pad

Swieto Dziekczynienia

-------------------- 99.12.02

Swieto Dziekczynienia - jak mowi Andrzej, "najgorszy dzien w roku dla emigranta" he he... Wstalem cos przed 11-ta tylko po to, aby uswiadomic sobie, ze jest wlasnie dzien Swieta Dziekczynienia - jedyny chyba dzien w roku, kiedy wszyscy Amerykanie zamykaja restauracje i sklepy na cztery spusty i swietuja... O jedzeniu nie ma mowy. Lodowka oczywiscie pusta, jesli nie liczyc kilku butelek piwa i dzemu wisniowego - jesli dobrze pamietam (kupilem go ponad rok temu i do tej pory nie wpadlem na pomysl aby go skonsumowac he he)... Pierwszym "zaskoczeniem" bylo dla mnie zobaczenie, iz moj ulubiony bar sieci "Subway" jest takze zamkniety - dziwne, myslalem, ze kto jak kto, ale Hindusi... Jak mi potem powiedzial Andrzej (Andrzej ma juz lata doswiadczenia w radzeniu sobie ze Swietem Dziekczynienia), jedyne otwarte miejsce, gdzie mozna cos zjesc, to majaca swa centrale w Nowym Jorku zydowska siec "Noah's Bagels" - to ci od bulek, twarozkow i wedzonej rybki... Ze tez nie przyszlo mi do glowy... "Myslec!!!" he he... W pracy sa na szczescie automaty z napojami i "zagrycha" he he... Tak wiec udalo mi sie posilic snickersem, mala paczka chipsow i dwiema puszkami coli - potem skonczyly mi sie drobne he he... Pod wieczor znow zadzwonil Andrzej. "Masz ochote na >turka< James? To przyjezdzaj!". Madrej (a zwlaszcza glodnej he he) glowie dosc po slowie. Problem w tym, ze nie bylo juz czasu aby wpasc do domu po mapy terenu. Przy sobie mialem tylko mape czesci Hrabstwa Santa Clara no a trzeba bylo jechac do Livermore... Andrzej wyjasnil mi ogolnie trase ale he he diabel tkwi w szczegole. Zjechalem z "880" jak trzeba tylko he he zgubilem potem wjazd na "680"... Bardzo szybko skonczyly sie oznaki cywilizacji he he wiec kiedy po dosc dlugim czasie nie widzialem wciaz spodziewanego wjazdu na autostrade 680, postanowilem jechac dalej i zobaczyc dokad droga mnie ta dziwna droga zaprowadzi - w najgorszym razie dojechalbym zapewne do oceanu albo Nevady a przeciez dlugi weekend dopiero sie zaczynal he he... Gdzies po pol godzinie znow zobaczylem cywilizacje i okazalo sie, ze jestem we Fremont. Stad trafic do domu juz nie problem he he. "Nie przejmuj sie James, to juz tak czasem bywa, sa takie dni..." powiedzial mi na pocieszenie Andrzej gdy zadzwonilem przeprosic za niezjawienie sie...

Drugi dzien Swiat - wg TV polega on na tym, ze mezczyzni ogladaja football a kobiety ida w tym czasie na zakupy... Hindus otworzyl Subwaya, a za to automat w pracy skasowal mnie, tyle, ze nie "wydal" butelki coli - butelka byla nieco za szeroka i zablokowala sie a automat byl chyba przysrubowany do podlogi albo sciany, bo za Chiny Ludowe nie dalo sie nim potrzasnac...

