 |
 |


-------------------- 99.10.18
Niedawno rozbawil mnie
pewien komik. Tzn. najpierw nieco wkurzyl, gdyz staral sie osmieszyc
Forbesa identycznie jak w Polsce rozmaici "dobrzy ludzie" staraja
sie wydrwic JKM - "Co sadzi Pan o wydarzeniach w Kosowie Panie
Forbes? Plaski podatek, 17 procent!" - ta "odpowiedz" glosem
"bezzebnego sklerotyka". Potem facet stwierdzil, ze jesli juz jakis
wydawca ma zostac prezydentem, to na pewno nie Forbes - niech bedzie
to Huffner, a "bedziemy miec co miesiac nowa >pierwsza dame<".
He he, pamietam, ze kiedy bylem w podstawowce, to mialem - oprocz
Doliny Krzemowej - jeszcze takie marzenie, zeby zapisac sie do klubu
Playboya - bo to fajnie brzmialo he he... Playboy... brzmi
dumnie.
Ostatnio doszedlem do wniosku, ze kiedy Amerykanie
chwala sie tymi swoimi telewizjami, jak one to wszystko pokazuja "na
zywo" i w ogole "bez pradu" he he, to troche przesadzaja...
Amerykanskie stacje TV tez chyba ostatnio oszczedzaja na ludziach i
sprzecie, gdyz... przezylem niedawno cos w rodzaju deja-vu he he.
Ogladam sobie czasem przed wyjsciem do pracy kawalek "Poranka na
2-ce" aby zorientowac sie, czy USA jeszcze istnieja, tzn. czy nic
sie nie zmienilo odkad ostatni raz sluchalem jakichs wiadomosci
kilka tygodni temu. Jednym z gwozdzi programu - oprocz pogody - sa
oczywiscie informacje o ruchu na wazniejszych autostradach w
Obszarze Zatoki, o ewentualnych korkach, wypadkach itp. Zdarzylo
sie, ze ogladalem to dwa razy w ciagu kilku dni i - mimo mojej
fatalnej pamieci wzrokowej - moglbym sie zalozyc, ze obrazek z
jednej z autostrad byl dokladnie, stuprocentowo identyczny (he he)
jak dwa dni wczesniej - zapamietalem go dlatego, ze jakis typ jechal
poboczem, mimo, ze mial caly pas czy nawet dwa tylko dla siebie...
Ale... nie wazne zdjecia "live", wazni prezenterzy, ktorzy podobnie
jak w przypadku zapowiadaczy deszczy oraz slonca, sa oczywiscie
gwiazdorami oraz ulubiencami publiki...
Dobrze, ze nie mam
dostepu do stosownych mediow i nie wi- -dzialem porazki pt. "mecz
Polska-Szwecja". He he, tutaj, choc ostatnio mocno promuje sie pilke
nozna, zwlaszcza wsrod dziewczat, stosunek przecietnego obywatela do
tego sportu najlepiej chyba oddaje kwestia Hanka Hilla z jednego z
ostatnich odcinkow mojego ulubionego "King of The Hill". Kiedy Hank
dowiaduje sie, ze Bobby wypisal sie z druzyny football'owej aby
zasilic nowo formowana druzyne pilki noznej (tzn. soccer'a jak
nazywaja to anglosasi) bierze go na strone i mowi: "synu, nigdy ci
jeszcze tego nie powiedzialem, ale nie bylbym dobrym rodzicem,
gdybym w koncu kiedys tego nie zrobil. Otoz musisz wiedziec, ze
soccer'a wynalazly kiedys kobiety europejskie, aby miec czym sie
zajac, kiedy ich mezowie gotuja...".
No no, podobno z duzym
prawdopodobienstwem ma tutaj zatrzasc z sila conajmniej 7.0 w skali
Richtera do roku 2030 - mam nadzieje, ze do tego czasu zdaze juz
przeniesc sie do Australii, ktora zreszta wydaje sie byc
najsensowniejszym obecnie krajem he he, zwlaszcza ostatnio, kiedy to
- jak donosi znajoma - "ci dranie, na ktorych glosowalam" "chca
odebrac nam d***kracje" i "narzucac prezydenta". Chodzi oczywiscie o
referendum w sprawie zmiany ustroju Australii na Republike z
Prezydentem wybieranym nie w wyborach powszechnych, tylko przez
czlonkow parlamentu - oby tylko to przeszlo, to moze bedzie jeszcze
gdzie uciekac, kiedy tutaj zrobi sie w koncu "goraco"...
