pad

Czysta paranoja..

(20)01.07.25

No i po raz kolejny stalem sie swiadkiem "akcji upokarzania Polski i Polakow na arenie miedzynarodowej", ktora Zydzi zapowiedzieli swego czasu w kontekscie swych zadan natury zgola materialnej i ktora konsekwentnie realizuja. Co jakis czas w miejscowych gazetach pojawiaja sie male artykuliki o tym, jak to podli polscy (bo innych przeciez nie bylo i nie ma) nazisci mordowali Zydow. Ostanio w San Jose Mercury News pojawil sie nawet artykul poswiecony tej zalosnej imprezie w Jedwabnem. Kazdy srednio rozgarniety czytelnik mogl zorientowac sie, ze na ironie zakrawa fakt, iz Zyd ( Kwachu/Stoltzman ) przeprasza Zydow w imieniu Polakow za zbrodnie popelnione przez Niemcow (dokladnie opisane lata temu). Czysta paranoja.. Prawda oczywiscie niewygodna dla tej utytulowanej miernoty Grossa i jego poplecznikow... Kogo jednak obchodzi prawda, gdy w gre wchodza miliardy dolarow z budzetu i tak juz zrujnowanej Polski? Smutne...

Niedawno zdalem sobie sprawe z tego, ze w mojej firmie (tj. dawnej Quantum Effect Devices) nieodmiennie obowiazuje zasada, iz oferty pracy sklada sie tylko i wylacznie tym, ktorych mozna uznac za naprawde najlepszych. A zrozumialem to gdy na rozmowy kwalifikacyjne zglosil sie do nas Ben. Niesamowity umysl; prymus z Princeton, doktorat z fizyki teoretycznej. Spedzil lata w Windriver, pracowal przy rozwoju narzedzi do VxWorks i samego systemu, jako inzynier polowy m.in. w UK, poza tym jako profesjonalny instruktor. Na wiekszosci z nas zrobil naprawde ogromnie korzystne wrazenie a mimo to zaistnialy watpliwosci czy mozna powierzyc mu obowiazki zwiazane z narzedziami w sytuacji, kiedy ma on dyplom z fizyki a nie z dziedziny bezposrednio zwiazanej z komputerami i procesorami... Taka swiadomosc zobowiazuje. Tym bardziej, iz niedawno przekonalem sie, ze naprawde zalezy im tutaj na mnie. Nagle okazalo sie, ze liczba opcji jaka mialem w umowie (jeszcze z QED) po automatycznej konwersji na opcje PMCS jest zbyt mala (minimalnie wprawdzie) i nie spelnia wewnetrznych zasad firmy, tj. nie miesci sie w "widelkach". Podwyzszono mi ja wiec. Dosc znacznie. Przypadkiem dowiedzialem sie, juz pozniej, ze do maksymalnej liczby przyslugujacej na moim stanowisku. Tak, to zobowiazuje i dopinguje zarazem...

