 |
)_files/trans_1x1.gif) |


(20)00.07.04
Osoby, ktore drazni moje pisanie o
polityce moga od razu przejsc do nastepnego akapitu i proszone sa o
to ;-)))
Wlasnie dostalem list od Pawla, ktory pisze, ze
obejrzal przypadkiem jeden z odcinkow reklamowanego przeze mnie
serialu animowanego "King of The Hill" i jesli tak wyglada
amerykanska prawica to On nie wrozy dobrze przyszlosci swiata...
Jakby to powiedziec... Wiadomo kto rzadzi mediami nie tylko w USA.
"KOTH" produkowany jest przez jedna z najbardziej lewackich firm -
FOX. Tym jednak rozni sie od zdecydowanej wiekszosci pozostalych
tytulow, ze podczas gdy tamte pokazuja jawnie lewicowe i
"postempowe" wzorce zycia i wysmiewaja w sposob jednoznaczny
wszystko co normalne (jesli juz cos takiego zdarzy sie raz na kilka
odcinkow) to "KOTH" ukazuje drobnomieszczanskie zycie "teksaskiego
ciemnogrodu". Owszem, w sposob przesmiewczy, ironizujacy, ale
pokazuje to jako swego rodzaju "smiechu warta" norme!!! Przynajmniej
na poziomie lokalnym. Tak wiec nie chodzi tu o to, ze FOX smieje sie
z pewnych rzeczy, ale raczej o to, ze pokazuje je!!! A to, ze
pokazuje je jako zjawisko ze wszech miar zaslugujace na wysmianie
czy nawet politowanie, nie ma tu znaczenia. Trzeba czytac (a moze
raczej ogladac?) miedzy wierszami (klatkami?) i cieszyc sie, ze
jeszcze pokazuja cos reakcyjnego... Np. w jednym z ostatnich
odcinkow Bobby wraz ze swoja sympatia zastanawiali sie jak
wykorzystac letnie wakacje. Marzyl mu sie oboz teatralny, o ktorym
informacje znalazl w przyniesionym przez dziewczynke magazynie.
Wieczorem Hank wszedl do jego pokoju i "przylapal" Bobby'ego na
czytaniu pod koldra przy swietle latarki. "Co?! Dodatek do New York
Times'a?! W moim domu?!" - wykrzyknal? "Tato, ja nie czytalem, tylko
przegladalem ogloszenia" - wytlumaczyl sie Bobby... Natomiast jesli
idzie o kondycje amerykanskiej prawicy to nie jest najlepiej...
Sytuacja przypomina coraz bardziej te w Polsce. Mamy dwie glowne
partie, tworzace razem tzw. Partie Wladzy, przy czym Partia
D***kratyczna przypomina "nasza" stara Unie D***tyczna, podczas gdy
P. Republikanska to cos jak polaczenie "naszego" starego KLD i
ROP... Czyli troche liberalow-aferzystow i troche
narodowcow-etatystow. Podobnie jak w Polsce, prawdziwa Prawica jest
praktycznie poza ukladem. Forbes moze liczyc w USA na poparcie
bardzo podobne do tego, jakie w Polsce ma Janusz Korwin-Mikke... To
smutne, ale niestety tak jest... Niejako "kropke nad i" dla tego
krotkiego "szkicu sytuacyjnego" moze stanowic to, co niedawno
uslyszalem w audycji Rusha Limbaugh. Facet (uwazany tu ogolnie za
"czolowego prawicowego oszoloma" i chyba slusznie...) przyprawil
mnie o male deja vu, kiedy uslyszalem jak przestrzegal przed
glosowaniem na "trzecia czy czwarta partie", gdyz "byloby to
marnowaniem glosu". A kiedy po chwili uslyszalem reklame serwisu
informacyjnego FOX to juz wiedzialem, ze to "swoj" - faceta po
prostu chyba oddelegowano aby "robil na prawicy" i wychodzi mu to
calkiem niezle -nabiera sie na to spora konserwatywna czesc
spoleczenstwa USA, podobnie jak u nas nabierano sie na "zawodowy
katolicyzm" takiego Mazowieckiego, Walesy czy
Krzaklewskiego...