W
sobote dzwoni do mnie Andrzej, z ktorym ostatnio nie moge dogadac
sie telefonicznie o polityce, bo co zaczynamy dyskutowac, to
stwierdzamy, ze to nie jest rozmowa na telefon - nie dlatego, ze
wrog podsluchuje (choc pewnie podsluchuje he he) tylko dlatego, ze
"bez browara nie rozbieriosz". "Co robisz wieczorem, James?" - pyta.
"Nic specjalnego" - odpowiadam. He he mialem zamiar odespac
zaleglosci - na ile to mozliwe. "To odpal Thunderbirda i spotkajmy
sie w >>Cafe Prague<< w San Francisco" - Andrzej na to.
Wzialem wiec mapy Frisco, wychodze na balkon kiedy nagle widze
sasiada - z "dziewczyna" (jesli mozna tak ja nazwac z uwagi na mocno
zaawansowany wiek he he). Sasiad do mnie "Witaj! A wiesz, to nie ja
Cie zakapowalem do administracji w zwiazku z Twoja glosna muzyka. To
moj sasiad. Mnie tez juz zakapowal jak niedawno bylo u mnie glosno.
To naprawde nie ja, zreszta mnie i mojej dziewczynie podobala sie
bardzo piosenka, ktora niedawno puszczales". O ktora chodzilo juz
nie powiedzial, ale po glebokim zastanowieniu sie doszedlem do
wniosku, ze musial chyba slyszec jak niedawno zrobilem sobie
powtorke z filmu "Frantic" Polanskiego... Potem Andrzej wyjasnil mi
jak dotrzec do lokalu i wstepnie umowilismy sie na 19-ta. Tzn. ja
mielem tam byc okolo 18.30 a Andrzej nieco pozniej. W praktyce, na
skutek niezlego korka na 101-ce oraz potwornego tloku na ulicach,
zwlaszcza Van Ness i Broadway, ja dotarlem na miejsce ok. 19.20 a
Andrzej pare minut po mnie. Kiedy zamowilem pierwsza cole z lodem i
cytryna powzialem kolejne "ostateczne postanowienie", ze "nigdy
wiecej samochodem do Frisco - nastepnym razem przyjade juz jak
czlowiek inteligentny - pociagiem i komunikacja miejska he he...
Bylo nawet fajnie, choc nie chcialo mi sie tym razem gadac o
polityce - chyba dlatego, ze nie moglem spozyc wymaganej ilosci
"katalizatora" he he. Tak to juz jest z imprezowaniem w USA. Mozna
pic, ale albo w domu, albo trzeba miec szofera... A bylo fajnie he
he. Kawiarnia (nazwa troche myli, w zasadzie to jest knajpa i
restauracja) ma bardzo sympatyczny wystroj, choc z taka "Pod
Kalamburem" we Wroclawiu rownac sie oczywiscie nie moze... W srodku,
na scianie, troche czeskich gazet oraz zdjecie formatu plakatu
przedstawiajace trzy osoby na tle wejscia do lokalu. Domyslam sie,
ze byli to wlasciciele oraz Hawel, bo jakis taki do Pietrzaka
podobny... Bylo fajnie... Dookola przechadzalo sie mnostwo
amerykanskich liberalow ("tacy jak ty, James - liberalowie" -
zartuje czesto Andrzej nabijajac sie z przymiotnika "liberalna" w
pelnej nazwie UPR) - tzn. tacy brudni, nacpani, z 20-ma kolczykami
na twarzy, ewentualnie zadbani "sodomici". Od czasu do czasu
przechodzily obok nas panienki wygladajace gorzej niz
najkoszmarniejsze koszmary lub amerykanskie filmy klasy "horror" he