Nasze weekendowe wyprawy na piwo do Los Gatos umarly he he, ze sie tak wyraze, smiercia naturalna. Krzysiek ma ostatnio szczescie do rudych dziewczyn he he... Kiedy bylismy w Los Gatos, w "knajpie ze stolami do poola, na rogu", jeszcze z Asia i Waldkiem, poznalismy ciekawa pare. Oboje wygladali na Brytyjczykow; ona na Irlandke a on na Walijczyka, ale byli jednak Amerykanami. Zagralismy troche razem (odkrylem w sobie ostatnio zamilowanie do kija bilardowego a Krzysiek twierdzi wrecz, ze przy stole robie wrazenie zawodowego gracza brytyjskiego he he), zaczelismy rozmawiac i szybko okazalo sie, ze dziewczyna ma do swego towarzysza stosunek raczej lekcewazacy, natomiast bardzo klei sie do Krzyska. Panienka zreszta w ogole sprawiala wrazenie bardzo "wyluzowanej", zeby he he nie powiedziec bezpruderyjnej. Kiedy zauwazylem, ze przy stole podryguje i "wygina sie" w dosc charakterystyczny sposob, spytalem ja czy byla cheerleader i okazalo sie, ze trafilem w 10-ke z tym tylko, iz, jak mi wyznala, byla nia tylko w szkole sredniej... Czas szybko lecial i nagle okazalo sie, ze zbliza sie juz godzina 1-sza a w nocy, kiedy to iscie faszystowskie prawo socjalistycznej Kaliforni nakazuje rozpoczecie konczenia impez i zamykania lokali... Krzysiek nie liczyl na wiele he he... Popelnil maly blad w konwersacji z panienka. Kiedy powiedziala mu, ze jest z branzy medycznej, Krzysiek spytal czy jest lekarka, a kiedy ona odparla, ze nie, Krzyskowi wyrwalo sie male "oh!" w niewlasciwej tonacji i mial wrazenie, iz nieco dotknal ja tym a oslabiony alkoholem refleks nie pomogl w zgrabnym wyjsciu z sytuacji... Kiedy wsiedlismy z Krzyskiem i Waldkiem do mojego Monte Carlo i wyjechalismy z parkingu na ulice, Krzysiek od razu powiedzial: "James, teraz jedz wolno bo zaraz bedzie tu gdzies stal kot". Oczywiscie byly to zarty, ale gdy tylko dojechalismy do naszej ulubionej knajpki, okazalo sie, ze slowa Krzyska sprawdzily sie: pod knajpa stal "kot" i najwyrazniej bylismy swiadkami malej roznicy zdan pomiedzy nim a jego towarzyszem. Na nasz widok (a zwlaszcza mojego Monte Carlo he he) panienki oblicze rozpromienilo sie. Stwierdzila, ze godzina jeszcze mloda i, ze zapewne w San Francisco mozna sie jeszcze zabawic oraz, ze potrzebuje przewodnikow po Miescie. Krzysiek nie proznowal he he. Od razu wystosowal formalne zaproszenie do naszego przytulnego samochodu a dziewczyna (co prawda zdrowo wcieta) przyjela je z entuazjazmem i byla juz gotowa wsiadac. Na to ja popelnilem ogromny blad he he. Na tylnym siedzeniu lezalo sporo szpargalow i postanowilem przelozyc je do bagaznika aby zrobic miejsce dla nowej pasazerki. Otworzylem wiec bagaznik i zaczalem przekladac rzeczy (atlasy, mapy i temu podobne drobiazgi). Wtedy panienka spojrzala na przepastny otwor bagaznika i widac bylo, ze trzezwieje. Stwierdzila, iz w tym bagazniku bez problemu zmiesci sie matrwe cialo i, ze ona sie tak nie bawi... "Widzisz James" - powiedzial w drodze powrotnej Krzysiek - "mamy dzis podwojna nauczke. Po pierwsze trzeba uwazac na to >oh!< a po drugie pod zadnym pozorem nie otwieraj przy kocie bagaznika"...

A potem mialem jeszcze smieszniejsza przygode w Santa Cruz. Umowilismy sie z Asia, Andrzejem, Krzyskiem i Waldkiem, ze spotkamy sie na naszej ulubionej plazy. Oni pojechali tam wczesniej a ja musialem zalatwic pare drobiazgow (w koncu bylo przyjemne weekendowe popoludnie) i mialem do nich dolaczyc juz na plazy... Przyjezdzam, zchodze na plaze a po nich ani sladu. Sadzilem, ze musza byc gdzies w okolicy wiec postanowilem poczekac troche na nich spacerujac po plazy... Dosc szybko natknalem sie na widok nieco osobliwy choc z drugiej strony calkiem typowy jak na Santa Cruz: na kocyku opalaly sie 4 panienki - dwie zupelnie nago a dwie w bikini. Powyzej, na szczycie klifu moje czuje oczy wypatrzyly momentanie faceta - na oko ok. 50-tki z mocno siwiejaca czupryna - wyposazonego w aparat fotograficzny z ogromnym teleobiektywem wycelowanym wprost w gole panienki. Podchodze wiec jak gdyby nigdy nic do plazowiczek, ktore na moj widok zaczely usmiechac sie raczej filuternie i mowie beztrosko: "dziewczyny, nie wiem czy zdajecie sobie sprawe z tego, ze tam na gorze jest taki starszy facet z aparatem fotograficznym z bardzo duzym teleobiektywem"... "A ty kim jestes?" - nerwowo pytaja mnie panienki - "moze jestes z nim?". "Nie" - odpowiadam beztrosko - "ja jestem James"... He he nigdy jeszcze nie widzialem, zeby ktos w takim tempie zakladal majtki...

