pad

no to teraz juz wiesz, co to sa liberaly, James...

(20)01.02.22

He he, socjalistyczna Kalifornia doczekala sie - zupelnie jak w slowach Kisiela tutejszy socjalizm "bohatersko walczy z problemami nie znanymi w normalnym ustroju". Barwy i dramatyzmu tej walce nadal jeszcze zamach terrorystyczny a la kamikaze w Sacramento. Najpierw zauwazono, ze wokol Kapitolu krazy tajemniczy ciagnik z naczepa. Krazyl tak i krazyl i nie budzilo to niczyjego zdziwienia, wszak w wolnym kraju kazdemu wolno krazyc gdzie chce, byle nie byl to teren prywatny albo instalacja wojskowa he he. Potem jednak zrobilo sie ciekawiej, gdyz ciezarowka wziela potezny rozped, wjechala do gory po schodkach i wbila sie kabina kierowcy na jakies 3 metry do wnetrza Kapitolu (gdzie wlasnie odbywala sie wielka rada w sprawie kryzysu energetycznego) po czym niezwykle widowiskowo stanela w plomieniach. Rozmaite kanaly telewizyjne mialy live-ucieche tym bardziej, ze wlasciwe sluzby przez dlugi czas baly sie zblizyc do plonacego wozu, jako ze z wnetrza naczepy dochodzily tajemnicze odglosy typu strzelajacej prazonej kukurydzy. Jak sie okazalo duzo pozniej, strzelaly puszki z mleczkiem, ktorymi wypelniona byla cala naczepa... Fred skomentowal to pozniej nastepujaco: "gdyby facet to ze mna uzgodnil z checia oddalbym mu wlasny ciagnik a potem wzial kase z ubezpieczenia", Fred jest posiadaczem wlasnego ciagnika i kiedy znudzi mu sie praca inzyniera dla odmiany jezdzi po kraju 18-kolowcem jak na amerykanskiego romantyka szos przystalo, choc twierdzi, ze tak naprawde to jest to smiertelnie nudne - mimo ciaglej zabawy CB-radiem, ktore potem znow przeklada blyskawicznie do swego Mercedesa... Smiem sadzic, iz ta nuda wynika z tego, ze w Stanach nie ma bulgarskich tzw. TIR-owek he he...

Pozegnanie z NEC odbylo sie w miare bezstresowo. Oczywiscie moja decyzja nie za bardzo podobala sie Japonczykom, ale coz mieli zrobic... Poniewaz zlozylem wypowiedzenie z dosc szybkim terminem, nie zorganizowano dla mnie oficjalnego lunchu pozegnalnego, niemniej najblizsi koledzy z grupy (na wniosek Freda zapewne), wliczajac w to szefa - Japonca - zabrali mnie na lunch do "Sweet tomato". Piekna Japonka Jacqueline przy pozegnaniu wyrazila chec zjedzenia ze mna lunchu w niedalekiej przyszlosci a do tego jeszcze koledzy - zgodnie z milym zwyczajem - dali mi na pamiatke kartke, na ktorej kazdy wpisal jakas krotka dedykacje... I przez jeden weekend he he bylem wolnym czlowiekiem...

W niedziele wyswietlano u nas w parafii glosny juz film poswiecony Z. Herbertowi - zablokowany przez cenzure w polskich mediach dokument pt. "Obywatel poeta". Szybko zreszta zrozumialem dlaczego ten film nie moze ujrzec swiatla dziennego w Polsce - slowa Herberta nt. Michnika i jego srodowiska sa wystarczajaco stanowcze i jednoznaczne. Szkoda, ze zamiast Herbertowi, Nobla przyznano Miloszowi, ktory w Berkeley opowiada studentom, iz pisze po polsku tylko dlatego, ze urodzil sie na okupowanej przez Polske Litwie i choc z Polska nic go nie laczy to po prostu ten jezyk zna lepiej; oraz Szymborskiej, ktora mimo, iz Stalin umarl juz dawno temu, nie przegapi okazji, zeby przysluzyc sie "sprawie" - jak chocby jej wypociny pt. "Nienawisc" opublikowane w szmatlawcu Michnika jako "odpor" wobec proby przeprowadzenia w "wolnej Polsce" lustracji... Od dawna jednak juz wiadomo, ze te nagrody sa mocno upolitycznione, a w takim razie oczywiste jest raczej, ze przyznaje sie je wylacznie "swoim"...