he - obok jest glowna ulica rozrywkowa... Poniewaz w srodku bylo
dosc duszno (w ogole bylo nienaturalnie cieplo jak na San Francisco
wieczorem; Andrzej twierdzi, ze taka temperatura zapowiada
trzesienie ziemii, na ktore z powodu nudy i braku ciekaw- -szych
rzeczy do robienia Andrzej wyczekuje juz od roku z utesknieniem na
zasadzie "a zeby w koncu szlag to wszystko trafil bo juz nie moge na
to patrzec" he he) siedzielismy na zewnatrz. Najpierw przy wejsciu,
co mialo te wade, ze gdy zainstalowal sie tam w tzw. miedzyczasie
zespol jazzowy to okazalo sie, ze talerz od perkusji jest jakies 20
cm od mojego ucha. Potem jednak zwolnil sie polozony nieco dalej
stolik, zajmowany wczesniej przez mlodego artyste. Artyste poznac
bylo mozna po tym, ze byl ubrany w skore od stop do glow i nawet na
szyi mial skorzany kaganiec, zupelnie jak pies he he. Do tego dlugie
wlosy i przybory do malowania. Pedzelki, farbki itp. Do tego cos co
wygladalo na "dorosly" odpowiednik "kolorowanki" dla dzieci. Artysta
wchodzil raz na jakis czas do srodka, aby pociagnac dwa razy
pedzelkiem po "kolorowance" oraz odpowiedziec uprzejmie na pytania
zainteresowanych jego tworczoscia koneserow (ktorych gdzie jak gdzie
ale we Frisco nie brakuje) po czym wracal do swego stolika na
dworze, aby wylozywszy nogi na drugie wiklinowe krzeselko czerpac
natchnienie z kufla "Pilznera". Tak wiec sprawdzilem, czy krzeselko
nie jest czasem brudne (druga taka marynarke - holenderska zreszta -
znajde chyba niepredko) i usiedlismy... Choz w sumie nie bylo za
bardzo powodu do niepokoju, gdyz po wyjsciu artysty stolik ten
zajmowali jeszcze jacys inni "dobrzy ludzie" - tym razem w wieku
dojrzalym i ubrani jak przystalo na przedstawicieli "cywilizacji
bialego czlowieka"... Wkrotce - choc bylismy w czeskim lokalu (zanim
przyszli Murzyni od Jazzu, puszczano tam muzyke z gatunku "laska je
laska", "laska nebeska" itd.) i prawie caly personel to Czesi -
Walijka Becky (ktora Andrzej poznal juz jakis czas temu z uwagi na
to, ze "Cafe Prague" jest lokalem, ktory "sponsoruje" obecnie)
przyniosla nam salatki greckie oraz beczkowego Pilznera. Szybko
doszedlem do wniosku, ze "salatka grecka to jest to" (zwlaszcza,
jesli od kilku godzin bylo sie na "rotacyjnej diecie odchudzajacej"
- ja general- -nie probuje odchudzac sie co najmniej 3 razy dziennie
he he). A potem wyszlo na jaw, ze nasz stolik ma tez swoja wade -
zaraz obok jest japonski bar karaoke z dosc szerokim repertuarem -
od muzyki samurajow po rock'n'roll i mialem "stereo" doslownie i w
przenosni... Potem przysiadlo sie do nas troje Amerykanow i Andrzej
przy piwie niezle sie rozkrecil na tematy polityczne, podczas gdy ja
sluchalem, jak siedzaca obok mnie amerykanska zwolenniczka panstwa
opiekunczego (trudno nie byc jak sie robi w tym businessie tzn.
