pad

Ta brunetka?

-------------------- 99.10.18

Niedawno rozbawil mnie pewien komik. Tzn. najpierw nieco wkurzyl, gdyz staral sie osmieszyc Forbesa identycznie jak w Polsce rozmaici "dobrzy ludzie" staraja sie wydrwic JKM - "Co sadzi Pan o wydarzeniach w Kosowie Panie Forbes? Plaski podatek, 17 procent!" - ta "odpowiedz" glosem "bezzebnego sklerotyka". Potem facet stwierdzil, ze jesli juz jakis wydawca ma zostac prezydentem, to na pewno nie Forbes - niech bedzie to Huffner, a "bedziemy miec co miesiac nowa >pierwsza dame<". He he, pamietam, ze kiedy bylem w podstawowce, to mialem - oprocz Doliny Krzemowej - jeszcze takie marzenie, zeby zapisac sie do klubu Playboya - bo to fajnie brzmialo he he... Playboy... brzmi dumnie.

Ostatnio doszedlem do wniosku, ze kiedy Amerykanie chwala sie tymi swoimi telewizjami, jak one to wszystko pokazuja "na zywo" i w ogole "bez pradu" he he, to troche przesadzaja... Amerykanskie stacje TV tez chyba ostatnio oszczedzaja na ludziach i sprzecie, gdyz... przezylem niedawno cos w rodzaju deja-vu he he. Ogladam sobie czasem przed wyjsciem do pracy kawalek "Poranka na 2-ce" aby zorientowac sie, czy USA jeszcze istnieja, tzn. czy nic sie nie zmienilo odkad ostatni raz sluchalem jakichs wiadomosci kilka tygodni temu. Jednym z gwozdzi programu - oprocz pogody - sa oczywiscie informacje o ruchu na wazniejszych autostradach w Obszarze Zatoki, o ewentualnych korkach, wypadkach itp. Zdarzylo sie, ze ogladalem to dwa razy w ciagu kilku dni i - mimo mojej fatalnej pamieci wzrokowej - moglbym sie zalozyc, ze obrazek z jednej z autostrad byl dokladnie, stuprocentowo identyczny (he he) jak dwa dni wczesniej - zapamietalem go dlatego, ze jakis typ jechal poboczem, mimo, ze mial caly pas czy nawet dwa tylko dla siebie... Ale... nie wazne zdjecia "live", wazni prezenterzy, ktorzy podobnie jak w przypadku zapowiadaczy deszczy oraz slonca, sa oczywiscie gwiazdorami oraz ulubiencami publiki...

Dobrze, ze nie mam dostepu do stosownych mediow i nie wi- -dzialem porazki pt. "mecz Polska-Szwecja". He he, tutaj, choc ostatnio mocno promuje sie pilke nozna, zwlaszcza wsrod dziewczat, stosunek przecietnego obywatela do tego sportu najlepiej chyba oddaje kwestia Hanka Hilla z jednego z ostatnich odcinkow mojego ulubionego "King of The Hill". Kiedy Hank dowiaduje sie, ze Bobby wypisal sie z druzyny football'owej aby zasilic nowo formowana druzyne pilki noznej (tzn. soccer'a jak nazywaja to anglosasi) bierze go na strone i mowi: "synu, nigdy ci jeszcze tego nie powiedzialem, ale nie bylbym dobrym rodzicem, gdybym w koncu kiedys tego nie zrobil. Otoz musisz wiedziec, ze soccer'a wynalazly kiedys kobiety europejskie, aby miec czym sie zajac, kiedy ich mezowie gotuja...".

