pad

Zobaczylem w Muzeum naprawde ciekawe rzeczy

(20)01.08.01

Niedawno, jeszcze kiedy byl tu Waldek, odkrylem nowa, duzo szybsza trase do pracy. Najsmieszniejsze, ze odkrylem to zupelnie przez przypadek. Kilka razy podwozilem rano Waldka do Krzyska i choc to male "kolo", a przynajmniej tak wyglada na mapie, a wiec jednak kilka mil wiecej, to okazuje sie, ze jedzie sie duzo szybciej niz ta "normalna", "bezposrednia" trasa. W godzinach szczytu (a te wydaja sie trwac na tym odcinku 101-ki od przed 5-ta rano do po 9-tej a potem od przed 15-ta do po 20-ej) dojazd do pracy ta wlasnie "najprostsza" droga zajmuje mi od 30 do 90 minut w zaleznosci od szczescia. A jest to ok 12 mil. Czasem trzeba spedzic ponad 20 minut, zeby przejechac te kilkaset metrow na rampie wjazdowej na autostrade... Trasa "alternatywna" pozornie nie ma sensu. Zamiast jechac od razu na autostrade 101, jade w druga strone Capitol Expressway, tak jak do polskiego kosciola i wjezdzam na autostrade 680 na polnoc, a wiec w kierunku przeciwnym niz wiekszosc poruszajacych sie po niej rano samochodow, ktore przyjezdzajac z roznych miejscowosci na polnocy kieruja sie do centrum Doliny. Zjezdzam na Hostetter, tak jakbym jechal do Krzyska a potem trzymam sie caly czas tej drogi, ktora zmienia jeszcze dwukrotnie nazwe. Za skrzyzowaniem z Lundy staje sie Murphy a za skrzyzowaniem z Oakland nazywa sie juz Brokaw. I dopiero z Brokaw wjezdzam na 101-ke a wtedy juz najgorsza czesc korka mam za soba i pozostaje mi tylko przejechac kilka mil i zjechac na Bowers w Santa Clara... Tym sposobem przejazd zajmuje mi od 30 do 40 minut max.

Od niedawna mam nowego, niezmiernie sympatycznego znajomego - Staszka, ktory od dlugiego juz czasu pracuje w PMC jako layout designer. Pochodzi z Krakowa, a w Piwnicy pod Baranami jest z chyba wszystkimi "na ty" i jest w stanie opowiadac niezliczone ilosci ciekawych anegdot oraz he he, ze sie tak wyraze, historii imprezowych. Staszek wraz z Eugeniuszem i Jerzym rozpoczynali razem prace w Signetics (obecnie to juz Philips Semiconductors, gdzie Jerzy wciaz zreszta pracuje) na poczatku lat osiemdziesiatych. Poznalem Staszka przez przypadek. Ktos w drugim budynku powiedzial mu, ze jest tu inny Polak i jak sie nazywam. Przyszedl tu wiec i znalazl mnie od razu. Spotkalismy sie kilka razy na darmowych obiadkach podawanych ok. 19-ej w jego budynku. Jednak teraz, kiedy jest Ania, nie zostaje w biurze tak dlugo wiec okazja do spotkania jest organizowana w naszym z kolei budynku w kazda srode kolo 10 rano tzw. "connecting break" czyli "przerwa zapoznawcza". Podawane sa owoce, drozdzowki, paczki, "bulki z jajecznica i boczkiem" itp. Bez darmowego jedzenia nie wyciagnie sie tutaj nikogo na spotkanie he he...

Od jakiegos czasu glosno jest o zniknieciu "rzadowej praktykantki" Chandry Levy i domniemanym zwiazku, jaki mogl z tym miec jej romans z d***kratycznym kongresmanem z CA. Co ciekawe, o ile tutaj w mediach norma jest podawanie przynaleznosci partyjnej (R/D) zaraz obok nazwiska polityka to w tym przypadku, przegladajac obszerny artykul w San Jose Mercury News, nie bylem w stanie zorientowac sie co do tego, czy p. Condit jest D czy R. Co smieszne, przed jego nazwiskiem czesto widnieje "Rep." co mogloby sugerowac jego przynaleznosc do amerykanskiej centroprawicy podczas gdy tak naprawde jest on d***krata... Mnie zastanawia tu tylko jedno: te rzadowe praktykantki maja dosc charakterystyczne nazwiska - jak nie Lewinski to Levy he he...