pracuje sie w opiece spolecznej) definiowala wyraz "liberalny". Po
jakichs 10 minutach wiedzialem juz, ze Andrzej mnie nie bujal - w
tym kraju slowo "liberal" oznacza lewaka, "toleranta" lub "sodomite"
he he. Dla rozwiania resztek watpliwosci spytalem o Forbesa i
uslyszalem, ze jest mocno konserwatywny. Trzeba bedzie jednak
pogadac z Korwinem bo Andrzej ma chyba racje: slowo "liberalna" w
nazwie naszej partii na calym swiecie jest jednak odnoszone do spraw
kulturowo-obyczajowych, a nie do ekonomii, jak w "naszym"
znaczeniu... Potem ja (choc prawie wcale - niestety - nie wypilem)
zaczalem opowiadac o Illuminati oraz o tym, ze w Roswell to nie
kosmici tylko wygolone malpy po operacjach plastycznych - nie
uwierzyli ani w jedno ani w drugie. Oni naprawde mysla, ze to 1776
na banknotach to od ich konstytucji, a reszta ich nie interesuje,
tym bardziej, ze nie ucza sie chyba laciny, a "NWO" kojarzy im sie
jedynie z zawodowymi zapasami... Kiedy mowilem o tych malpach spod
Roswell uwage na nas zwrocil siedzacy przy sasiednim stoliku
chlopak. Kiedy nasi znajomi poszli juz, spytal mnie skad jestesmy.
Mowie, ze z Polski. Okazalo sie, ze on z Arizony. "Tez na wschodzie"
- podsumowal pozniej Andrzej... Zaczal mowic o teoriach spiskowych
oraz, ze UFO na calym swiecie to amerykanskie samoloty szpiegowskie.
Ja na to, ze "wy Amerykanie wierzycie w technologie, w te wasze
stealth'y, ale jak 10 tys. chlopa z karabinami maszynowymi pruje w
niebo na oslep to nie ma bata - nic nie przeleci i w ten sposob
straciliscie w Jugoslawi F-117A a i jednego B2 jak glosza plotki"
os- -wiadczylem tryumfalnie. "To nie my - to Chinczycy" - on na to z
usmiechem. Potem zrobilo sie pozno i stwiedzilismy z Andrzejem, ze
czas do domu. Ze zdziwieniem stwierdzilem, ze moj T-bird wciaz stoi
na parkingu (parking byl jakis podejrzany i bylem pewien, ze mi go
odholuja i bede musial nocowac w jakims hotelu, zeby go rano odebrac
za przystepna oplata he he) i nawet nie ma na nim zadnego mandatu za
nieautoryzowane zaparkowanie. Zaparkowac w San Francisco i nie stra-
-cic samochodu - to jest dopiero wyczyn he he. Tak wiec wieczor
moznaby uznac za w pelni udany, gdyby nie to, ze wrocilem do siebie
o 3-ej rano i wczorajszy dzien nie nalezal do tych najlepszych jesli
chodzi o samopoczucie. Udalo mi sie nawet wstac na 12:30 do
kosciola, co i tak uwazam za sukces ostatnimi czasy he he ale
czlowiek jakis taki skacowany... Nie ma nic gorszego niz isc do
knajpy i nie wypic tyle piwa, ile nalezy "dla zdrowotnosci" he
he.
W sklepie parafialnym zakupilem kasete video pt.
"Kremowka" - pokazujaca humorystyczne fragmenty ostatniej
pielgrzymki Jana Pawla II do Polski. Jakosc techniczna fatalna,
wrecz drazni wzrok (zwlaszcza jesli przyzwyczail sie czlowiek do
laseryskow i DVD) - konwersje na NTSC musiano zrobic na jakims
zupelnie juz archaicznym, amatorskim sprzecie, ale przeciez nie to
jest najwazniejsze. Rzeczywiscie, teraz dopiero rozumiem dlaczego
to, co sie dzialo podczas pielgrzymki mozna okreslic wyrazem
"zenujace". Skandowanie hasel wziete jakby z imprez urodzinowych
"cesarza" Korei Polnocnej, ewentualnie "pozny Gierek". Do tego tlum
- a raczej motloch - zachowujacy sie nie jak podczas nabozenstw czy
chocby spotkan z Papiezem (Pa-pie-zem) tylko jakby to byl koncert
Disco-Polo ("chcemy jeszcze" itp.). D***kracja panie pelna geba...