No no, podobno z duzym prawdopodobienstwem ma tutaj zatrzasc z sila conajmniej 7.0 w skali Richtera do roku 2030 - mam nadzieje, ze do tego czasu zdaze juz przeniesc sie do Australii, ktora zreszta wydaje sie byc najsensowniejszym obecnie krajem he he, zwlaszcza ostatnio, kiedy to - jak donosi znajoma - "ci dranie, na ktorych glosowalam" "chca odebrac nam d***kracje" i "narzucac prezydenta". Chodzi oczywiscie o referendum w sprawie zmiany ustroju Australii na Republike z Prezydentem wybieranym nie w wyborach powszechnych, tylko przez czlonkow parlamentu - oby tylko to przeszlo, to moze bedzie jeszcze gdzie uciekac, kiedy tutaj zrobi sie w koncu "goraco"...

W sobote dzwoni do mnie Andrzej, z ktorym ostatnio nie moge dogadac sie telefonicznie o polityce, bo co zaczynamy dyskutowac, to stwierdzamy, ze to nie jest rozmowa na telefon - nie dlatego, ze wrog podsluchuje (choc pewnie podsluchuje he he) tylko dlatego, ze "bez browara nie rozbieriosz". "Co robisz wieczorem, James?" - pyta. "Nic specjalnego" - odpowiadam. He he mialem zamiar odespac zaleglosci - na ile to mozliwe. "To odpal Thunderbirda i spotkajmy sie w >>Cafe Prague<< w San Francisco" - Andrzej na to. Wzialem wiec mapy Frisco, wychodze na balkon kiedy nagle widze sasiada - z "dziewczyna" (jesli mozna tak ja nazwac z uwagi na mocno zaawansowany wiek he he). Sasiad do mnie "Witaj! A wiesz, to nie ja Cie zakapowalem do administracji w zwiazku z Twoja glosna muzyka. To moj sasiad. Mnie tez juz zakapowal jak niedawno bylo u mnie glosno. To naprawde nie ja, zreszta mnie i mojej dziewczynie podobala sie bardzo piosenka, ktora niedawno puszczales". O ktora chodzilo juz nie powiedzial, ale po glebokim zastanowieniu sie doszedlem do wniosku, ze musial chyba slyszec jak niedawno zrobilem sobie powtorke z filmu "Frantic" Polanskiego... Potem Andrzej wyjasnil mi jak dotrzec do lokalu i wstepnie umowilismy sie na 19-ta. Tzn. ja mielem tam byc okolo 18.30 a Andrzej nieco pozniej. W praktyce, na skutek niezlego korka na 101-ce oraz potwornego tloku na ulicach, zwlaszcza Van Ness i Broadway, ja dotarlem na miejsce ok. 19.20 a Andrzej pare minut po mnie. Kiedy zamowilem pierwsza cole z lodem i cytryna powzialem kolejne "ostateczne postanowienie", ze "nigdy wiecej samochodem do Frisco - nastepnym razem przyjade juz jak czlowiek inteligentny - pociagiem i komunikacja miejska he he... Bylo nawet fajnie, choc nie chcialo mi sie tym razem gadac o polityce - chyba dlatego, ze nie moglem spozyc wymaganej ilosci "katalizatora" he he. Tak to juz jest z imprezowaniem w USA. Mozna pic, ale albo w domu, albo trzeba miec szofera... A bylo fajnie he he. Kawiarnia (nazwa troche myli, w zasadzie to jest knajpa i restauracja) ma bardzo sympatyczny wystroj, choc z taka "Pod Kalamburem" we Wroclawiu rownac sie oczywiscie nie moze... W srodku, na scianie, troche czeskich gazet oraz zdjecie formatu plakatu przedstawiajace trzy osoby na tle wejscia do lokalu. Domyslam sie, ze byli to wlasciciele oraz Hawel, bo jakis taki do Pietrzaka podobny... Bylo fajnie... Dookola przechadzalo sie mnostwo amerykanskich liberalow ("tacy jak ty, James - liberalowie" - zartuje czesto Andrzej nabijajac sie z przymiotnika "liberalna" w pelnej nazwie UPR) - tzn. tacy brudni, nacpani, z 20-ma kolczykami na twarzy, ewentualnie zadbani "sodomici". Od czasu do czasu przechodzily obok nas panienki wygladajace gorzej niz najkoszmarniejsze koszmary lub amerykanskie filmy klasy "horror" he he - obok jest glowna ulica rozrywkowa... Poniewaz w srodku bylo dosc duszno (w ogole bylo nienaturalnie cieplo jak na San Francisco wieczorem; Andrzej twierdzi, ze taka temperatura zapowiada trzesienie ziemii, na ktore z powodu nudy i braku ciekaw- -szych rzeczy do robienia Andrzej wyczekuje juz od roku z utesknieniem na zasadzie "a zeby w koncu szlag to wszystko trafil bo juz nie moge na to patrzec" he he) siedzielismy na zewnatrz. Najpierw przy wejsciu, co mialo te wade, ze gdy zainstalowal sie tam w tzw. miedzyczasie zespol jazzowy to okazalo sie, ze talerz od perkusji jest jakies 20 cm od mojego ucha. Potem jednak zwolnil sie polozony nieco dalej stolik, zajmowany wczesniej przez mlodego artyste. Artyste poznac bylo mozna po tym, ze byl ubrany w skore od stop do glow i nawet na szyi mial skorzany kaganiec, zupelnie jak pies he he. Do tego dlugie wlosy i przybory do malowania. Pedzelki, farbki itp. Do tego