Kilka dni temu zadzwonila do mnie Gracjana zeby podzielic sie swoimi spostrzezeniami z pobytu w Polsce. Wyjasnila mi o co chodzi z ta reklama jakiejs gazety bodajze, ktora ostatnio slyszalem na 3-ce: "Wynajmujac ryzykujesz". Komuna w Polsce ustalila, ze nie mozna eksmitowac osoby, ktora nie tylko, ze nie placi czynszu, ale jeszcze np. dewastuje mieszkanie. Tutaj zreszta komuna tez nie proznuje. Tym razem "wymyslilo" na szczeblu lokalnym: wladze San Jose wydaly przepis, w mysl ktorego nie mozna wypowiedziec wynajmu w sytuacji kiedy lokator nie zgadza sie na podwyzke czynszu. Rozumiem, ze tym "rozumnym" chodzilo o uchronienie gorzej sytuowanych od dalszego podwyzszania i tak juz skandalicznie wysokich czynszow w Dolinie. Jak zwykle nie "przewidzialo", ze najwazniejszym skutkiem tego pomyslu bedzie dosc szybkie podwyzszenie sie sredniej czynszu w San Jose - po pierwsze ubedzie zapewne nieco lokali, ktore wlasciciele sprzedadza gdyz nie beda zainteresowani dalszym wynajmem, a po drugie przy nowych wynajmach cena bedzie juz zawyzana "na zapas"... Mnie tutaj niepokoi tylko jedno: ta sytuacja moze wplynac bardzo niekorzystnie na dynamike rynku nieruchomosci w samym San Jose...

Powoli zaczynam rozumiec czym komunizm amerykanski rozni sie od sowieckiego. W sowieckim wszystko bylo oficjalnie panstwowe: i majatek i "pozytki". W komunizmie amerykanskim majatek jest prywatny a o pozytkach decyduje juz urzednik. Bawia mnie ostatnio niesamowicie coraz czesciej obecne tu w mediach "reklamy" nawolujace do oszczedzania energii. Przypomina mi to bardzo opisy zycia w panstwie innym, choc takze socjalistycznym, a mianowicie III Rzeszy, gdzie tez nawolywano do oszczedzania roznych dobr, np. tluszczu...

I tutaj zreszta wystepuja absurdy typowe dla panstwa totalitarnego. Gracjana powiedziala mi, ze prawo (bodajze stanowe) mowi, iz kazdemu dziecku (zapewne w okreslonym wieku) przysluguje oddzielny pokoj. OK. Coz jednak wtedy, gdy rodzine zwyczajnie nie stac na to? To proste. Niektore "zalapia sie" zapewne na czek z pomocy spolecznej. A co z innymi? Tez proste. Trzeba ukrywac przed wladza fakt, iz w mieszkaniu zyja dzieci. Tzn. fizycznie ukrywac je np. przed zarzadca osiedla, ktory moze przeciez doniesc gdzie trzeba. Ci ludzie maja zreszta naprawde manie. Np. dostalem wlasnie kopie listu "powitalnego", ktory Walt przeslal moim lokatorom. Mowi tam m.in., ze w zalaczeniu jest bilet parkingowy dla jednego z ich samochodow. Dla drugiego nie ma, gdyz... ma nieaktualna naklejke na tablicy, tj. Walt domysla sie, ze rejestracja stracila waznosc. Do tej pory sadzilem, ze to sprawa drogowki a nie "gospodarza osiedla". I ciekawostka: Steve i Maria placa mi czynsz gotowka...

W sobote wybralismy sie z Ania do Muzeum Egipskiego w San Jose. Muzeum jest czescia kompleksu stanowiacego siedzibe tutejszego oddzialu organizacji Rozokrzyzowcow. Calosc ma dosc niesamowity styl, ze szczegolnym uwzglednieniem stylizowanych na starozytne budynkow Muzeum i sasiednich. Niestety, wiekszosc nie jest dostepna dla zwiedzajacych, ktorym pozotaje tylko pospacerowac po pieknym parku. Tam uwage zwraca tajemnicza "swiatynia", przy wejsciu do ktorej widnieje napis "Tylko dla czlonkow"... Musze przyznac, ze muzeum, choc niewielkie, dosc pozytywnie mnie zaskoczylo. Nie spodziewalbym sie, ze na tym wybrzezu USA znajde cos naprawde wartosciowego jesli chodzi o sztuke czy historie. Nowy Jork, Chicago, Waszyngton - to co innego ale tutaj, gdzie dominuja muzea techniki i tzw. sztuki wspolczesnej, gdzie wystawy prac znanych pedalow mieszaja sie z multimedialnymi instalacjami, ktore po wroclawskich festiwalach WRO nie robia juz raczej na czlowieku wrazenia? [tu dygresja: owszem, widzialem tu "nowosc", zreszta dosc popularna jak sie wydaje. Polega to na tym, ze w ramach instalacji kladzie sie na podlodze lalke z "pusta" twarza, po czym rzutuje sie na nia obraz twarzy mowiacego czlowieka z miniaturowego rzutnika video podlaczonego do magnetowidu albo - lepiej - DVD nastawionego na nieskonczona petle...]

Otoz, ku mojemu zdumieniu, zobaczylem w Muzeum naprawde ciekawe rzeczy, w duzej czesci oryginaly [!]. Na mnie osobiscie najwieksze wrazenie (choc bylo nam po tym troche "nieswojo zoladkowo") zrobily mumie. W tym slynna ostatnio mumia kaplana, w ktorej przypadkiem odkryto zelazna srube - gadzet starozytnych chirurgow, przy pomocy ktorego zlaczono nieszczesnemu Egipcjaninowi noge w kolanie. Zdaje sie, ze wciaz nie wiadomo na pewno, czy zrobiono to juz po jego smierci (aby zapewnic mu sprawnosc w zyciu pozagrobowym) czy tez... jeszcze za jego zycia...


http://www.egyptianmuseum.org

CDN