wyjasnilem, ze one przychodza o 18-ej i tylko na jeden film, Andrzej od razu wykazal sie refleksem i zdolnosciami dedukcyjnymi. "A, widzisz, James. Tak do 21-ej bo potem jada na pewno do klubow. Trzeba je wiec gdzies zabrac!". Kiedy dziewczyny przyjechaly, natychmiast zadzwonilem pod numer Krzysztofa, u ktorego chwilowo zatrzymal sie Andrzej. "Andrzej, koty przyjechaly" - mowie. "Ile kotow?" - Andrzej na to. "No dwa" - ja na to. "Juz przyjezdzam" - zakonczyl Andrzej. Po chwili pojawil sie z flaszka "Glenfiddich Single Malt Special Reserve" w jednej rece i z 2-litrowa Coke w drugiej. No i po minucie dowiedzialem sie, co to jest prawdziwie zacne whisky... Po filmie Andrzej dyplomatycznie zaczal badac sytuacje. Okazalo sie, ze dziewczyny chcialy poszukac jakiegos klubu w San Jose. Andrzej jednak szybko przekonal je, zeby pojechaly z nim "do miasta" czyli do San Francisco. Ja stwierdzilem, ze godzina jeszcze mloda i w sumie mnie tez raz na rok nie zaszkodziloby sie przewietrzyc. Umowilismy sie, ze spotykamy sie w Palo Alto, przy tym "lokalu, gdzie te blondynki znajduja tych Murzynow" (serio, to calkiem kulturalna i nietania kafejka) bo Andrzej musial jeszcze na chwile skoczyc do Krzysztofa. W San Francisco bylismy cos kolo 23-ej. Andrzej zaprowadzil nas do lokalu o nazwie "Bohemia" (czy jakos tak). Tam jednak okazalo sie, ze na gorze jest prywatna impreza a na dole jest tylko DJ, paru facetow przy stole bilardowym, 1 (slownie: jedna) panienka wyginajaca sie przed DJ'em w rytm muzyki (wybitnie zreszta Ani i Simone nie odpowiadajacej). Dziewczyny stracily juz nieco humor, kiedy zmarzly dosyc czekajac na Andrzeja w Palo Alto, a w "Bohemii" "skwasily sie" zupelnie. Po chwili wyginac jeszcze zaczela sie blondynka, ktora Andrzej zidentyfikowal jako znana mu z widzenia Czeszke, a pare minut pozniej doszedl jeszcze mlody i bardzo wesoly Zydek w jarmulce w towarzystwie krotko ostrzyzonej brunetki o bliskowschodniej budowie ciala (na oko wazyla poltora raza tyle co jej towarzysz). My z Andrzejem bawilismy sie niezle obserwacja towarzystwa i dowcipkowaniem a dziewczyny demonstracyjnie wyszly na dwor. "Adam, my chcemy wracac do domu" powiedziala mi Ania, gdy takze wyszedlem - zobaczyc o co chodzi he he. Wracam wiec do srodka i mowie do Andrzeja "Mam zla wiadomosc: dziewczyny chca wracac do domu". "Tak? To bardzo dobrze! Bo w Santa Clara jest impreza. Chcesz zobaczyc zydowska impreze, James?". Odwiezlismy dziewczyny do Palo Alto (a moze to juz jest Menlo Park?) i jedziemy do Sunnyvale. "To srodowisko mojego kolegi" - tlumaczy Andrzej - "niby polsko-rosyjskie a prawie sami Zydzi, ale ja tam lubie przychodzic a poza tym tam jest zawsze kilka moich fajnych kolezanek". Bylismy tam chyba cos kolo 1-ej w nocy, ale impreza wcale sie nie konczyla. Andrzej od razu znalazl w tlumie swoja znajoma - bardzo atrakcyjna blondynke, ktora nieco przypomina aktorke Jande "jak jeszcze byla mloda i ladna" i rozpoczal prezentacje. Mnie przedstawial he he tradycyjnie: "A to jest moj przyjaciel James Bond"... Ja na to oczywiscie "Bond, James Bond", co przychodzi mi latwo od czasu, kiedy na balu w Monterey wzieto mnie za agenta BOR'u he he... No a potem przez jakies dwie godziny Andrzej z wdziekiem zawodowego mistrza rock'n'roll'a tanczyl z ta blondynka, ku zazdrosci siedzacych na kanapie "kedzierzawych brunetow", ktorych obserwacja byla z kolei dla mnie dosc dobra rozrywka. No przeciez nie bede psul Andrzejowi zabawy i nie powiem "Chce mi sie spac, zawiez mnie do domu" he he. Na drugi dzien bardzo ciezko sie wstawalo...

Musze jednak chyba przyznac racje amerykanskim "inwestorom" (gieldowym). Te 4% bezrobocia wydaja sie byc liczba zbyt mala. Poznajemy to po tym, ze coraz czesciej, w roznych sytuacjach mamy do czynienia z ludzmi, ktorych Kolega Pawel zwykl byl okreslac mianem "inteligenci"... Coraz ciezej juz dogadac sie z facetem w banku, z ekspedientka... Wydaja sie byc z "innej bajki", choc w koncu, tak po piatym razie tj. wytlumaczeniu o co chodzi, zdarza im sie jednak czesto "zaskoczyc", choc widac, ze mysla bardzo intensywnie, na granicy fizycznego bolu he he. A u nas niedawno jacys "fachowcy" prowadzac prace budowlane niedaleko glownego budynku NEC przekopali sie przez rure z gazem, co zakonczylo sie spektakularnym pokazem wyszkolenia sluzb ratowniczych oraz ewakuacja budynku, w ktorym do niedawna pracowalem (obecnie nasza grupa ma biuro w budynku sasiednim, zwanym dumnie "NEC Plaza Building", dla odroznienia od tamtego, zwanego nawet dumniej "US Corporate Headquarters"... He he przypomina mi sie jak to swego czasu "fachowcy" kopiac kolo Philipsa "wylaczyli" doplyw energii elektrycznej duzej czesci Sunnyvale...

Za to w niedziele dowiedzialem sie, jakie mozliwosci stwarza "wilczy kapitalizm" w Dolinie Krzemowej. Mialem bowiem okazje pomoc troszke Leszkowi przy przeprowadzce. Bylo niesamowicie sympatycznie. Sniadanko z pysznymi wedlinami i serem z polskiego sklepu... Herbatka z miodem i cytrynka, czeskie piwko... zyc nie umierac... Leszek pokazal mi tez bardzo ciekawe zdjecia ze swojego ostatniego pobytu w Polsce - m.in. z Pikniku UPR oraz z imprezy u Korwina (w Jozefowie). Eh, szkoda ze mnie tam nie bylo... No a potem zaladowalismy ciezarowke i pojechalismy do Moragi (to taki przepiekny trojkat Orinda-Moraga-Lafayette, gdzie wsrod krajobrazow a la Bieszczady przemykaja m.in. nowiutkie Ferrari) i zobaczylem nowa rezydencje Rodziny Leszka. No i wtedy przypomnialy mi sie slowa Korwina: "Lenie beda dziadami, ludzie pracowici beda mieli duzo, a zdolniejsi i pracowici jeszcze wiecej"...

Najwazniejsze jednak, ze juz za 6 dni dlugie oczekiwanie konczy sie - przyjezdza Ania i zycie nabierze barw...

CDN