Najbardziej denerwowaly mnie te brawa - co Papiez dwa slowa to
ludzie brawa. Papiez, ze jakiegos Zyda chyba zamordowali Niemcy w
getcie a ludzie brawa. Wygladalo jakby bili SS-manom - tak bym to
przynajmniej pokazal, gdybym pracowal w "New York Times", albo byl
jakims postepowym "yntelektualysta" z Berkeley, gdzie facet
poslugujacy sie pseudonimem "Adam Michnik" przyjezda regularnie po
tzw. wskazowki. "Zegarmistrz panie"...
Skonczylem ogladac
kasete a do drugiego wczoraj wyjazdu do parafii (tym razem na
spektakl teatralny) zostalo mi jeszcze kilkadziesiat minut. Wzialem
wiec puszke Dr. Peppera i wychodze na balkon aby wchlonac nieco
promieniowania slonecznego. Na balkonie spotykam sasiada zajmujacego
sie akurat pielegnacja kilku, rosnacych w podwieszonych na sznurkach
doniczkach, kwiatkow. Sasiad do mnie co slychac i czy widzialem te
laski, ktore jakis czas temu opalaly sie przy basenie. Ja na to, ze
nie, ale za to widzialem fajna Francuzke przy duzym basenie, kiedy
wchodzilem do domu. "Ta brunetka?" - sasiad ozywil sie od razu. Znam
ja. Jest fantastyczna i ma tu bardzo duzo przyjaciol" - dodal. "Jest
zamezna?" - pytam dla podtrzymania konwersacji. "Ona mowi, ze jest,
ale czesc z jej znajomych mowi, ze nie" - sasiad na to z usmiechem.
"Ale ta, ta co sie tu opalala to jest super dziewczyna. A jaka
>>oczytana<<... EEEEH!" - zatoczyl dlonmi w powietrzu
pokazujac poziom oczytania i wydal ten dzwiek - pomiedzy
westchnieciem a rykiem lwa he he... "Byla u mnie dziewczyna, pol
godziny temu wyszla. A ja nie mialem jak wymknac sie na balkon, ale
w koncu wpadlem na pomysl i powiedzialem jej, ze musze popracowac
przy kwiatkach. I tak stoje, udaje, ze cos robie a patrze taaam"...
Potem jeszcze pogadalismy chwile z sasiadem i wyszlo na to, ze w
jego zylach plynie krew polska, irlandzka i jeszcze jakas inna.
Dowiedzialem sie tez, ze zaraz obok mojego osiedla jest - irlandzka,
zdaje sie - misja katolicka i "taaam przychodza fajne
laski"...
No a potem pojechalem do San Jose, gdzie
sympatyczny pan aktor wystawil monodram pt. "Album" wg wlasnej
adaptacji powiesci "Widnokrag", ktora podobno dostala w zeszlym roku
nagrode Nike. Nawet nienajgorsza. Klimaty w stylu Iwaszkiewicza,
tyle, ze pisane dzis. Bylo mi tylko glupio z powodu, iz na sali bylo
moze z 10 osob... Ulzylo mi jednak kiedy dowiedzialem sie, ze aktor
nie przyjechal z Polski - jest "tutejszy", tj. jakis czasem temu
osiadl w San Mateo bodajze, choc wczesniej pracowal przez lata w
kilku teatrach w Polsce. Tak wiec na pewno juz przywykl do takiej
frekwencji... Byc moze przyczyna byl takze koncert chopinowski -
"konkurencyjna" impreza. Troche glupio mi wobec Gosi, ze nie
stawilem sie na koncercie, ale przyczyna byly oczywiscie
pozostalosci przeziebienia. Nie chcialem zawiesc Gosi, ale balem
sie, ze jak tak kichne czy kaszlne to mnie melomani zabija, a na
takim przedstawieniu... z natury o mniej oficjalnym charakterze -
czulem sie bezpieczniej...
Za to dzis jestem juz cool he he.
