 |
 |


------------------- (20)01.01.10
He he, Gracjana miala
jednak nosa - mowiac mi pol roku temu "Zobaczysz, Evergreen to
bedzie druga Saratoga - ceny nieruchomosci pojda tam bardzo w gore".
Niedawno zadzwonila do mnie z informacja, ze tak wlasnie sie stalo.
Moj dom w ciagu 5 miesiecy zyskal na wartosci ok. 40 procent. A to
oznacza, ze w maju bede mogl zrobic tzw. przefinansowanie i
wyciagnac pod zastaw domu dosc znaczna gotowke, ktora jest mi
potrzebna chocby po to, aby kupic nowy samochod, gdyz moj
Thunderbird zaczyna juz naprawde niedomagac he he - "Z samochodem
jest jak z czlowiekiem - tak po 80-tce to juz nie to..." -
powiedzial mi ostatnio w sali parafialnej p. Draganowski pytajac
przy okazji kiedy kupuje nowego Thunderbirda. Odparlem, ze
faktycznie, moj T-bird jest juz wlasnie powaznie po 80-ce (wlasnie
dobija 90 tys. mil przebiegu), a ze nowego Thunderbirda kupie chyba
dopiero za pare lat, a tymczasem zamierzam nabyc najbardziej obecnie
"kultowy" w USA samochod - swa popularnoscia bijacy na glowe nawet
nowego "Chrzaszcza" Volkswagena - tj. nowy samochod rodzinny
Chryslera nazwany "PT Cruiser" (
http://www.chrysler.com.pl/chrysler/index.htm ). Postanowilem bowiem
raz w zyciu zachowac sie racjonalnie he he i wymarzonego Cadillaca
odlozyc na "za pare lat" a teraz kupic samochod tanszy ale za to
fabrycznie nowy. A wybor padl na Cruisera dlatego, ze podoba sie nie
tylko mnie ale przede wszystkim Ani i za niedlugo bedzie to jej
samochod, podczas gdy ja zastanowie sie nad nowym Thunderbirdem i
nowym Cadillac'kiem, a w zasadzie nad "kolejnoscia uczuc" he
he...
Swieta znow udalo mi sie jakos przetrwac... W zasadzie
dla mnie Wigilia ograniczyla sie do udzialu w tradycyjnej polskiej
Pasterce, co bylo takze okazja do poczynienia pewnych obserwacji. Po
raz kolejny przekonalem sie, ze dosc spora (i przypadkiem
najzamozniejsza) czesc Poloni ma w swym zwyczaju niezwykle rzadkie
pojawianie sie w kosciele - sluby, chrzciny, pogrzeby, Boze
Narodzenie, swiecenie pokarmow na Wielkanoc i to by bylo na tyle...
Juz na samym poczatku, gdy przybylem przed polnoca pod nasz polski
kosciol w San Jose, uderzyl mnie widok parkingu - o ile zwykle stoja
tam przewaznie w mniejszym lub wiekszym juz stopniu "zasluzone"
samochody marek bardzo popularnych, to tym razem caly parking
wypelnialy nowe i lsniace (w promieniach lamp oraz ksiezyca) BMW,
Mercedesy i Lexusy. W przedsionku kosciola takze widok osobliwy -
starsze panie w futrach staly sobie trzymajac rece w kieszeniach w/w
futer i zujac gumy, rozmawiajac i witajac sie z przybywajacymi wciaz
do kosciola (w/w samochodami) mlodymi ludzmi w dresach, oraz mlodymi
panienkami, ktore glownie plotkowaly sobie oraz chichotaly - "a
Krysie chi- chi-chi" - jak mawial swego czasu moj kolega "Chester".
Na szczescie w srodku swiatyni bylo juz bardziej polsko, kulturalnie
i podniosle...
Sylwestra postanowilem spedzic jak przystalo
na mlodego konserwatyste z dala od Narzeczonej - tj. w domu, samemu.