A w poniedzialek 22-go stycznia zaczalem Nowa Misje, jak mowi Witek - tj. wielka przygode z PMC-Sierra. Jestem ogromnie zadowolony z tej decyzji, gdyz firma jest naprawde swietna, atmosfera jest ogromnie sympatyczna i po raz chyba pierwszy w zyciu mam to wrazenie, ze teraz wszystko zalezy tylko i wylacznie ode mnie. Nie ma zadnych ograniczen jesli idzie o mozliwosci rozwoju. To fantastyczne uczucie. A do tego trafilem doskonale jesli idzie o opcje - gielda jest w dolku i he he wszystko wskazuje na to, ze sprawdzic moga sie slowa Vikasa, iz niedlugo bede milionerem. He he Vikas w ten sposob chcial ostatnio nieco zdolowac juz nie tak bardzo zreszta zarozumialego Jana-Willema, ktorego wraz z innymi Holendrami oraz Carlosem spotkalismy w znajdujacym sie blisko Philipsa barze "Deli", gdzie wybralismy sie na lunch, aby troche powspominac "stare czasy"...

No i moj Thunderbird w koncu padl he he. Bylo to troche nieprzyjemne gdyz stanal kilka mil od mojego domu, gdy wracalem z pracy w deszczowy, zimny wieczor... No ale poszedlem nieco w kierunku "cywilizacji" i trafilem na budke telefoniczna przy jakiejs meksykanskiej restauracji. Dobrze, ze Andrzej byl akurat na miejscu bo moj telefon do niego wygladal troche jak w serialu "X Files" kiedy dzielni bohaterowie dzwonia do centrali zglaszajac zapotrzebowanie na tzw. natychmiastowa ewakuacje he he... No, ale nie jest zle, chwilowo jezdze jedna z Andrzeja zabawek, tj. stara Toyota Celica, w ktorej czlowiek czuje sie troche jak w maluchu, ale najwazniejsze, ze - jak mowi Krzysiek - "jest to samochod w porzadku: jezdzi do przodu i do tylu tez" he he... A niedlugo kupuje w koncu nowy wlasny samochod. Po raz kolejny juz zmienilem decyzje gdy doszly do mnie pogloski o tym, iz wielu ludzi skarzy sie na PT Cruiser'y lub wrecz oddaje je z powodu dosc wysokiej awaryjnosci. Przypomnialo mi sie, ze Andrzej mowil mi swego czasu, iz amerykanscy projektanci nigdy nie ucza sie na swych dotychczasowych "dzielach" i przy kazdym nowym modelu rozpoczynaja "krzywa uczenia sie" od poczatku, przez co trzeba czekac kilka lat zanim dany samochod zacznie nadawac sie do uzytku. No a Cruiser istnieje dopiero drugi rok... Tak wiec kupiej chyba jednak nowego Chevroleta Monte Carlo - przypomina bardzo mojego Thunderbirda: podobna sylwetka duzego coupe, ten sam komfort w srodku i podobna moc - 200 koni - "w Monte Carlo to ty sie zabijesz, James" - zartuje juz sobie Andrzej, ale przeciez moj Thunderbird swego czasu tez mial 200 koni he he...

Czasem i w Stanach mozna sie przestraszyc he he. Niedawno, w mily czwartkowy wieczor, tak przed 23-cia, lezalem juz sobie grzecznie w lozku rozmawiajac przez teefon z Ania, gdy nagle uslyszalem, ze ktos wchodzi po schodach mojego domu a po chwili rozleglo sie pukanie do drzwi. Zdrowo zaniepokojony podchodze do dzwi i pytam "kto tam", na co slysze glos zupelnie jak z popularnego programu TV "Gliny": "Police! Open up!"... Zapalam swiatlo, podchodze do dzrzwi i okazuje sie, ze "judasz" zostal zasloniety. Ide wiec do kuchni, zagladam z boku przez okno i z wyrazna ulga widze przyklejona do drzwi charakterystyczna sylwetke Andrzeja. He he, okazalo sie, ze Tony kazal Andrzejowi usunac spod domu wielkiego, "fachowego" pick-up'a, ktorego Andrzej nie ma za bardzo gdzie trzymac, pdobnie jak reszty swych wozow. Tak wiec teraz moj dom wyglada jakby mieszkal w nim jakis milioner he he - w garazu Porsche i Thunderbird, a na podjezdzie Toyota oraz pick-up jak z sensacyjnych filmow, w ktorych bardzo zli ludzie jezdza po nocy polujac na kangury (wersja australijska) lub na Murzynow (wersja zydowska). "Fachowosci" dodaje Andrzeja pick-up'owi m.in. rzad bardzo efektownych halogenowych reflektorow zamontowany nad kabina kierowcy. Jakby jeszcze tak przyspawac trojnog z jakims ciezkim karabinem maszynowym na skrzyni z tylu to juz chyba bylibysmy gotowi na nadejscie jeszcze bardziej liberalnych czasow he he...