Znacznie przyjemniej od rzeczy politycznych
czyta sie "Legendary Times" - to wewnetrzny biuletyn zalozonej przez
wspolpracownikow Ericha von Danikena organizacji badawczo-
popularyzatorskiej AAS RA, do ktorej niedawno sie zapisalem -
ciekawe artykuly (ilustrowane unikatowymi zdjeciami) np. o
piramidzie w Grecji czy podwodnych strukturach skalnych przy jednej
z japonskich wysepek... Czyta sie to bardzo lekko a do tego mozna
wzbogacic nieco swoj jezyk (no, przynajmniej "bierne" slownictwo)
gdyz materialy pisane sa bardzo staranna angielszczyzna, choc nie
pozbawiona pewnych nalecialosci zwiazanych z tym, ze glowni
redaktorzy pisma i autorzy wiekszosci tekstow to Szwajcarzy i Grek,
jak mozna wniesc z brzmienia nazwisk... Kolege Bernarda prosze o
wybaczenie mi tej malej "reklamy" "New Age" - adres www.aas-ra.org
podaje jako ciekawostke.
W tym roku jak i w poprzednich, wraz
z przyjazdem Andrzeja "po Swietach" (jest to okreslenie trafne, gdyz
Andrzej wyjezdza do Polski na Boze Narodzenie a wraca po Wielkiej
Nocy) rozpoczal sie sezon na ciekawe przygody. Zaczelo sie od tego,
ze pewnego pieknego dnia Andrzej zostawil na mojej "sekretarce" w
pracy wiadomosc tresci mniej wiecej takiej: "James, przylatuje jutro
o 7:20 liniami Swiss Air". Okazalo sie, ze zostalo mu tylko kilka
dni na dopelnienie paru formalnosci zwiazanych z jego patentem, wiec
czym predzej wskoczyl w samolot, aby zdazyc jeszcze dac zarobic
prawnikom... Samolot przylecial niby punktualnie ale i tak musialem
krazyc chyba z godzine po wewnetrznym pierscieniu lotniska - wzdluz
wyjsc z wszystkich sektorow terminala - zanim zobaczylem znajoma
sylwetke Andrzeja. Nie ma co - jest to niezla gimnastyka dla dolnej
partii nog jesli ma sie samochod z reczna skrzynia biegow he he...
Od razu pojechalismy pod dom Krzysztofa w San Jose, gdyz tam, na
jednym z miejsc parkingowych, Andrzej pozostawil swego Mercedesa.
Rzecz dziwna: akumulator wcale sie przez tych pare miesiecy nie
rozladowal, ale Mercedes i tak zapalic nie chcial - gasl uparcie po
paru sekundach. Nie ma w tym nic dziwnego: Andrzeja Mercedes, mimo
ponad 270 tys. mil na liczniku wciaz wyglada i na ogol sprawuje sie
jak nowy, ale za duzo wymagac nie mozna... Po krotkich ogledzinach
Andrzej stwierdzil, ze nie ma co kombinowac po ciemku, a z reszta
mnie i tak akumulator juz sie "konczyl" w latarce. Zaproponowalem
wiec, zebysmy pojechali do mojego nowego domu, bo to bardzo
niedaleko, tam przekimali i zaczeli dzialalnosc nazajutrz - tzn.