cos co wygladalo na "dorosly" odpowiednik "kolorowanki" dla dzieci. Artysta wchodzil raz na jakis czas do srodka, aby pociagnac dwa razy pedzelkiem po "kolorowance" oraz odpowiedziec uprzejmie na pytania zainteresowanych jego tworczoscia koneserow (ktorych gdzie jak gdzie ale we Frisco nie brakuje) po czym wracal do swego stolika na dworze, aby wylozywszy nogi na drugie wiklinowe krzeselko czerpac natchnienie z kufla "Pilznera". Tak wiec sprawdzilem, czy krzeselko nie jest czasem brudne (druga taka marynarke - holenderska zreszta - znajde chyba niepredko) i usiedlismy... Choz w sumie nie bylo za bardzo powodu do niepokoju, gdyz po wyjsciu artysty stolik ten zajmowali jeszcze jacys inni "dobrzy ludzie" - tym razem w wieku dojrzalym i ubrani jak przystalo na przedstawicieli "cywilizacji bialego czlowieka"... Wkrotce - choc bylismy w czeskim lokalu (zanim przyszli Murzyni od Jazzu, puszczano tam muzyke z gatunku "laska je laska", "laska nebeska" itd.) i prawie caly personel to Czesi - Walijka Becky (ktora Andrzej poznal juz jakis czas temu z uwagi na to, ze "Cafe Prague" jest lokalem, ktory "sponsoruje" obecnie) przyniosla nam salatki greckie oraz beczkowego Pilznera. Szybko doszedlem do wniosku, ze "salatka grecka to jest to" (zwlaszcza, jesli od kilku godzin bylo sie na "rotacyjnej diecie odchudzajacej" - ja general- -nie probuje odchudzac sie co najmniej 3 razy dziennie he he). A potem wyszlo na jaw, ze nasz stolik ma tez swoja wade - zaraz obok jest japonski bar karaoke z dosc szerokim repertuarem - od muzyki samurajow po rock'n'roll i mialem "stereo" doslownie i w przenosni... Potem przysiadlo sie do nas troje Amerykanow i Andrzej przy piwie niezle sie rozkrecil na tematy polityczne, podczas gdy ja sluchalem, jak siedzaca obok mnie amerykanska zwolenniczka panstwa opiekunczego (trudno nie byc jak sie robi w tym businessie tzn. pracuje sie w opiece spolecznej) definiowala wyraz "liberalny". Po jakichs 10 minutach wiedzialem juz, ze Andrzej mnie nie bujal - w tym kraju slowo "liberal" oznacza lewaka, "toleranta" lub "sodomite" he he. Dla rozwiania resztek watpliwosci spytalem o Forbesa i uslyszalem, ze jest mocno konserwatywny. Trzeba bedzie jednak pogadac z Korwinem bo Andrzej ma chyba racje: slowo "liberalna" w nazwie naszej partii na calym swiecie jest jednak odnoszone do spraw kulturowo-obyczajowych, a nie do ekonomii, jak w "naszym" znaczeniu... Potem ja (choc prawie wcale - niestety - nie wypilem) zaczalem opowiadac o Illuminati oraz o tym, ze w Roswell to nie kosmici tylko wygolone malpy po operacjach plastycznych - nie uwierzyli ani w jedno ani w drugie. Oni naprawde mysla, ze to 1776 na banknotach to od ich konstytucji, a reszta ich nie interesuje, tym bardziej, ze nie ucza sie chyba laciny, a "NWO" kojarzy im sie jedynie z zawodowymi zapasami... Kiedy mowilem o tych malpach spod Roswell uwage na nas zwrocil siedzacy przy sasiednim stoliku chlopak. Kiedy nasi znajomi poszli juz, spytal mnie skad jestesmy. Mowie, ze z Polski. Okazalo sie, ze on z Arizony. "Tez na wschodzie" - podsumowal pozniej Andrzej... Zaczal mowic o teoriach spiskowych oraz, ze UFO na calym swiecie to amerykanskie samoloty szpiegowskie. Ja na to, ze "wy Amerykanie wierzycie w technologie, w te wasze stealth'y, ale jak 10 tys. chlopa z karabinami maszynowymi pruje w niebo na oslep to nie ma bata - nic nie przeleci i w ten sposob straciliscie w Jugoslawi F-117A a i jednego B2 jak glosza plotki" os- -wiadczylem tryumfalnie. "To nie my - to Chinczycy" - on na to z usmiechem. Potem zrobilo sie pozno i stwiedzilismy z Andrzejem, ze czas do domu. Ze zdziwieniem stwierdzilem, ze moj T-bird wciaz stoi na parkingu (parking byl jakis podejrzany i bylem pewien, ze mi go odholuja i bede musial nocowac w jakims hotelu, zeby go rano odebrac za przystepna oplata he he) i nawet nie ma na nim zadnego mandatu za nieautoryzowane zaparkowanie. Zaparkowac w San Francisco i nie stra- -cic samochodu - to jest dopiero wyczyn he he. Tak wiec wieczor moznaby uznac za w pelni udany, gdyby nie to, ze wrocilem do siebie o 3-ej rano i wczorajszy dzien nie nalezal do tych najlepszych jesli chodzi o samopoczucie. Udalo mi sie nawet wstac na 12:30 do kosciola, co i tak uwazam za sukces ostatnimi czasy he he ale czlowiek jakis taki skacowany... Nie ma nic gorszego niz isc do knajpy i nie wypic tyle piwa, ile nalezy "dla zdrowotnosci" he he.