W poprzednia niedziele Krzysiek przyjechal do kosciola Pontiackiem Grand Prix, ktory kolega w zwiazku z wyjazdem zostawil mu na przechowanie. Jak sie okazalo, Krzysiek z Andrzejem nieco juz pojezdzili tym samochodem poprzedniego wieczora i stwierdzili, ze czuli sie niemal jak za starych dobrych czasow - 20 lat temu. Andrzej bardzo milo wspomina te lata, kiedy za sciganie sie z policja przyslugiwaly kary smiesznie symboliczne (np. kilka godzin prac publicznych): "Kiedy bylem w twoim wieku, James, to tylko smigalem po autostradzie a za mna cala kolumna radiowozow z wlaczona dyskoteka"; "Roznie bywalo, raz mnie zlapali a innym razem nie zlapali" he he... Po Mszy, w kawiarence doszlismy do wniosku, ze w zwiazku z tym, ze jest piekna pogoda warto byloby wybrac sie na plaze w Santa Cruz, a przy okazji moglibysmy jeszcze przetestowac Pontiacka. Pomysl okazal sie niezwykle szczesliwy - w Santa Cruz bylo wyjatkowo cieplo i pogodnie (tam nawet w lecie zazwyczaj wieje bardzo zimny wiatr od oceanu i wcale nie jest tak cieplo) - nie wiadomo skad pojawil sie niezwykle cieply wiatr i mozna bylo rozebrac sie do podkoszulka bez najmniejszej grozby zmarzniecia. Na plazy jakos wyjatkowo dopisali liberalowie. Golasy siedzialy co kilkadziesiat metrow badz to dumnie sie prezentujac badz to dokonujac gruntownych ogledzin swoich przyrodzen. Z jednej strony mieslimy pare damsko-meska, z drugiej dwie baby, z ktorych jedna byla stara, brzydka i otyla, a druga bedac mlodsza i zapewne bardziej pewna siebie prowokacyjnie rozchylala uda gdy przechodzilismy obok. "James, podejdz do nich i spytaj sie ktora godzina" - zazartowal Andrzej na moja uwage, ze jeszcze nigdy nie widzialem w Santa Cruz na raz tak wielu liberalow ...

Ustalilismy, ze w piatek pojedziemy na piwo do Mountain View. Poniewaz Krzyska Porsche wciaz nie jest na chodzie, wypozyczyl sobie na weekend "jeden z niewielu samochodow, ktore jeszcze mu jako tako odpowiadaja" - Chryslera 300M. Przyjechali po mnie wieczorem i od razu zazartowali: "widzisz James, jedziesz jak prezydent, masz limuzyne". Faktycznie, musze przyznac, ze 300M to bardzo dobry i wygodny samochod - mialem nawet wrazenie, ze z tylu ma wiecej miejsca i wygodniejsze siedzenie niz moj ulubiony Cadillac Seville, choc oczywiscie DeVille to juz co innego, tyle, ze ja nie przepadam za az tak duzymi sedanami... Krzysiek z Andrzejem doszli do razu do wniosku, ze teraz juz rozumieja dlaczego "nazisci" wykupili Chryslera i chyba powoli go niszcza - zwyczajnie chca pozbyc sie konkurencji, gdyz 300M to juz naprawde klasa Mercedesa a kosztuje 2-3 razy mniej...