sobotniego poranka. Szybko tez okazalo sie, ze moj Thunderbird
podejrzanie zaczyna grzac sie coraz szybciej, a dokladnie - ze
chlodnica nadaje sie do natychmiastowej wymiany. Rano, przed osma,
tj. na kilka minut przed otwarciem bylismy juz pod pobliskim sklepem
sieci "Kragen auto parts". Pare minut pozniej mielismy juz nowa
chlodnice do mojego Thunderbirda i wrocilismy do mnie... "Ja moglbym
to zrobic sam, ale wtedy ty, James, bys sie nie nauczyl, wiec ja ci
powiem jak to zrobic a zrobisz to ty sam" - zaczal Andrzej. Najpierw
wydawalo mi sie, ze moze uda sie to zrobic tak, zeby specjalnie sie
nie pobrudzic he he ale Andrzej moje wysilki podsumowal w swoim
bardzo charakterystycznym kpiacym stylu: "Widze, James, ze za bardzo
manualny to ty nie jestes" he he... Potem jednak sie rozkrecilem he
he. Najlepsza rzecz, jesli chodzi o prace z Andrzejem to to, ze tam,
gdzie ktos inny denerwowalby sie i klal, to Andrzej znajduje po
prostu pretekst do zartow i zdrowego smiechu. Do tego stopnia, ze
czesto zastanawiam sie "kto tu jest James" he he. Najlepszy numer
byl wtedy, kiedy lezalem pod samochodem i wlasnie mialem odczepic
rure - doplyw do chlodnicy. Zabitralem sie do tego bardzo ostroznie,
na co Andrzej rzucil "nic sie nie boj, James, oparzyc cie nie
oparzy, ale zapamietasz to sobie" he he. Po chwili juz wiedzialem,
ze bede pamietal he he... Kiedy skonczylismy wymiane chlodnicy, ze
zdziwieniem skonstatowalem, ze dopiero 9:30 rano. Mozna juz bylo
jechac zajac sie samochodem Andrzeja. Po raz kolejny umylem rece.
"Widze, James, ze brudnych rak to ty cos nie lubisz miec?" -
zauwazyl Andrzej w pewnym momencie. "No nie za bardzo" -
odpowiedzialem ze smiechem... Mercedes Andrzeja, o dziwo, odpalil
juz za pierwszym razem. Wyruszylismy wiec znow do mnie, tyle, ze
Andrzej przy pierwszej okazji zjechal na stacje benzynowa, aby
sprawdzic cisnienie w kolach. Niestety, tym razem samochod juz nie
chcial zapalic. "Zatrzymalismy sie w dobrym miejscu, James" -
Andrzej wskazal na sklep z czesciami i akcesoriami zaraz obok.
Niestety, po pompe do jego Mercedesa trzeba bylo pojechac do
specjalnych sklepow z czesciami do samochodow niemieckich.
Zaczelismy krazyc po San Jose i okazalo sie, ze wszystkie znane
Andrzejowi sklepy juz nie istnieja. "Nie ma rady. Trzeba zaholowac
samochod do Helmuta" stwierdzil Andrzej... Od razu wiedzialem co ma
na mysli he he. Poniewaz nigdy w zyciu nie holowalem samochodu, a
tym bardziej po ruchliwych trasach szybkiego ruchu, stanelo na tym,
ze Andrzej pojedzie moim T-birdem, a ja beda krecil kierownica i
hamowal w Mercedesie. He he... linka, ktora mielismy byla bardzo
krotka i nie widzialem jej za bardzo, wiec co chwile na nia
najezdzalem. Po paru razach bylo juz po lince he he. Ustalilismy, ze
Andrzej pojedzie poszukac jakiejs porzadnej liny a ja popilnuje
Mercedesa. Jakies pol godziny pozniej Andrzej wrocil z profesjonalna
tasma o wytrzymalosci 10 ton i tym razem poszlo nam lepiej.
Wjechalem na tasme dopiero przy wiezdzie na parking przy warsztacie
Helmuta. "Dzisiaj wykazales sie zrecznoscia, James" - podsumowal
jednak Andrzej. Potem pojechalismy do mojego starego mieszkania
wykapac sie i na lotnisko w San Jose, skad Andrzej chcial pozyczyc
samochod na weekend, kiedy to jego Mercedes stal u Helmuta. Musze
przyznac, ze Andrzej bardzo mi zaimponowal. Kiedy stwierdzilem, ze
potezny, luksusowy Buick LeSabre to jest naprawde potezna bryka a
bagaznik ma taki, ze mozna w nim wygodnie spac, odparl, ze "byle
malym badziewiem jezdzil nie bedzie".