W sklepie parafialnym zakupilem kasete video pt. "Kremowka" - pokazujaca humorystyczne fragmenty ostatniej pielgrzymki Jana Pawla II do Polski. Jakosc techniczna fatalna, wrecz drazni wzrok (zwlaszcza jesli przyzwyczail sie czlowiek do laseryskow i DVD) - konwersje na NTSC musiano zrobic na jakims zupelnie juz archaicznym, amatorskim sprzecie, ale przeciez nie to jest najwazniejsze. Rzeczywiscie, teraz dopiero rozumiem dlaczego to, co sie dzialo podczas pielgrzymki mozna okreslic wyrazem "zenujace". Skandowanie hasel wziete jakby z imprez urodzinowych "cesarza" Korei Polnocnej, ewentualnie "pozny Gierek". Do tego tlum - a raczej motloch - zachowujacy sie nie jak podczas nabozenstw czy chocby spotkan z Papiezem (Pa-pie-zem) tylko jakby to byl koncert Disco-Polo ("chcemy jeszcze" itp.). D***kracja panie pelna geba... Najbardziej denerwowaly mnie te brawa - co Papiez dwa slowa to ludzie brawa. Papiez, ze jakiegos Zyda chyba zamordowali Niemcy w getcie a ludzie brawa. Wygladalo jakby bili SS-manom - tak bym to przynajmniej pokazal, gdybym pracowal w "New York Times", albo byl jakims postepowym "yntelektualysta" z Berkeley, gdzie facet poslugujacy sie pseudonimem "Adam Michnik" przyjezda regularnie po tzw. wskazowki. "Zegarmistrz panie"...