No a potem znow pojechalismy do Los Gatos. Weszlismy do niezwykle halasliwego pubu i zaczelismy sobie dowcipkowac. Krzysiek wlasnie mial mi powiedziec, zebym uwazal kiedy mowie takze po polsku, gdyz tutaj mozemy natknac sie na rodaczki i wtedy wlasnie jeden z moich kontrowersyjnych "tekstow" przyciagnal uwage przechodzacych obok dziewczyn - jak sie okazalo "operek"; Wroclawianki Kasi i Czeszki Jany. Usiedlismy przy stoliku i bylo bardzo wesolo. Okazalo sie, ze Jana od dziecinstwa ogladala polska TV, doskonale rozumie polski i jest wielka fanka (m.in.) serialu "Czterej pancerni i pies". Potem bylo jeszcze weselej. Skonczylo sie na tym, iz Krzyskowi weszlo na honor i powiedzial do Andrzeja: "musimy udowodnic, iz my mamy do tych kotow takie same prawo jak James". Bylo to przy okazji wyjazdu do Santa Cruz. Dziewczyny bardzo chcialy zobaczyc plaze, ktorej, jak sie okazalo, jeszcze nie widzialy gdyz Jana dopiero co przyjechala do Kaliforni a Kasia nie miala wczesniej okazji i stanelo na tym, ze ja zawioze je tam a Andrzej i Krzysiek dojada pozniej. [Nie rozumiem zupelnie jak mozna caly piekny dzien siedziec w domu i jechac nad morze dopiero poznym popoludniem, kiedy w Santa Cruz robi sie szaro i chlodno...] Jak Krzysiek opowiadal mi potem, mieli zamiar dac sobie spokoj z ta plaza i pojechac prosto do San Francisco, gdzie szykowala sie pokazna polonijna impreza. Jednak, kiedy przejezdzajac obok plazy zobaczyli moj samochod, "Lysy" (tj. Krzysiek) stwierdzil, iz "trzeba Jamesowi pokazac" he he. No i teraz zartuje, ze ma ostatno szczescie do rudych dziewczyn... Jana okazala sie trzecia rudowlosa w krotkim czasie - po pewnej panience, ktora zaczepiala go w pubie w Mountain View i "irlandzkiej cheerleader'ce" z Los Gatos he he...

Wsrod moich ostatnich nabytkow DVD znalazly sie koncert "Blondie" oraz najnowsze wydanie filmu "The Wall". Co do pierwszego, musze wyznac, iz z miejsca pozazdroscilem nieco Andrzejowi, Krzyskowi i Waldkowi. Za "ich czasow" Blondie byla u szczytu popularnosci i byla mloda... Koncert, ktory nabylem okazal sie wystepem po latach, a to juz nie ta energia, nie ten wdziek i nie ten rozmiar odziezy... Natomiast "The Wall" przeszedl moje oczekiwania. Przestalem dziwic sie, dlaczego przygotowanie tego wydania trwalo tak dlugo. Nie wiem czy przy tym nie spisano sie nawet lepiej niz w Lucasfilmie przy nowej wersji trylogii "Gwiezdnych Wojen". Obraz poprawiono znaczaco, przydajac mu ostrosci i poprawiajac nasycenie barw a dzwiek w standardzie 5.1 jest oszalamiajacy nie tylko dynamika ale takze doskonaloscia efektow przestrzennych. Sceny batalistyczne sa naprawde doskonale. Mozna odniesc wrazenie, iz znalezlismy sie nagle na lini frontu i w kazdej chwili moze obok eksplodowac jakas bomba...

28 czerwca dlugo oczekiwany dzien - przyleciala Ania i zycie znow nabralo dla mnie barw. Szkoda, ze Waldek musial juz wrocic do Polski. Ogromnie go polubilem i mam nadzieje, ze jeszcze spotkamy sie - jak nie w Kaliforni to w Polsce.

No i w koncu sfinalizowalem zakup i wynajem mojego nowego domku. Nie obylo sie przy tym bez perypetii graniczacych z cudem z jednej a "falandyzacja prawa" z drugiej strony. Np. przed samym zamknieciem transakcji okazalo sie, ze jeden z dwoch udzielajacych mi kredytu bankow nagle "wylecial z interesu" (tzn. zbankrutowal, zdaje sie). Na szczescie byl "plan B" i otrzymalem kredyt z banku z siedziba w... Fargo w Pln. Dakocie. Normalnie w sytuacji kiedy kredytodawca ma siedzibe w innym stanie nastepuje dodatkowe opoznienie przy rejestracji transakcji. Gracjana wolala nawet nie pytac w Old Republic Title Company w jaki sposob przepisy zotaly ominiete...