Nazajutrz, w niedziele
mielismy w naszej parafii doroczny Festiwal Polski. Bylo bardzo
symaptycznie, a byloby jeszcze bardziej, gdyby nie to, ze mielismy
wlasnie atak fali rekordowych upalow. Kilka piw "Okocim Zagloba"
wypitych na zmiane z kilkoma butelkami mineralnej nie zrobilo na
mnie najmniejszego wrazenia he he. Kielbaski z grilla byly takie jak
byc powinny, podobnie jak inne potrawy i desery. Wystepy ludowe
wypadly bardzo profesjonalnie a rozmaite stoiska cieszyly sie
zainteresowaniem nawet mimo tego, ze ludzie specjalnie w tym roku
nie dopisali - zapewne wlasnie z powodu niemilosiernych upalow. Tony
namiawial mnie i Anie abysmy pomogli mu przy stoisku z plytami i
literatura, ale ja nie moglem pozwolic sobie na to, aby spedzic tam
caly dzien - bylem przeciez w samym srodku przeprowadzki. Ania tez
nie mogla mu pomoc, gdyz musiala akurat troche pracowac wiec tylko
porozmawiala troszke z Tonym i pozeganala sie. Mnie nie za bardzo
spieszylo sie do pogawedki z Tonym, gdyz jak sie okazalo, razem z
nim przy tym stoisku udzielal sie - nazwijmy go - "L", ktorego my z
Andrzejem nie lubimy he he... W pewnym momencie, wychodzac z sali
parafialnej, minalem sie na chodniku z pewna znajoma, ktora znam
bardzo pobieznie - ot, moze z 3 razy zamienilismy pare slow na
roznych imprezach polonijnych... Wiem tylko jak ma na imie i skad
jest w Polsce... Tym bardziej zdziwilo mnie, kiedy ona na
przywitanie chciala pocalowac mnie w usta. Doslownie w ostatniej
chwili udalo mi sie zrobic unik he he. Refleks zwyciezyl wiec nad
zaskoczeniem he he. Najpierw zaczalem zastanawiac sie, ze moze ze
mna cos nie tak, ze praktycznie obca dziewczyna chce mnie calowac w
usta, ale potem okazalo sie, ze Andrzeja tez chciala, wiec doszlismy
do wniosku, ze fajnie, to tak ma byc, polecamy sie tez innym he
he... Spotkalismy tez Agnieszke, co zaowocowalo ekspozycja dwoch
klatek filmu w moim aparacie. Zaczelismy zartowac, ze Agnieszka
pewnie znalazla sobie chlopaka w innej okolicy, bo ostatnio cos
rzadko sie pokazuje, na co ona przyznala, ze owszem i wlasnie jest z
nim umowiona na Festiwalu. No i wydalo sie, gdzie Agnieszka teraz
pracuje - mianowicie w hamburgerowni "In and Out" na rogu El Camino
Real i Remington w Sunnyvale. Zapewnilismy ja, ze nie musi sie
martwic - nie bedziemy jej tam odwiedzac i peszyc he he... Bylo w
sumie sympatycznie. Jedyny negatywny akcent to to, ze pod wplywem
slonca i upalu moj T-bird nagrzal sie tak, ze pekl jeden z
plastikowych "zabkow" trzymajacych przycisk klaksonu w kierownicy i
tarcza z charakterystycznym logo Thunderbirda wyskoczyla ze swego
miejsca pod wplywem sprezyny tak, ze kiedy wrocilem do samochodu,
wisiala sobie spokojnie jedynie na przewodach... Kiedy to zobaczylem
zaczalem zastanawiac sie, czy czasem ktos nie dobieral sie do mojego
samochodu, albo czy nie jest to efekt telekinezy he he, gdyz wlasnie
