 |
 |


(20)01.04.27
Kilka tygodni temu dane mi bylo przezyc
najslinijesze chyba "w mojej karierze" trzesienie ziemii w okolicy.
Bylo to raptem nieco ponad 4 stopnie w skali Richtera i dla tych,
ktorzy zyja tu od dawna zupelna "normalka" ("jesli naczynia nie
spadaja z polek to jest to normalna rzecz...") niemniej ja troche
sie wystraszylem. Mialem bowiem wrazenie, ze za chwile zaczna walic
sie sciany mojego domu i przyjdzie tzw. "smierc w butach" he
he...
Jeszcze ciekawsza przygode mialem z moja nie
calkiem, jak mi sie zdaje, normalna sasiadka. Pewnego razu zmeczony
polozylem sie nieco po poludniu i nagle dotarlo do mnie, ze na
zawnatrz rozlega sie dziwny, podejrzany halas. Musial miec jakis
zwiazek z oknem sasiedniego domu, gdyz za kazdym razem okno w mojej
sypialni wchodzilo w dosc irytujacy rezonans. Po jakiejs godzinie
sluchania rytmicznego walenia na dworze zdecydowalem, ze sprawdze
dyskretnie coz to sie tam dzieje. Niczym Hans Kloss ostroznie
wyjrzalem przez okno i zobaczylem moja sasiadke, jak zwykle w szacie
wygladajacej na staroswiecka koszule nocna, w stanie wskazujacym na
znaczne tym razem spozycie i z jednym pantoflem w reku. To wlasnie
przy pomocy tego pantofla przez ostatnia godzine sasiadka rozbijala
szybe w oknie swej kuchni. Momentalnie zrozumialem co sie stalo:
moja sasiadka jak zwykle "na gazie" wyszla na chwile z domu i
zatrzasnely sie jej drzwi... Pomoglbym jej chetnie dostac sie do
domu... gdyby nie to, ze nieco sie jej boje he he. Poza tym, okno
bylo juz prawie calkiem rozwalone, wiec pomyslalem, ze niewiele juz
jej zostalo i na pewno poradzi sobie sama. Trzeba przyznac, ze
walczyla dzielnie. Po rozbiciu szyby chwijnym krokiem udala sie do
garazu, prezyniosla zmiotke i szufelke, zgarnela cale szklo ze
schodow. Nastepnie przyniosla sobie krzeslo, wspiela sie na nie i
zaczela wdzierac sie do wlasnej kuchni he he. Na poczatku nie szlo
jej chyba za dobrze, ale udalo jej sie uzyskac dostep do telefonu.
Do dzis nie jestem pewien, czy to tylko zbieg okolicznosci czy to
wlasnie ona zadzwonila do mnie wtedy. Niestety glos wskazujacy na
stan zupelnego upojenia alkoholowego, jesli nie narkotycznego,
uniemozliwial podjecie jakichkolwiek prob skomunikowania sie - ja
zupelnie nie moglem zorientowac sie o co chodzi osobie po drugiej
stronie. I naprawde, na zawsze chyba pozostanie juz tajemnica to,
czy byla to moja sasiadka, czy tez to jakis cpun wybral zly numer
probujac dodzwonic sie do kolegi...
Do Kaliforni
przyjechal znow Waldek, kolega Andrzeja jeszcze z czasow szkolnych.
Poznalem go kiedys u Leszka, zreszta wtedy to chyba poznalem tez
Andrzeja... Od razu zrobilo sie wesolo. Waldek stwierdzil, ze to sie
rzadko zdarza, iz spotyka sie kogos z ICT (tj. Instytutu Cybernetyki
Technicznej Politechniki Wroclawskiej), a tym bardziej juz na koncu
swiata. Poniewaz bylismy juz po kilku szklaneczkach szkockiej,
zaczely sie wspominki oraz tzw. niedzwiedzie usciski he he...
Poniewaz Waldek mieszka - az do przyjazdu Ani - u mnie, atmosfera w
moim domku zrobila sie teraz nieomalze rodzinna tym bardziej, ze
prawie codziennie odwiedza nas Andrzej a raz na jakis czas
przyjezdza z Livermore takze "Johnny", kolega szkolny Andrzeja i
Waldka, do spolki z ktorym realizuja obecnie super zaawansowany
projekt z dziedziny aparatury testowej. He he, moja druga sypialnia
wyglada teraz jak prawdziwa kolebka sukcesu w Dolinie Krzemowej -
dmuchany materac, sprzet komputerowy, aparatura rozmaitego typu,
mnostwo wydrukow schematow i... trzeba tylko dokupic piwa he
he...