Skonczylem ogladac kasete a do drugiego wczoraj wyjazdu do parafii (tym razem na spektakl teatralny) zostalo mi jeszcze kilkadziesiat minut. Wzialem wiec puszke Dr. Peppera i wychodze na balkon aby wchlonac nieco promieniowania slonecznego. Na balkonie spotykam sasiada zajmujacego sie akurat pielegnacja kilku, rosnacych w podwieszonych na sznurkach doniczkach, kwiatkow. Sasiad do mnie co slychac i czy widzialem te laski, ktore jakis czas temu opalaly sie przy basenie. Ja na to, ze nie, ale za to widzialem fajna Francuzke przy duzym basenie, kiedy wchodzilem do domu. "Ta brunetka?" - sasiad ozywil sie od razu. Znam ja. Jest fantastyczna i ma tu bardzo duzo przyjaciol" - dodal. "Jest zamezna?" - pytam dla podtrzymania konwersacji. "Ona mowi, ze jest, ale czesc z jej znajomych mowi, ze nie" - sasiad na to z usmiechem. "Ale ta, ta co sie tu opalala to jest super dziewczyna. A jaka >>oczytana<<... EEEEH!" - zatoczyl dlonmi w powietrzu pokazujac poziom oczytania i wydal ten dzwiek - pomiedzy westchnieciem a rykiem lwa he he... "Byla u mnie dziewczyna, pol godziny temu wyszla. A ja nie mialem jak wymknac sie na balkon, ale w koncu wpadlem na pomysl i powiedzialem jej, ze musze popracowac przy kwiatkach. I tak stoje, udaje, ze cos robie a patrze taaam"... Potem jeszcze pogadalismy chwile z sasiadem i wyszlo na to, ze w jego zylach plynie krew polska, irlandzka i jeszcze jakas inna. Dowiedzialem sie tez, ze zaraz obok mojego osiedla jest - irlandzka, zdaje sie - misja katolicka i "taaam przychodza fajne laski"...

No a potem pojechalem do San Jose, gdzie sympatyczny pan aktor wystawil monodram pt. "Album" wg wlasnej adaptacji powiesci "Widnokrag", ktora podobno dostala w zeszlym roku nagrode Nike. Nawet nienajgorsza. Klimaty w stylu Iwaszkiewicza, tyle, ze pisane dzis. Bylo mi tylko glupio z powodu, iz na sali bylo moze z 10 osob... Ulzylo mi jednak kiedy dowiedzialem sie, ze aktor nie przyjechal z Polski - jest "tutejszy", tj. jakis czasem temu osiadl w San Mateo bodajze, choc wczesniej pracowal przez lata w kilku teatrach w Polsce. Tak wiec na pewno juz przywykl do takiej frekwencji... Byc moze przyczyna byl takze koncert chopinowski - "konkurencyjna" impreza. Troche glupio mi wobec Gosi, ze nie stawilem sie na koncercie, ale przyczyna byly oczywiscie pozostalosci przeziebienia. Nie chcialem zawiesc Gosi, ale balem sie, ze jak tak kichne czy kaszlne to mnie melomani zabija, a na takim przedstawieniu... z natury o mniej oficjalnym charakterze - czulem sie bezpieczniej...