przypomniala mi sie dziwna przygoda z dnia poprzedniego, kiedy to
siedzialem sobie w samochodzie zaparkowanym pod budynkiem lotniska w
San Jose czekajac na Andrzeja. Otoz pare metrow obok stal sobie taki
dziwny wozek - chyba na bagaze. Stal sobie spokojnie i nagle zaczal
poruszac sie do tylu - wyjezdzajac ze swego stanowiska, potem w
miejscu zrobil obrot o jakies 100 stopni, po czym spokojnie ruszyl
do przodu i zatrzymal sie dopiero na moim samochodzie. Na poczatku
myslalem, ze wozek jest zdalnie sterowany i zaraz ktos przyjdzie z
awantura, ze blokuje trase jego wozka he he ale nic takiego sie nie
wydarzylo. Bylo mi to obojetne do tego stopnia, ze dopiero kiedy
wrocil Andrzej poprosilem go, aby zdjal ten wozek z mojego
samochodu. Kiedy potem pytalem Andrzeja czy pamieta dokladnie jak
wygladalo to miejsce, gdzie pierwotnie stal wozek i wspomnialem mu o
moich podejrzeniach nieswiadomej telekinezy, Andrzej odparl krotko:
"Nie przejmuj sie, James. Niektorzy ludzie juz tak maja, ze
przyciagaja rozne rzeczy" he he... Zdjecia z Festiwalu sa pod:
http://www.geocities.com/mark0xd/mark13/SanJose500/
No a
potem byla sobota, na ktora przypadla decydujaca czesc mojej
przeprowadzki - transport mebli oraz 27-calowego TV. Dopisal tylko
Andrzej, na ktorym zawsze mozna polegac. Nie moge miec zreszta do
nikogo pretensji - to przeciez moja wina, ze chcialem przeprowadzac
sie w dlugi weekend. Znow bylo duzo smiechu oraz stresu - z mojej
glownie strony he he. Nie cierpie nosic ciezkich rzeczy, kiedy na
dworze temparatura wysoce niecywilizowana he he. No a musielismy
jakos sobie poradzic we dwojke... Andrzej tez nieco mnie wystraszyl:
kiedy usiadl za kieronica ciezarowki z U-HAUL ( www.u-haul.com ) i
zaczal prowadzic jakby to byl samochod wyscigowy z jednej strony
doszedlem do wniosku, ze wiem juz z cala pewnoscia, "kto tu jest
James", a z drugiej zaczalem obawiac sie, czy moj telewizor
przetrzyma transport he he.
Hanoch powiedzial kiedys, ze
mieszka sie w nowym domu od chwili, kiedy wstawi sie tam lozko. Mial
facet racje. Nie tylko mieszka sie zreszta ale i dojezdza do pracy
he he. Poza godzinami szczytu jest to mniej niz 20 minut... Jednak w
tych nieszczesnych porach jest to nawet ponad godzina. Poza tym
wlaczaja specjalne swiatla przy wjazdach na autostrady, co powoduje,
ze aby rano przejechac te kilkaset metrow przed 101-ka, trzeba
poswiecic nawet z 15 minut... Najlepiej jechac tak przed 5 rano albo
po 9:30, jak sie okazuje... No i na nowo odkrylem po co jest radio
he he... Do tego zaczely sie naprawde niezle upaly. Bardziej pasuja
do Nevady czy Arizony niz do chlodnej raczej Zatoki San Francisco...
Dobrze, ze mam w domu klimatyzacje, gdyz kiedy rano otwieram drzwi
na dwor to mam wrazenie, iz uchylam dzrzwiczki jakiegos pieca...
Choc sa tez pozytywy dojazdow. Calkiem niedawno, wjezdzajac rano na
101-ke, widzialem z bliska samochod-marzenie: Aston Martin DB7. Eh,
to jest to.