Najlepsza jednak czesc to he he poszukiwanie lokatorow. Na moje ogloszenie w "San Jose Mercury News" otrzymalem ogromna ilosc odpowiedzi ale dosc szybko zorientowalem sie, iz mimo bardzo korzystnego polozenia domku (blisko dwoch autostrad, siedziby oddzialu IBM i wielu innych firm) "nie ma letko" he he. Przepiekny ogrodek, ktory jest najwiekszym chyba atutem tej nieruchomosci nie na wiele sie zdal. Wszyscy pytali wylacznie o cene i, jesli okazywala sie wyzsza od spodziewanej, nie chcieli nawet ogladac domu. Poza tym w zdecydowanej wiekszosci dzwonily do mnie osoby, ktore od razu pytaly czy zgadzam sie na "Section 8". Na poczatku nie wiedzialem w ogole o co chodzi ale szybko mi to wyjasniono: Hrabstwo (tutaj Santa Clara County) funduje lub dofinansowuje mieszkanie "kwalifikujacym sie osobom" tj. samotnym matkom, rodzinom o niskim dochodzie itp. W zaleznosci od sytuacji konkretnej osoby lub rodziny HA (Housing Authority) pokrywa nawet do 70% czynszu, a limit okreslany jest na podstawie standardu mieszkania i jego lokalizacji. W San Jose limit czynszu za mieszkanie z 3 sypialniami (takie przysluguje np. samotnej matce z dwojka dzieci! - zupelna paranoja...) wynosi nieco ponad 2100$. Oczywiscie limit ten oznacza, iz HA pokrywa odpowiednia czesc oplaty do tej tylko sumy a ewentualna roznice w przypadku gdyby wielkosc czynszu przekraczala ten limit musieliby pokryc w calosci lokatorzy... Tak wiec najczesciej bylo tak, iz dzwoniaca do mnie osoba rozpoczynala przedstawienie sie od wypowiadanych dosc charakterystycznym murzynskim glosem slow "jestem samotna mama...". Czasem tylko zadzwonila jakas starsza Azjatka, ktora nie byla w stanie powiedziec nawet poprawnie o co jej chodzi... No, bywalo tez, ze dzwonili ludzie mowiacy jak najbardziej poprawnie po angielsku i bardzo grzecznie zegnali sie po uslyszeniu ceny... "Nastaly czasy ciezkie, niepewne" - pomyslalem sobie - "jak juz mam nieco opuscic cene to lepiej chyba wybrac kogos z Section 8. Poniewaz oni placa tylko mala czesc i raczej nie pracuja w High Tech to szansa, iz nagle przestana placic jest nieco mniejsza a nawet jesli oni przestaliby placic to tymczasowo moge ratowac sie czekami z HA...". Tak tez wiec zrobilem. Znalazlem w koncu sympatyczna rodzine latynoska. Steve pracuje w sklepie meblowym Levitz, zarabia 40 tys. $ rocznie. Maria pracuje w domu, zajmuje sie 3-ka ich dzieci i prowadzeniem "gospodarstwa". W tej sytuacji, zwlaszcza biorac pod uwage realia Doliny, ich dochody na pewno mozna zakwalifikowac jako "niskie". Tym bardziej, ze z tych 40 tys. socjalistyczne rzady federalny i stanowy znaczna czesc odbieraja im w podatkach: dochodowych, social security, a takze posrednich, jak np. kalifornijski podatek od sprzedazy (w CA do kazdej ceny trzeba dodac 8.25% podatku).

Majac za soba wstepne formalnosci i opisana wyzej edukacje wiedzialem juz dokladniej dlaczego place tak wysokie podatki w kraju, ktory jeszcze w zeszlym wieku uchodzil za symbol wolnosci (pisze "w zeszlym" poniewaz w. XX w sensie historycznym trwa jeszcze; tak jak zaczal sie w r. 1914 z chwila obalenia tradycyjnego porzadku w Europie, tak tez skonczy sie dopiero z chwila obalenia socjalizmu, a przede wszystkim totalitarnej dyktatury miernot zwanej d***kracja) i ktory dzis jeszcze ludzie mylnie uwazaja za symbol (jesli nie synonim) zabawnego pojecia "wolny swiat". Zabawnego w tym sensie, iz dzisiejsi politycy i "autorytety" zongluja nim o tyle zabawnie co i tragicznie... Podobnie zreszta jak i w przypadku pojec "wolny rynek", "wolny handel" itp...