Za to dzis jestem juz cool he he. Wstalem o 7-ej, robienie standardowych pompek poszlo mi zadziwiajaco lekko, zatankowalem do pelna i troche po 8-ej bylem w biurze, aby tuz przed 9-ta rano wyruszyc do Oakland - na slub Vikasa. Slub mial odbyc sie w gmachu Sadu Hrabstwa Alameda w Oakland, o 10.30. Balem sie korkow na I-880 wiec wyjechalem - jak sie potem okazalo - o wiele za wczesnie. Na miejscu bylem cos przed 10-ta - odstawiony a la James Bond w wersji dziennej tj. niezupelnie wieczorowej he he. I tak sobie stoje lub chodze czekajac na Vikasa i reszte i z jednej strony nachodza mnie refleksje dotyczace dosc unikalnego stylu architektonicznego Oakland (ciekawym polecam fragment "Bez strachu" P. Weira, kiedy to bohatero- -wie jada zwiedzac Oakland) i dochodze do wniosku, ze trzeba tu kiedys przyjechac na cala sobote, a z drugiej strony zastanawiam sie czy ten slub to czasem nie jakas pomylka wynikajaca z mojego przemeczenia i rozkojarzenia. Watpliwosci rozwiewa w koncu pojawienie sie Hitesh'a - hinduskiego przyjaciela Vikasa. A wiec to nie pomylka... Choc teraz obaj sie zastanawiamy czy wszystko w porzadku he he. Ja probuje pocieszac sie tym, ze "Vikas zawsze sie spoznial", choc tak za bardzo nie potrafie sobie przypomniec kiedy to moj przyjaciel sie spoznil... W miedzyczasie, jeszcze przed przyjsciem Hitesha zwiedzilem budynek sadu i przekonalem sie, ze jest to klasyczny urzad panstwowy - bez zadnych specjalnych zabiegow dekoracyjnych moznaby w nim krecic "Proces" Kafki czy cokolwiek innego, co mowi o tzw. "instytucjach" he he... Jedynie przy wejsciach do budynku aparatura high-tech - bramki z wykrywaczami metali i maszynami do przeswietlania bagazu jak na lotniskach. Ale te urzedy wygladaja identycznie jak to, co zapamietalem juz z DMV - "brud i ubostwo" jesli chodzi o wystroj oraz urzednicy wygladajacy jak menele. W hallu amerykanskie baby oraz wygladajacy jak oberwancy Murzyni defiluja przede mna na przemian z elegancko ubranymi prawnikami. Choc oni ratuja honor tego kraju... Najlepsze jednak bylo linoleum klatki schodowej prowadzacej do piwnicy oraz sufit jednej z sal z urzedami, z ktorego poodpadaly plytki wykladziny - tak na oko musialo to sie wydarzyc juz dosyc dawno... Kiedy zobaczylem okienko podpisane "sluby" i wygladajace mniej wiecej jak okienko na poczcie doszedlem do wniosku, ze nie dziwne, iz tutaj tyle rozwodow - jesli ludzie zawieraja malzenstwa w takich warunkach he he... Potem jednak okazalo sie, ze jest tam kanciapa z miniaturowym pokojem ustrojonym na salke do ceremoni slubnych. Tak troche jak w Urzedach Stanu Cywilnego w Polsce, tyle, ze w miniaturze. Wiadomo - Amerykanie sa praktyczni... No bo Vikas w koncu dopisal - wraz z narzeczona, jej siostra z dzieckiem oraz tesciowa. Okazalo sie, ze utkneli w jakims innym urzedzie z powodu jakiegos brakujacego dokumentu (brakujace w tym sensie, ze nie wiedzieli, ze trzeba go miec przy sobie). Potem trzeba bylo odstac troche w kolejce do okienka. Pozniej znow poczekac, a pozniej sympa- -tyczna pani ubrana jak zakonnik z filmow typu "Robin Hood" zaprosila nas do kanciapy. Spytala najpierw jaka wersje ceremonii zycza sobie panstwo mlodzi. No bo jest kilka wersji - skrocona, sredniodluga, dluga oraz pelna jesli sie nie