Potem byly Andrzejki he he. Wczesniej rozmawialismy z Andrzejem przez telefon i mowie "holender, Andrzej - przeciez to Twoje imieniny. To chyba bede musial wszystko Ci na tej imprezie fundowac". "A jak!" - mowi Andrzej - "wlacznie z biletem" he he. Niestety nie zdazylem wywiazac sie z tego ostatniego zobowiazania, gdyz nieco sie spoznilem i gdy wszedlem, Andrzej juz tam byl. Ale bawilismy sie doskonale, a Andrzej mial tego wieczoru swego prywatnego "butlera" czyli lokaja. Oczywiscie jak zwykle nieco "zaspalem" he he - pamiec juz nie ta co w mlodosci he he - Andrzej musial dopiero powiedziec "James, napilbym sie czegos...". Najpierw przyjalem to ze zrozumieniem, a olsnienie przyszlo chyba 0.07 sekundy pozniej he he. Tak wiec do konca imprezy serwowalem Andrzejowi drinki niby prawdziwy lokaj z dawnych, lepszych czasow - w koncu jestem konserwatysta. Andrzej to mnie nawet pochwalil i powiedzial, ze "wyrabiam sie" i, ze "beda ze mnie jeszcze ludzie" - dawno sie juz tak dobrze nie czulem. Co wiecej, nigdy w zyciu jeszcze sie tak nie bawilismy, jak zyjemy - zgodnie doszlismy z Andrzejem do tego wniosku. Byli rozni ciekawi ludzie, m.in. znow spotkalismy Ewe i Tomka, zreszta byla w ogole dosc duza ekipa lekarzy ze Stanfordu, od ktorych mozna sie bylo dowiedziec mnostwo ciekawych rzeczy - jeden niezmiernie sympatyczny starszy pan to nawet opowiadal na czym polegala tradycyjna kowbojska metoda leczenia hemoroidow. Poza tym okazalo sie, ze wujka jednego lekarza, to nawet prawdopodobnie uprowadzili kosmici na farmie. Wyszedl z kolegami na pole, patrza a tu laduje jakis dysk - w tym momencie urwal im sie film - choc nic nie wypili - a gdy jakies pietnascie minut pozniej odzyskali przytomnosc, okazalo sie, ze minal caly dzien... Lekarz mowi, ze jak pracowal w mlodosci na pogotowiu na wsi to jedna baba opowiadala mu o dziwnym dysku ladujacym na polu itp. wiec od razu zabral ja do szpitala psychiatrycznego. "Mogles zruinowac jej zycie" - mowie na to. "Gdybys zobaczyl ja, jej meza, dzieci i chalupe, to wiedzialbys, ze juz i tak bylo zruinowane" - on na to bez- -trosko... W ogole bylo mnostwo ciekawych ludzi. Od inzynierow powracajacych z trasy mozna bylo uzyskac najnowsze informacje o zyciu towarzyskim w Tokio, a jedna pani (tez UFOlog) bardzo ciekawie opowiadala o przygodach z duchami w pewnym starym domu... Ze zdiwieniem odnotowalem fakt, iz zmienil sie jeden z "obstawiajacych" impreze policjantow - zapewne tamten starszy przeszedl na emeryture... Byla nawet jedna bardzo oryginalna 19-latka z Austrii - jej widok troche mnie zaskoczyl, gdyz jest niemalze sobowtorka mojej znajomej z Zurychu. Dziewczyna byla jakas dziwna. Mowila, ze nie lubi tanczyc i, ze zatanczy jedynie jesli bedzie jej ulubiony "Sweet Dreams" zespolu Eurythmics. W sumie to zlamala slowo, gdyz raz wyszla na parkiet i odstawila cos w rodzaju "karate" z filmu "Dzikosc serca" Lyncha. Potem podeszla do Disc Jockey'a i zamowila swoj ulubiony kawalek, na ktory jednak musiala jeszcze dlugo czekac - podejrzewam, ze facet nauczyl sie spac z otwartymi oczami i przy glosnej muzyce, gdyz siedzac przy konsolecie DJ'a sprawial wrazenie nie tylko spiacego ale wrecz martwego. Twardziel he he. W koncu byly "Sweet Dreams", Martina wyszla na parkiet, zatanczyla, po czym poszla gadac z policjanatmi, a nastepnie poszla sobie. Zainteresowanym udalo sie tylko tyle, ze dostali od niej numer telefonu, co i tak nalezy uznac za sukces biorac pod uwage fakt, ze Martina pochodzi z Austrii a wiec najbardziej konserwatywnego kraju w Europie. Potem bylo losowanie loterii biletowej a jeszcze wczesniej obecni na sali Andrzeje dostali po butelce ekskluzywnego kalifornijskiego wina. Potem oczywiscie wrozby obuwnicze oraz przy uzyciu wosku. Chyba cos bylo nie tak albo z kluczem albo z woskiem, bo kazdemu w zasadzie wychodzilo UFO he he - to jest zupelnie niezidentyfikowany obiekt plywajacy po wodzie. Jedynie pewnej niezwykle milej i atrakcyjnej mlodej dziennikarce pokazala sie Australia - najwyrazniej czekaja ja podroze i odmiana w karierze zawodowej... Eh, to byly Andrzejki...

A w NEC coraz bardziej mi sie podoba. Nawet jedzenie na stolowce jest dobre (a przeciez to USA he he) - co drugi dzien jest wyjatkowo (jak dla mnie) pyszna chinszczyzna, a co drugi dzien mozna odzywiac sie zdrowo - salatka he he. Do tego maja tam automat z tzw. mrozonym jogurtem, ktory jak dla mnie niewiele rozni sie od zapamietanych z Polski lodow wloskich. I nawet czesto zmieniaja smaki - w jeden dzien sa np. czekoladowy i waniliowy, w drugi mandarynkowy i truskawkowy... Do tego wiorki czekoladowe, polewy, bakalie, wisienki... zyc nie umierac he he...

Ktos kiedys zauwazyl, ze jeszcze nie widziano dwoch Murzynow grajacych w szachy. Dwoch wprawdzie nie widzialem ale jednego tak - w nowej reklamie jakiejs wyszukiwarki internetowej, Altavista bodajze. Wielka sala, Kasparov rozgrywa symultane. Podchodzi do kazdego, po sekundzie wykonuje ruch i idzie dalej. Nagle przystaje, patrzy kilka sekund, przysuwa sobie krzeslo, siada i zaczyna gleboko myslec. Cala publicznosc patrzy na osobe po drugiej stronie szachownicy - Murzyna. Po czym na ekranie "wystukiwane" jest pytanie "Jak moge przelamac gambit Kasparowa?" no i napis "Altavista.com - Wiedza to cos pieknego."... A u mnie w grupie jest bardzo sympatyczny i inteligentny Murzyn - mowi troche jak "Makumba", a na imie ma Tokumbo.

CDN