Wprawdzie Tony namawial mnie na swietna impreze w klubie "Lime Lite"
w Mountain View (gdzie sylwestrowe disco organizowala ekipa
najlepszej chyba miejscowej muzycznej stacji radiowej "Star 101.3
FM", specjalizujacej sie w muzyce lat '80-ych - wspanialej epoki
Reagana i Thatcher, kiedy wszystko u Anglosasow kwitlo a muzyki
popularnej dalo sie sluchac - parafrazujac OO7 - "bez stopperow w
uszach") ale powiedzialem mu, ze bez Ani nie ide, bo nie zamierzam
podpierac przez cala noc scian tego bunkra moimi wlasnymi plecami he
he...
A noworocznym prezentem w mojej wciaz jeszcze aktualnej
firmie byl tzw. lay off czyli redukcja zatrudnienia. Ludzie uciekaja
stad jakby sie palilo, a oni postanowili jeszcze "wprowadzic
oszczednosci", mimo, ze kiedys chwalili sie, ze NEC to porzadna
japonska firma - nie to co jakies tam amerykanskie przedsiebiorstwo
- i tutaj zwolnien ludzi nie bedzie. Przyszedl z gory prikaz, ze
trzeba "zredukowac" dwa etaty w naszym "pionie" i poniewaz w
marketingu i sprzedazy "kruk krukowi oka nie wykole" od razu
wskazano na nasza grupe - ekipe techniczna, a nasz szef nie mial
duzo do powiedzenia, choc - mimo, iz jest Azjata - widac bylo, ze
sprawe bardzo osobiscie przezywa - kazano mu mianowicie zwolnic
inzyniera, ktory spedzil w firmie 15 lat i tylko 3 lata brakowaly mu
do emerytury, a takze drugiego - dla kazdej myslacej logicznie osoby
niezbednego w naszej organizacji - w przeciwienstwie do tamtych od
marketingu, ktorzy teoretycznie wykonuja prace niezmiernie wazna,
jednak tak naprawde to wykonuja ja nieco zenujaco, jesli mam sie juz
wyrazac tek eufemistycznie jak posel Niesiolowski o Balcerowiczu. W
grupie ok. 10 osob jest tam chyba z 8 managerow roznych stopni, a
sami nie wiedza dokladnie jak maja ten marketing prowadzic, tym
bardziej ze nie wiedza nawet co maja "marketingowac" - na zasadzie
"nie wie lewica co czyni prawica". Chlopcy doprowadzili do tego, ze
firma traci klienta po kliencie a wszystko przez te japonska
mentalnosc (ktora nawiasem piszac zle chyba wrozy Krajowi Kwitnacej
Wisni tak na dluzsza mete). Mimo, ze sa to w wiekszosci Amerykanie,
to musza stosowac sie do wytycznych "z gory" - tj. z Tokio. A
wyglada to tak: "nie rozmawiamy z kims kto nie smierdzi powiedzmy
100 mln $ na zakup procesorow i chipsetow w bardzo masowej skali". A
marketing - w archaicznym juz dzis stylu - sprowadza sie do czegos
takiego: "Mamy procesor z takim a takim zegarem, taka a taka
wydajnoscia, takim a takim poborem mocy i sprzedamy go w partiach po
10 mln sztuk - decydujcie sie". Ci ludzie mysla, ze robia komus
laske bo maja towar z Japoni, nie rozumiejac przy tym, ze w ciagu
ostatnich paru lat reszta swiata (tzn. USA) poszla bardzo do przodu
a sytuacja na rynku zmienila sie - gros rynku to juz nie kilku
gigantow tylko mnostwo firm produkujacych w ilosciach malych,
srednich, duzych, ale nie bardzo duzych. Firmy amerykanskie nauczone
ostra konkurencja zachowuja sie zupelnie inaczej. Rozmawiaja z
kazdym, a klient, ktory zwroci sie np. do Intela (ARM/StrongARM) czy
Motoroli (PowerPC) ale takze do licznych _amerykanskich_ producentow
procesorow MIPS, na pytanie o narzedzia, systemy operacyjne itp. w