W jedna z niedziel postanowilismy z Waldkiem wybrac
sie do Martinez. Nigdy wczesniej nie bylem tam, a ciekawilo mnie
ogromnie jak wyglada tamtejsza polska parafia. Minimalnie
przekraczajac ustwowe limity predkosci na autostradzie hehe mozna
tam dojechac w godzine. Okazalo sie, ze okolica jest naprawde
urocza, a polska kaplica ma niezwykle tradycyjny i jednoczesnie
nastrojowy charakter. Okazalo sie tez, ze na niedzielne Msze
przyjezdza tam bardzo duzo Polakow z tzw. Wschodniej Zatoki i jest
tam naprawde ogromnie sympatyczna atmosfera. Ostatnio zreszta mam
wrazenie, ze to wlasnie osrodek w Martinez jest gospodarzem
wiekszosci imprez polonijnych o rozmaitym charakterze, jakie maja
miejsce w naszej okolicy. Chocby wczorajszy wystep M.
Grechuty...
Pokazalem Waldkowi moje biuro (jeszcze w
"starym" budynku dawnego Quantum Effect Devices - niedlugo przenosic
sie bedziemy do nowych wiezowcow PMC-Sierra po drugiej stronie
autostrady) i przy tej okazji doszlo do zabawnego dosc incydentu.
Otoz jednym z udogodnien w mojej firmie sa rozne napoje, jakie firma
udostepnia bezplatnie pracownikom. Stoja sobie one w specjalnej
chlodziarce w kuchni i dosc oczywista jest pewna niepisana zasada:
napoje przysluguja w godzinach pracy do spozycia na miejscu.
Nieuczciwym byloby wynoszenie czegos z biura z zamiarem zabrania
sobie soku czy np. coli do domu. I wlasnie kiedy tego niedzielnego
popoludnia weszlismy z Waldkiem do kuchni w mojej firmie, zastalismy
tam "babe", ktora urzeduje w boksie niedaleko mojego. Z butelka soku
w kazdej rece oraz torebka wygladala na gotowa do wyjscia i nieco
sie he he speszyla na nasz widok, co dostarczylo nam powodu do
zartow i smiechu na kilka godzin...
Niedawno zdalem sobie
sprawe z tego, ze jedynym normalnym i dostepnym mi zrodlem
informacji o Polsce jest juz tylko "Radio Maryja". Jedynie tam
wiadomosci zawieraja informacje o tym, co dzieje sie w Polsce i
dotyczy Polski i Polakow. Stacje takie jak np. Trojka wola zajmowac
sie milionem roznych, nikomu chyba niepotrzebnych bzdur i plotek z
calego swiata. Najbardziej smieszy mnie podawanie wynikow sportowych
z USA, czy tez obszerne informacje o tym kto w tym roku otrzymal
Oskary albo jakies inne murzynskie nagrody muzyczne. Kogo to
obchodzi? A jesli juz zaczna mowic o Polsce to tylko o tym
Jedwabnem, do tego nie silac sie nawet na obiektywizm... Zreszta
czego tu wymagac od dziennikarzy, skoro nawet Minister Spraw
zagranicznych okazuje sie byc zwykla meda i przyglupem, ktoremu
wydaje sie, ze praca w dyplomacji polega na powtarzaniu bajek Grossa
i slinieniu sie na widok zagranicznych
politykow...
Postanowilem, ze podczas Swiat oderwe sie od
tej zalosnej codziennosci i przejade sie nieco po Kaliforni, co bylo
o tyle latwiejsze, ze Wielki Piatek jest w mojej firmie dniem wolnym
od pracy. Wyjechalem wiec rano w strone parku Yosemite, do ktorego
niestety nie dane mi bylo wjechac. Okazalo sie, ze trasy w gorach sa
wciaz zasniezone i jako, ze nie posiadalem przy sobie lancuchow,
musialem zawrocic. Pojechalem wiec od razu na poludnie - do Fresno.
Calkiem przyjemna okolica. Tam przenocowalem i w sobote wyruszylem
do Santa Barbara, ktore to miasteczko o tej porze roku wydaje sie
przezywac juz nieomalze pelnie sezonu. Tam tez mialem drugi nocleg i
w niedziele udalem sie w droge powrotna w kierunku San Francisco
trasa nr. 1. Niestety, z powodu osuniec sie skal na szose w pewnym
miejscu 1-ka byla zamknieta i dalej nie dane mi bylo juz cieszyc sie
pieknymi widokami wybrzeza Kaliforni. Musialem skorzystac z objazdu
przez gory, ktory prowadzil juz do 101-ki dochodzac do niej na
wysokosci King City. Samo zamkniecie drogi nieco mnie zaskoczylo.