myle. Oni oczywiscie chcieli pelna - z obraczkami wlacznie. He he kiedy Vikas pokazal mi obraczki i powiedzial, ze "pletynowe z diamentem beda w terminie pozniejszym" przypomnialem mureklame jakiejs firmy sprzedajacej zareczynowe pierscionki z brylantami: "Jakze inaczej dwumiesiecz- -na pensja moze trwac wieki?" he he... ... No to byla pelna, ktora ja podsumowalem "tyle czekania i to wszystko?!" he he. Bylem swiadkiem i z przejecia he he o malo nie zapomnialem wlasnego adresu... Potem jeszcze zdjecia kiedy czekalismy na sporzadzenie swiadectwa zawarcia zwiazku malzenskiego i rozstalismy sie. Oni wraz z Hiteshem udali sie do Union City na lunch i ogladanie nowe- -go domu, a ja zaliczylem szybki lunch w Subwayu w Sunnyvale i wrocilem do biura... I moznaby stwierdzic, ze byl to "kolejny udany dzien 007" he he gdyby nie Jerzy - znow mnie dzis przyuwazyl jak wchodzilem do biura i mowi: "ty tak jak jakis dyrektor". Jerzy lubi sobie ze mnie zartowac. Co drugi raz mowi mi "o ktorej to sie do pracy przychodzi?" lub "nie opier****lac sie, do roboty!". W pozostale dni rzuca "nie przesadzaj z praca, co przechodze to ty sleczysz przed monitorem"... Jerzy przechodzi zawsze obok mojego boksu idac do pokoju, w ktorym stoi plotter - ci projektanci layout'ow to maja przechlapane. Mi wystarcza w 99% przypadkow wydruki formatu A4 (a raczej "letter" bo A4 to maja w Jewropie) a taki to musi patrzec na abstrakcyjne "wyploty" formatu duzego stolu bilardowego... Jerzy niesamowicie mi jednak zaimponowal, kiedy powiedzial mi, ze przyjechal tu jako... pilot LOT na krotko przed wprowadzeniem stanu jaruzelskiego, zostal i po prostu przekwalifikowal sie na projektanta layoutow... Poniewaz Jerzy zna tu prawie wszystkich (pracuje tu w Philipsie juz od lat) spytalem go czy zna Johna Y., ktory do niedawna zajmowal boks obok mnie. Zawsze odnosilem wrazenie, ze... Nie... to nie tak... Problem polega na tym, ze przyjechalem tu bedac konserwatysta, przyzwyczajonym do tego, ze do starszych nalezy zwracac sie nie po imieniu, a per "Sir". Potem niestety "zgwalcono" mnie tu "przez uszy" i nauczono, ze jest "luz" i wszyscy jestesmy "na Ty"... Zrobili ze mnie liberala... dranie he he... No i tak tez zwracalem sie do Johna... ale szybko odnioslem wrazenie, ze on z pewna wyzszoscia w glosie daje mi do zrozumienia, ze nie za bardzo mu to odpowiada. Przez jakis czas eksperymentowalem, a potem doszedlem do wniosku, ze najlepiej mu po prostu nie wchodzic w droge i nie bedzie problemu z wlasciwym klanianiem sie he he... W miedzyczasie zauwazylem tez, iz John zwraca sie do innych zawsze per "Sir", a wiec zachowuje dystans... Niedawno przeniosl sie do innego budynku wiec "problem z glowy", ale tak z ciekawosci spytalem Jerzego czy go zna i jesli tak, jaki on jest, gdyz mnie wydawal sie "zarozumialcem"... Na to Jerzy pokazujac kciuk do gory "Taki facet! Ja z nim na "Ty" jestem!" - no i juz wiem...

I z ostatniej chwili... Paloma sie znalazla! Jakis czas temu uciekla z domu (prawdopodobnie chciala pojechac do LA aby zostac gwiazda muzyki rap, co jej sie bardzo marzy)... Zabrala z domu wszystko co sie dalo i wszystko to ukradli jej w miedzyczasie (wlacznie z nowym samochodem mamy), ale znalazla sie... wrocila i to jest najwazniejsze...

CDN