pad

obcy kapital placi politykom to i od nich wymaga...

-------------------- 99.09.15

Najsympatyczniejszym wydarzeniem konca zeszlego tygodnia byl lunch pozegnalny dla Shirley - urzedujacej w boksie obok mojego sekretarki Mikrokontrolerow. Normalnie w takim lunchu uczestnicza po prostu czlonkowie danej organizacji, jednak w przypadku lunchu Shirley bylo nieco inaczej. Przede wszystkim nie mogly nie dopisac jej kolezanki: De' Vonna oraz Linda ("nasze" sekretarki). Zdzwilo mnie jednak i mile zaskoczylo to, ze Shirley zaprosila na te impreze takze mnie - jako swojego sasiada. A bo i owszem, czesto zdarzalo nam sie chwile pogawedzic, czasem pokazywalem jej nowe zdjecia - z moich wypraw czy imprez... Lunch odbyl sie w popularnej restauracji meksykanskiej w centrum Sunnyvale i bylo naprawde sympatycznie... Shirley z cala rodzina przenosza sie pod Los Angeles. Szkoda... Shirley nalezy do tych sekretarek, ktore zdecydowanie maja klase, w przeciwienstwie do tego babsztyla, ktory przyszedl na jej miejsce...

W piatek znow odstawilem mego Thunderbird'a do warsztatu - tym razem chodzi o zalegla naprawde turbo... Sytuacja he he jest "powazna ale nie beznadziejna"... Zobaczymy co bedzie dalej - wozek albo bedzie sprawowal sie grzecznie, albo (z bolem serca, gdyz Ford chwilowo, tj. do nastepnego roku bodajze, nie produkuje mego ulubionego T-birda) trzeba bedzie zamienic go na cos innego tak kolo Bozego Narodzenia - to podobno najlepszy moment na zakup nowego samochodu. Doszlismy ostatnio z Andrzejem do wniosku, ze mamy wspolny problem z samochodami. Albo nam sie nie podobaja albo sa piekielnie drogie he he. Roznica jest taka, ze Andrzeja stac, tylko mu szkoda kasy, a mnie nie jest szkoda, tylko na razie mnie nie stac he he... Oryginalny plan byl taki he he, zeby pojezdzic T-birdem jeszcze z trzy lata, a potem przesiasc sie do Cadillac'ka Eldorado Touring Coupe, ale cos mi sie wydaje, ze T-bird juz tak dlugo nie pojezdzi. Najgorsze jest to, ze Andrzejowi tez sie tak wydaje he he...

W niedziele Andrzej zabral mnie do kosciola w San Jose a po powrocie zademonstrowalem mu dzialanie nowego sprzetu naglasniajacego. Na przykladzie "Powrotu Jedi". Andrzejowi, owszem, podobaly sie efekty przelatujacych statkow kosmicznych, takze wprawiajacy meble w drzenie bas, kiedy przelatuje "nad nami" niszczyciel dowodzenia z czolowym konserwatysta Galaktyki, Lordem Vaderem (he he, niedawno widzialem ankiete, w ktorej w pytaniu o orientacje polityczna, jako opcje skrajnie prawicowa podano "na prawo od Dartha Vadera" - tak, zdecydowanie to moja opcja) na pokladzie. Andrzej stwierdzil jednak, ze w sumie to nic specjalnego, gdyz takie efekty to Polskie Radio Wroclaw produkowalo juz pod koniec lat siedemdziesiatych czyli ponad 20 lat temu. Diora produkowala odbiorniki kwadrofoniczne i efekty byly takie same (5-ty kanal w Dolby Digital ma niewielkie znaczenie - uzywany jest w sumie glownie do precyzyjnego umieszczania dialogu w obrebie "sceny" tak, aby wydawalo sie, ze wychodzi wprost z ust bohatera na ekranie TV). Jak Andrzej dodal, "czywiscie >>geniusze<< z planu Balcerowicza przemienili ta firme w agencje wynajmujace rozpadajace sie budynki, ale to juz inna sprawa". Mnie osobiscie boli bardziej zniszczenie "Elwro" - wszak dzieki niemu okreslano okolice Wroclawia "Dolina Krzemowa Europy Wschodniej" czy jakos tak. No, ale na to nic przeciez nie poradzimy. Mamy przeciez wolna elekcje (pardon, D***kracje), obcy kapital placi politykom to i od nich wymaga...

Andrzej niestety spieszyl sie i nie zdazylem mu pokazac jak moj system odtwarza "Po drugiej stronie swiata" Marka Bilinskiego... Swoja droga chlopcy robiacy kiedys popularny TV program popularnonaukowy pt. "Spektrum" zagrali bardzo nieprzepisowo. Program wszak mial w zalozeniu pokazywac ciekawostki i nowosci techniczne. Opatrzenie czolowki tego programu utworem muzycznym pod tym wlasnie prowokacyjnym tytulem uwazam za kolejny dowod na to, iz cenzura byla w PRL niezbyt sprawna (jak i cala reszta systemu) i jesli naprawde chcialo sie cos przekazac to mozna z nia bylo wygrac...

Bodajze w sobote widzialem dosc osobliwa rzecz na rogu jednej z posesji przy mojej ulicy tj. Fair Oaks Avenue. Otoz wlasciciel (dowcipas he he) umiescil tam ni mniej ni wiecej tylko muszle klozetowa klasy popularno-ekonomicznej, w luksusowym kolorze bialym. Ladnie utrzymana. Stoi sobie ta muszla wsrod warzyw i jakichs kwiatkow, a sluzy za donice. W niej kilka rachitycznych roslinek oraz tabliczka z inskrypcja stylizowana na jezyk staroangielski. Przetlumaczyc mozna ja od biedy nastepujaco: "Nie bedzesz wykradal warzyw z ogrodu sasiada twego", czy jakos tak... Jak na amerykanskie standardy, nie powiem, gustowna dekoracja... Nie to co Niemcy - tylko te krasnale. Na Slowacji widzialem raz cos choc odrobine bardziej oryginalnego. Wsrod krasnali stal sobie facet w garniturze i "pod krawatem" he he.

CDN