odpowiedzi otrzymuje natychmiast adres strony WWW zawierajacy wyraz
"developer" - gdzie wszystko mozna sobie sciagnac wraz z obszerna
dokumantacja. Inaczej jest oczywiscie z samurajami z NEC. Tutaj
klient uslyszy np. "mamy dla tego procesora tylko system VxWorks ale
jak chcecie Linuxa to dajcie nam 200 tys. $ a za rok wam go
dostarczymy". A dlaczego tak jest? Oczywiscie "brak srodkow lub
zasobow", co zastanawia o tyle, ze przeciez NEC jest jednym z kilku
najwiekszych firm elektronicznych na swiecie i czego jak czego ale
kasy tam nie brakuje. Podobna zreszta sprawa z hardwarem. O ile
Amerykanie staraja sie, ze sie tak wyraze, antycypowac wymogi
klientow w niedalekiej przyszlosci i np. robia chipsety z 64-bitowym
PCI z zegarem 66 MHz, to w Tokio wciaz robi sie PCI w wersji tylko
33 MHz albo tylko 32-bitowe. A pieniadze w projekty zainwestuje sie
tylko wtedy jesli ktos zlozy zamowienie i poprze je suma z
odpowiednia liczba zer. Tak wiec dobrze, ze za pare tygodni jestem
juz w PMC-Sierra - tj. dawnym QED, ktory zostal wykupiony przez PMCS
mniej wiecej w momencie, gdy podpisywalem umowe. Bede mial tam do
czynienia z bezspornie jednym z najlepszych i najbardziej
doswiadczonych zespolow projektowych Doliny Krzemowej, przy czym
znow bede mial kontakt z projektantami, a nie bede tylko malym
trybikiem w maszynie bedacej tak naprawde tylko kanalem
dystrybucyjnym dla produktow z Tokio, skad w razie klopotow
przysylaja tu na krotki czas paru sztucznie uprzejmych samurajow,
ktorzy jedynie zadaja pytania, ale nigdy nie odpowiadaja na pytania
im zadawane...
Pare dni temu wracam sobie do domu tak kolo
23-ej, juz prawie u kresu drogi - dojezdzajac Capitol Expressway do
skrzyzowania z Silver Creek Rd. widze swiatlo zielone jak marzenie,
utrzymuje wiec predkosc 50 mil na godzine gdy nagle co widze? Na
skrzyzowanie, na czerwonym swietle, niezwykle spokojnie i beztrosko
wjezdza sobie Murzyn na rowerze. Widok niemal surrealistyczny, jak
"zombie na rowerze" w filmie "W paszczy szalenstwa", tyle tylko, ze
tutaj nie bylo kontrastu dlugich siwych wlosow z czernia nocy -
Murzyn czarny a bialka jego oczu zobaczylem dopiero kiedy odwrocil
glowe slyszac pisk hamowania - ABS w moim T-birdzie chyba uratowal
mu zycie... Fred powiedzial mi potem, ze u Murzynow to normalne.
Moze tez widzieli ten stary film o piratach, gdzie jeden z
bandziorow tak skomentowal fakt, iz ci, ktorzy odniesli rany podczas
ataku dostawali potem dodatkowy przydzial przy podziale lupow: "przy
odrobinie szczescia mozna sie wzbogacic" - a jemu akurat urwalo
noge... Tak wiec Murzyni ci, ktorzy uwazaja, ze "oni sie do Ameryki
nie pchali" licza widocznie na "odrobine szczescia" - przy pewnej
dozie dostana niezle odszkodowanie a przy nieco wiekszej przeniosa
sie do Krainy Wiecznego Walenia w Tam- Tam i wszelkie troski beda
mieli tym bardziej "z glowy".
No a w poniedzialkowy wieczor
przywiozlem z lotniska Andrzeja, ktory naprawde zaimponowal mi swoja
kondycja. Po kilkunastogodzinnej podrozy opuscil samolot wygladajac
jakby wlasnie wstal sobie rano z lozka i wzial prysznic, a do tego
chcial mnie jeszcze zaprosic do siebie na mala impreze he
he...
CDN
| |