W jedna z sobot przyszly do mnie - zobaczyc nowy
dom i obejrzec jakis film - Ania i Simone. Oczywiscie dalem od razu
"cynk" Andrzejowi. Kiedy wyjasnilem, ze one przychodza o 18-ej i
tylko na jeden film, Andrzej od razu wykazal sie refleksem i
zdolnosciami dedukcyjnymi. "A, widzisz, James. Tak do 21-ej bo potem
jada na pewno do klubow. Trzeba je wiec gdzies zabrac!". Kiedy
dziewczyny przyjechaly, natychmiast zadzwonilem pod numer
Krzysztofa, u ktorego chwilowo zatrzymal sie Andrzej. "Andrzej, koty
przyjechaly" - mowie. "Ile kotow?" - Andrzej na to. "No dwa" - ja na
to. "Juz przyjezdzam" - zakonczyl Andrzej. Po chwili pojawil sie z
flaszka "Glenfiddich Single Malt Special Reserve" w jednej rece i z
2-litrowa Coke w drugiej. No i po minucie dowiedzialem sie, co to
jest prawdziwie zacne whisky... Po filmie Andrzej dyplomatycznie
zaczal badac sytuacje. Okazalo sie, ze dziewczyny chcialy poszukac
jakiegos klubu w San Jose. Andrzej jednak szybko przekonal je, zeby
pojechaly z nim "do miasta" czyli do San Francisco. Ja stwierdzilem,
ze godzina jeszcze mloda i w sumie mnie tez raz na rok nie
zaszkodziloby sie przewietrzyc. Umowilismy sie, ze spotykamy sie w
Palo Alto, przy tym "lokalu, gdzie te blondynki znajduja tych
Murzynow" (serio, to calkiem kulturalna i nietania kafejka) bo
Andrzej musial jeszcze na chwile skoczyc do Krzysztofa. W San
Francisco bylismy cos kolo 23-ej. Andrzej zaprowadzil nas do lokalu
o nazwie "Bohemia" (czy jakos tak). Tam jednak okazalo sie, ze na
gorze jest prywatna impreza a na dole jest tylko DJ, paru facetow
przy stole bilardowym, 1 (slownie: jedna) panienka wyginajaca sie
przed DJ'em w rytm muzyki (wybitnie zreszta Ani i Simone nie
odpowiadajacej). Dziewczyny stracily juz nieco humor, kiedy zmarzly
dosyc czekajac na Andrzeja w Palo Alto, a w "Bohemii" "skwasily sie"
zupelnie. Po chwili wyginac jeszcze zaczela sie blondynka, ktora
Andrzej zidentyfikowal jako znana mu z widzenia Czeszke, a pare
minut pozniej doszedl jeszcze mlody i bardzo wesoly Zydek w jarmulce
w towarzystwie krotko ostrzyzonej brunetki o bliskowschodniej
budowie ciala (na oko wazyla poltora raza tyle co jej towarzysz). My
z Andrzejem bawilismy sie niezle obserwacja towarzystwa i
dowcipkowaniem a dziewczyny demonstracyjnie wyszly na dwor. "Adam,
my chcemy wracac do domu" powiedziala mi Ania, gdy takze wyszedlem -
zobaczyc o co chodzi he he. Wracam wiec do srodka i mowie do
Andrzeja "Mam zla wiadomosc: dziewczyny chca wracac do domu". "Tak?
To bardzo dobrze! Bo w Santa Clara jest impreza. Chcesz zobaczyc
zydowska impreze, James?". Odwiezlismy dziewczyny do Palo Alto (a
moze to juz jest Menlo Park?) i jedziemy do Sunnyvale. "To
srodowisko mojego kolegi" - tlumaczy Andrzej - "niby
polsko-rosyjskie a prawie sami Zydzi, ale ja tam lubie przychodzic a
poza tym tam jest zawsze kilka moich fajnych kolezanek". Bylismy tam
chyba cos kolo 1-ej w nocy, ale impreza wcale sie nie konczyla.