Owszem, wczesniej widzialem w dwoch miejscach tablice informujace o
tym, na jakiej wysokosci zamknieto te najwieksza chyba atrakcje
turystyczna Kaliforni ale bylem pewien, ze w odpowiednim momencie
ujrze tablice informujaca o objezdzie. Nic z tego. Nagle dojechalem
po prostu do blokady, czegos w rodzaju szlabanu, przy ktorym
zobaczylem umundurowana "babe" i to bylo wszystko. W pierwszej
chwili myslalem, ze jest to tylko odcinek z nieczynnym jednym pasem,
ze przepuszczaja samochody na zmiane z jednej i z drugiej strony.
Kiedy wiec pani podeszla do mojego wozu i przywitala sie uprzejmie,
spytalem ja ile bede musial poczekac. "O, wiele dni" - ona na to.
Okazalo sie jednak, ze aby dojechac do wspomnianego objazdu trzeba
bylo cofnac sie tylko o mile. Na moje pytanie, czy objazd jest droga
z nawierzchnia czy tez zwykla "dzika" droga pelna kamieni i kolein,
uprzejma pani odpowiedziala, ze jest to droga asfaltowa, na co ja
stwierdzilem, ze zapewne bede sie dobrze na niej bawil. Spojrzala
znaczaco na mojego Monte Carlo i powiedziala: "w tym samochodzie na
pewno bedziesz dobrze sie bawil". Faktycznie. Znow mialem he he
wrazenie, ze biore udzial w akcji filmu o Bondzie albo
Swietym...
Prawybory w Nysie przyniosly nieoczekiwanie
optymistyczny rezultat. A juz zupelnie powodem do radosci jest
fatalny wynik zydokomuny z UW. Wyglada na to, ze spoleczenstwo
jednak powoli zaczyna orientowac sie w sytuacji. Trzeba chyba
jeszcze tylko kilku kadencji aby wtyborcy zorientowali sie, ze PO to
zwyczajnie "tratwa ratunkowa" dla szczurow z "tonacych" AWS/UW i
moze w koncu wyniki wyborow zaczna naprawde sklaniac ku
optymizmowi...
No, wreszcie "uskutecznilem"
przefinansowanie mojego domku - moje miesieczne raty beda teraz o ok
1/5 nizsze niz dotychczas. To niesamowite, ze teraz za dom i
samochod bede w sumie placil tyle, ile do tej pory placilem tylko za
sam dom... To znacznie poprawia moja sytuacje w zwiazku z zakupem
drugiej nieruchomosci - tym razem jako inwestycji na wynajem...
Udalo mi sie juz znalezc uroczy domek, moja oferta zostala
zaakceptowana, ale wciaz wazy sie sprawa kredytu. Jesli nie otrzymam
go do wtorku to sprawa przepada ale jestem dobrej mysli. Poza tym,
zawsze nastawiam sie w ten sposob: "jesli ten mi przepadnie to
pozniej na pewno znajde jeszcze lepszy", co zreszta juz raz sie
sprawdzilo.
He he, odnioslem kolejny maly sukcesik w
pracy. Tym razem moje wysilki uratowaly honor mojej firmy, ktora
zabojady z Thomsona podejrzewaly o sprzedaz wybrakowanych
procesorow. Ja przyczynilem sie walnie do zidentyfikowania problemu,
ktorym okazal sie nielegalny kod wygenerowany przez wadliwy
kompilator - oczywiscie - Microsoftu he he... Spotkala mnie z tej
okazji nieomalze publiczna pochwala w formie emaila do kadry
kierowniczej a pozniej takze ustna w obecnosci Toma
(wspolzalozyciela i prezydenta QED a obecnie wiceprezydenta
PMC-Sierra i dyrektora MPD - MIPS Processor Division). To drugie
mialo miejsce podczas urodzinowej imprezy Andy'ego, jednego z
najwyzszych ranga managerow, ktora odbywala sie w fantastycznej
restauracji wloskiej w Los Altos Hills. Poniewaz spoznilem sie o
kilka minut, przyszlo mi siedziec kolo Toma, ale bylo naprawde
bardzo sympatycznie, tym bardziej, ze Tom przy takich okazjach
zachowuje sie w sposob typowy dla ludzi tej klasy. Niedawno wlasnie
zdalem sobie sprawe, ze tutaj bardzo czesto ogromny dorobek w sensie
zawodowym idzie w parze z niezwykla osobista kultura (co jest raczej
oczywiste), ktorej bardzo wazna czescia jest skromnosc. Patrzac na
Toma widzimy "zwyklego" choc niezwykle inteligentnego i
sympatycznego czlowieka i naprawde trudno byloby sie domyslic, ze
jest to pionier mikroprocesorow, wspoltworca pierwszego na swiecie
komercyjnego procesora 64-bitowego (MIPS R4000) a obecnie "szycha"
tej rangi i do tego raczej na pewno multimilioner z akcentem na
multi he he... Co tu duzo ukrywac he he... Tom Riordan to moj drugi
"idol" - obok Jamesa
Bonda...
CDN
| |