Wstalem o 7-ej, robienie standardowych pompek poszlo mi zadziwiajaco
lekko, zatankowalem do pelna i troche po 8-ej bylem w biurze, aby
tuz przed 9-ta rano wyruszyc do Oakland - na slub Vikasa. Slub mial
odbyc sie w gmachu Sadu Hrabstwa Alameda w Oakland, o 10.30. Balem
sie korkow na I-880 wiec wyjechalem - jak sie potem okazalo - o
wiele za wczesnie. Na miejscu bylem cos przed 10-ta - odstawiony a
la James Bond w wersji dziennej tj. niezupelnie wieczorowej he he. I
tak sobie stoje lub chodze czekajac na Vikasa i reszte i z jednej
strony nachodza mnie refleksje dotyczace dosc unikalnego stylu
architektonicznego Oakland (ciekawym polecam fragment "Bez strachu"
P. Weira, kiedy to bohatero- -wie jada zwiedzac Oakland) i dochodze
do wniosku, ze trzeba tu kiedys przyjechac na cala sobote, a z
drugiej strony zastanawiam sie czy ten slub to czasem nie jakas
pomylka wynikajaca z mojego przemeczenia i rozkojarzenia.
Watpliwosci rozwiewa w koncu pojawienie sie Hitesh'a - hinduskiego
przyjaciela Vikasa. A wiec to nie pomylka... Choc teraz obaj sie
zastanawiamy czy wszystko w porzadku he he. Ja probuje pocieszac sie
tym, ze "Vikas zawsze sie spoznial", choc tak za bardzo nie potrafie
sobie przypomniec kiedy to moj przyjaciel sie spoznil... W
miedzyczasie, jeszcze przed przyjsciem Hitesha zwiedzilem budynek
sadu i przekonalem sie, ze jest to klasyczny urzad panstwowy - bez
zadnych specjalnych zabiegow dekoracyjnych moznaby w nim krecic
"Proces" Kafki czy cokolwiek innego, co mowi o tzw. "instytucjach"
he he... Jedynie przy wejsciach do budynku aparatura high-tech -
bramki z wykrywaczami metali i maszynami do przeswietlania bagazu
jak na lotniskach. Ale te urzedy wygladaja identycznie jak to, co
zapamietalem juz z DMV - "brud i ubostwo" jesli chodzi o wystroj
oraz urzednicy wygladajacy jak menele. W hallu amerykanskie baby
oraz wygladajacy jak oberwancy Murzyni defiluja przede mna na
przemian z elegancko ubranymi prawnikami. Choc oni ratuja honor tego
kraju... Najlepsze jednak bylo linoleum klatki schodowej prowadzacej
do piwnicy oraz sufit jednej z sal z urzedami, z ktorego poodpadaly
plytki wykladziny - tak na oko musialo to sie wydarzyc juz dosyc
dawno... Kiedy zobaczylem okienko podpisane "sluby" i wygladajace
mniej wiecej jak okienko na poczcie doszedlem do wniosku, ze nie
dziwne, iz tutaj tyle rozwodow - jesli ludzie zawieraja malzenstwa w
takich warunkach he he... Potem jednak okazalo sie, ze jest tam
kanciapa z miniaturowym pokojem ustrojonym na salke do ceremoni
slubnych. Tak troche jak w Urzedach Stanu Cywilnego w Polsce, tyle,
ze w miniaturze. Wiadomo - Amerykanie sa praktyczni... No bo Vikas w
koncu dopisal - wraz z narzeczona, jej siostra z dzieckiem oraz
tesciowa. Okazalo sie, ze utkneli w jakims innym urzedzie z powodu
jakiegos brakujacego dokumentu (brakujace w tym sensie, ze nie
wiedzieli, ze trzeba go miec przy sobie). Potem trzeba bylo odstac
troche w kolejce do okienka. Pozniej znow poczekac, a pozniej sympa-
-tyczna pani ubrana jak zakonnik z filmow typu "Robin Hood"
zaprosila nas do kanciapy. Spytala najpierw jaka wersje ceremonii
zycza sobie panstwo mlodzi. No bo jest kilka wersji - skrocona,
sredniodluga, dluga oraz pelna jesli sie nie myle. Oni oczywiscie