Andrzej od razu znalazl w tlumie swoja znajoma - bardzo atrakcyjna
blondynke, ktora nieco przypomina aktorke Jande "jak jeszcze byla
mloda i ladna" i rozpoczal prezentacje. Mnie przedstawial he he
tradycyjnie: "A to jest moj przyjaciel James Bond"... Ja na to
oczywiscie "Bond, James Bond", co przychodzi mi latwo od czasu,
kiedy na balu w Monterey wzieto mnie za agenta BOR'u he he... No a
potem przez jakies dwie godziny Andrzej z wdziekiem zawodowego
mistrza rock'n'roll'a tanczyl z ta blondynka, ku zazdrosci
siedzacych na kanapie "kedzierzawych brunetow", ktorych obserwacja
byla z kolei dla mnie dosc dobra rozrywka. No przeciez nie bede psul
Andrzejowi zabawy i nie powiem "Chce mi sie spac, zawiez mnie do
domu" he he. Na drugi dzien bardzo ciezko sie
wstawalo...
Musze jednak chyba przyznac racje amerykanskim
"inwestorom" (gieldowym). Te 4% bezrobocia wydaja sie byc liczba
zbyt mala. Poznajemy to po tym, ze coraz czesciej, w roznych
sytuacjach mamy do czynienia z ludzmi, ktorych Kolega Pawel zwykl
byl okreslac mianem "inteligenci"... Coraz ciezej juz dogadac sie z
facetem w banku, z ekspedientka... Wydaja sie byc z "innej bajki",
choc w koncu, tak po piatym razie tj. wytlumaczeniu o co chodzi,
zdarza im sie jednak czesto "zaskoczyc", choc widac, ze mysla bardzo
intensywnie, na granicy fizycznego bolu he he. A u nas niedawno
jacys "fachowcy" prowadzac prace budowlane niedaleko glownego
budynku NEC przekopali sie przez rure z gazem, co zakonczylo sie
spektakularnym pokazem wyszkolenia sluzb ratowniczych oraz ewakuacja
budynku, w ktorym do niedawna pracowalem (obecnie nasza grupa ma
biuro w budynku sasiednim, zwanym dumnie "NEC Plaza Building", dla
odroznienia od tamtego, zwanego nawet dumniej "US Corporate
Headquarters"... He he przypomina mi sie jak to swego czasu
"fachowcy" kopiac kolo Philipsa "wylaczyli" doplyw energii
elektrycznej duzej czesci Sunnyvale...
Za to w niedziele
dowiedzialem sie, jakie mozliwosci stwarza "wilczy kapitalizm" w
Dolinie Krzemowej. Mialem bowiem okazje pomoc troszke Leszkowi przy
przeprowadzce. Bylo niesamowicie sympatycznie. Sniadanko z pysznymi
wedlinami i serem z polskiego sklepu... Herbatka z miodem i
cytrynka, czeskie piwko... zyc nie umierac... Leszek pokazal mi tez
bardzo ciekawe zdjecia ze swojego ostatniego pobytu w Polsce - m.in.
z Pikniku UPR oraz z imprezy u Korwina (w Jozefowie). Eh, szkoda ze
mnie tam nie bylo... No a potem zaladowalismy ciezarowke i
pojechalismy do Moragi (to taki przepiekny trojkat
Orinda-Moraga-Lafayette, gdzie wsrod krajobrazow a la Bieszczady
przemykaja m.in. nowiutkie Ferrari) i zobaczylem nowa rezydencje
Rodziny Leszka. No i wtedy przypomnialy mi sie slowa Korwina: "Lenie
beda dziadami, ludzie pracowici beda mieli duzo, a zdolniejsi i
pracowici jeszcze wiecej"...
Najwazniejsze jednak, ze juz za
6 dni dlugie oczekiwanie konczy sie - przyjezdza Ania i zycie
nabierze
barw...
CDN
| |