Po tym jak ostatnio szeroko komentowano niesmaczny sposob, w jaki Clinton wraz ze swoja d***kratyczna zgraja pozegnali sie z urzedami, nie spodziewalem sie, ze juz tak szybko bede mial znow do czynienia z liberalami he he... W niedziele mielismy pojechac na piwko do San Francisco. Andrzej jednak w ostatniej chwili stwierdzil, ze bierze go jakas grypa i jednak zostanie w domu. Ja tez nie czulem sie najlepiej, ale stwierdzilem, ze lepiej klina klinem - tzn. troche powietrza zrobi mi na pewno lepiej niz zaduch w klimatyzowanych czterech scianach. Tak wiec pojechalismy we dwoch z Krzyskiem. Najpierw zjedlismy doskonala salatke grecka oraz gulasz wegierski z knedliczkami w "Cafe Prague" a potem postanowilismy zwiedzic pare miejsc. Krzysiek stwierdzil, ze pokaze mi kilka ciekawych, oryginalnych lokali, gdzie w niektore dni mozna spotkac nawet ciekawe towarzystwo. Jednym z tych miejsc okazala sie speluna o nazwie "Cafe du Nord", polozona juz przy samej granicy z "pedalowem". Jak zauwazyl Krzysiek, jest to okolica o tyle zabawna, ze mozna spotkac tam "zboczonych pedalow", tj. takich, ktorych interesuje jeszcze plec piekna. My jednak oczywiscie nastwialismy sie nie na spotkanie "sodomitow", tylko na ciekawe koncerty oraz "europejskie towarzystwo", ktore podobno bywalo w tym lokalu w wybrane dni tygodnia. Dosc szybko okazalo sie jednak, ze trafilismy tam w he he niewlasciwy dzien tygodnia. Najpierw przy wejsciu jakis liberal zazadal od nas oplaty w wysokosci pt. "ile czujemy, iz chcemy dac" he he, a potem poczulem sie jakbym nagle zaczal miec jakis niezwykle koszmarny sen. W srodku roilo sie od liberalow, ktorych cecha wspolna wydawalo sie byc ubieranie sie w butikach z uzywana odzieza he he. Niektorzy to nawet nie wygladali tak obrzydliwie, no, co najwyzej zalosnie... Od razu stwierdzilem, ze wszelkie znane mi dotychczas "cyganerie" oraz "bohemie" i "bauhausy" "chowaja sie" przy tej menazerii. Kiedy zobaczylem typka a la Boy George, z kitka, makijazem, w mini spodniczce, bialych ponczochach oraz czerwonych pantofelkach, mimo, ze jestem czlowiekiem niezmiernie tolerancyjnym he he, powiedzialem Krzyskowi, ze zaczyna mi sie robic niedobrze. Krzysiek na to, ze najwyrazniej trafilimy tam w niewlasciwy dzien i, ze ze wzgledow bezpieczenstwa zalecane jest stanie przy samej scianie he he. O waznosci tego zalecenia przekonalem sie juz pare chwil pozniej, kiedy jakis liberal przechodzac obok, niby przepraszajac w przejsciu do toalety, jakby nigdy nic klepnal mnie w tzw. dolna czesc plecow. Tego bylo juz za wiele, postanowilismy z Krzyskiem dopic gdzies na boku nasze whisky i ewakuowac sie. Na szczescie obok bylo prawie puste pomieszczenie - wszyscy liberalowie skupili sie akurat w takiej ciemnej salce, ktora wydawala sie byc wietrzona ostatni raz chyba jeszcze przed wojna i gdzie jakis bardzo dziwny, ubrany na czarno typ wyglaszal wyklad polaczony z pokazem slajdow. Pokazywal jakies stare ryciny, zdjecia z filmow czy kreskowek przedstawiajace weze, smoki oraz rozne hybrydy i inne plugawe potworki a liberaly za kazdym razem piszczaly z radosci... Na stoliku znalezlismy ulotke informujaca o tym wykladzie - prowadzonym, jak sie okazalo - przez nie mniej nie wiecej tylko "zalozyciela >>kociola podGeniuszu>>". Mnie facet natychmiast skojarzyl sie z "wujem Ingemarem" z czytanej dawno juz temu powiesci SF pt. "Planeta zla"... Krzysiek zaproponowal, zebysmy wzieli ulotke na pamiatke - ze Andrzej bedzie mial z tego uzywanie kiedy o wszystkim mu opowiemy. Tak tez sie stalo he he... Nie obylo sie oczywiscie bez podsumowania "no to teraz juz wiesz, co to sa liberaly, James"... Eh, wiem i - za przeproszeniem - rzygac sie chce. Tak zniesmaczony bylem ostatni raz chyba jeszcze w Zurychu, kiedy niechcacy, jadac do kosciola, zobaczylem grupke liberalow wracajacych ze slynnej tam "Parady homoseksualistow". Pamietam, ze potem przez wiele godzin nie mialem apetytu. A tu, w Stanach, wystarczy juz chyba czlowiekowi to, ze na sam widok jedzenia teskni sie za Polska...

CDN