chcieli pelna - z obraczkami wlacznie. He he kiedy Vikas pokazal mi
obraczki i powiedzial, ze "pletynowe z diamentem beda w terminie
pozniejszym" przypomnialem mureklame jakiejs firmy sprzedajacej
zareczynowe pierscionki z brylantami: "Jakze inaczej dwumiesiecz-
-na pensja moze trwac wieki?" he he... ... No to byla pelna, ktora
ja podsumowalem "tyle czekania i to wszystko?!" he he. Bylem
swiadkiem i z przejecia he he o malo nie zapomnialem wlasnego
adresu... Potem jeszcze zdjecia kiedy czekalismy na sporzadzenie
swiadectwa zawarcia zwiazku malzenskiego i rozstalismy sie. Oni wraz
z Hiteshem udali sie do Union City na lunch i ogladanie nowe- -go
domu, a ja zaliczylem szybki lunch w Subwayu w Sunnyvale i wrocilem
do biura... I moznaby stwierdzic, ze byl to "kolejny udany dzien
007" he he gdyby nie Jerzy - znow mnie dzis przyuwazyl jak
wchodzilem do biura i mowi: "ty tak jak jakis dyrektor". Jerzy lubi
sobie ze mnie zartowac. Co drugi raz mowi mi "o ktorej to sie do
pracy przychodzi?" lub "nie opier****lac sie, do roboty!". W
pozostale dni rzuca "nie przesadzaj z praca, co przechodze to ty
sleczysz przed monitorem"... Jerzy przechodzi zawsze obok mojego
boksu idac do pokoju, w ktorym stoi plotter - ci projektanci
layout'ow to maja przechlapane. Mi wystarcza w 99% przypadkow
wydruki formatu A4 (a raczej "letter" bo A4 to maja w Jewropie) a
taki to musi patrzec na abstrakcyjne "wyploty" formatu duzego stolu
bilardowego... Jerzy niesamowicie mi jednak zaimponowal, kiedy
powiedzial mi, ze przyjechal tu jako... pilot LOT na krotko przed
wprowadzeniem stanu jaruzelskiego, zostal i po prostu
przekwalifikowal sie na projektanta layoutow... Poniewaz Jerzy zna
tu prawie wszystkich (pracuje tu w Philipsie juz od lat) spytalem go
czy zna Johna Y., ktory do niedawna zajmowal boks obok mnie. Zawsze
odnosilem wrazenie, ze... Nie... to nie tak... Problem polega na
tym, ze przyjechalem tu bedac konserwatysta, przyzwyczajonym do
tego, ze do starszych nalezy zwracac sie nie po imieniu, a per
"Sir". Potem niestety "zgwalcono" mnie tu "przez uszy" i nauczono,
ze jest "luz" i wszyscy jestesmy "na Ty"... Zrobili ze mnie
liberala... dranie he he... No i tak tez zwracalem sie do Johna...
ale szybko odnioslem wrazenie, ze on z pewna wyzszoscia w glosie
daje mi do zrozumienia, ze nie za bardzo mu to odpowiada. Przez
jakis czas eksperymentowalem, a potem doszedlem do wniosku, ze
najlepiej mu po prostu nie wchodzic w droge i nie bedzie problemu z
wlasciwym klanianiem sie he he... W miedzyczasie zauwazylem tez, iz
John zwraca sie do innych zawsze per "Sir", a wiec zachowuje
dystans... Niedawno przeniosl sie do innego budynku wiec "problem z
glowy", ale tak z ciekawosci spytalem Jerzego czy go zna i jesli
tak, jaki on jest, gdyz mnie wydawal sie "zarozumialcem"... Na to
Jerzy pokazujac kciuk do gory "Taki facet! Ja z nim na "Ty" jestem!"
- no i juz wiem...
I z ostatniej chwili... Paloma sie
znalazla! Jakis czas temu uciekla z domu (prawdopodobnie chciala
pojechac do LA aby zostac gwiazda muzyki rap, co jej sie bardzo
marzy)... Zabrala z domu wszystko co sie dalo i wszystko to ukradli
jej w miedzyczasie (wlacznie z nowym samochodem mamy), ale znalazla
sie... wrocila i to jest
najwazniejsze...
CDN
| |