... Teraz przyszedl czas na tresure pt. "urzednik zawsze wie lepiej". Jednym z wymogow stawianych przez Housing Authority "landlordowi" tj. wlascicielowi lokalu jest przejscie kontroli technicznej. W ostatnim tygodniu czerwca na miejsce przyjechala elegancka acz skromna czarnoskora urzedniczka. Nie powiem, niezwykle uprzejma. Lista rzeczy jakie nalezy sprawdzic nie jest zbyt dluga. Wszystkie istotne urzadzenia musza byc sprawne. OK, byly. Teraz maly haczyk. Doslownie. Odsuwane okienko w lazience musi byc zaopatrzone w blokade. Byla urwana. Drzwi wejsciowe musza miec zamki otwierajace sie od wewnatrz bez uzycia kluczy - aby nie trzeba ich bylo szukac w wypadku pozaru. Nie mialy. Jakos to nie przeszkadzalo poprzednim wlascicielom domu. Na szczescie lista "usterek" nie byla dluga a Steve i Maria zobowiazali sie, ze wszystko zrobia we wlasnym zakresie - ja juz zupelnie nie mialem czasu gdyz bylo to zaraz przed przyjazdem Ani. Urzedniczka uprzejmie zgodzila sie przyjsc na powtorna inspekcje jeszcze w piatek i, co istotne, ustalila tzw. "data efektywna" na 1 lipca, co oznacza, iz w przypadku gdy wszystko bedzie w porzadku i kontrakt zostanie podpisany, HA wyplaci mi pieniadze za wynajem od tej wlasnie daty. Bylo to dla mnie o tyle wazne, iz 1 lipca byl dla mnie jednoczesnie terminem pierwszej raty, a spoznianie sie ze splatami kredytow w USA nie nalezy oczywiscie do zalecanych sposobow poszukiwania mocnych wrazen...

Zanim jednak jeszcze podpisalem umowe juz rozpoczely sie klopoty. Na poczatku lipca postanowilem skontaktowac sie z zarzadca osiedla gdyz nikt do tej pory nie odezwal sie do mnie. Nie wiedzialem nawet na jaki adres mam wysylac moje miesieczne skladki. Kiedy zadzwonilem i przedstawilem sie facet powital mnie w sposob na pograniczu zwyczajnej niegrzecznosci i ironii. Twierdzil, iz powinienem duzo wczesniej skontaktowac sie z nim i podac mu moj adres, gdyz on nie wiedzial gdzie wyslac mi dokumenty. Rozmawial podobno z listonoszem i od niego dowiedzial sie, ze w domu nikt jeszcze nie mieszka. Dziwne, ze listonosz nie powiedzial mu, ze poczta jest jednak odbierana - wszak co drugi dzien jezdzilem tam aby podlac kwiaty w ogrodzie, odebrac poczte, sprawdzic czy wszystko w porzadku czy spotkac sie z kims, kto chcial zobaczyc dom (a pozniej i tak najczesciej nie przychodzil - w USA bez "komorki" zyje sie coraz ciezej a wiekszosc ludzi stwierdza zapewne, ze to rak mozgu jest mniejszym zlem...). Zreszta to listonosz wystraszyl mnie w pewnym momencie mowiac, abym "nie szedl na Section 8" - gdyz "ci ludzie w ogole nie dbaja o lokal". Na tym samym osiedlu wlasnie zdemolowali komus zupelnie dom narazajac go na ogromne straty. Listonosz, zreszta bardzo sympatyczny, powiedzial jeszcze, ze "on tez wynajmuje swoje nieruchomosci i wie jak to jest"... ... Tak wiec Walt Seibert, nie mogl wyslac mi swoich papierow choc takie np. banki czy Title Company nie mialy zadnych z tym problemow. Poza tym dowiedzialem sie, ze juz sa skargi na moich lokatorow, a przede wszystkim powinienem zglosic ich najpierw w administracji - tj. jemu. Skargi byly banalne. Wybrali sie na basen, choc nie mieli jeszcze oficjalnego klucza, poza tym wybrali sie zbyt duza liczba osob, do tego jeszcze "byla glosna muzyka"... Tak czy inaczej musialem wybrac sie do "biura" Walta. Spodziewalem sie, ze zobacze wysuszonego brodacza z pejsami, a za to zobaczylem oblesnego, lysego grubasa, ktory na moj widok zrobil sie nagle bardzo uprzejmy i grzeczny. Przekazal mi wszelkie papiery potrzebne zarowno mnie jak i lokatorom, pobral odpowiednie oplaty, udzielil calej masy przydatnych rad a nawet dal mi kupon znizkowy do mojej ulubionej restauracji Black Angus (sam nie wykorzystalby go gdyz bedac wegetarianinem nie jada stekow). Pare dni poniej zadzwonil do mnie do pracy aby zawiadomic mnie, ze w czasie weekendu pojawily sie kolejne skargi na moich lokatorow. Podobno ich pies nie daje zasnac sasiadom gdyz szczeka 24 godziny na dobe. Ich dzieci jezdza po alejkach wewnatrz osiedla na skuterach i do tego jeszcze bez kaskow, a tam z duza predkoscia wjezdzaja z ulicy Snell samochody i "gdyby samochod potracil na naszym osiedlu dziecko, to... byloby naprawde bardzo, bardzo niedobrze". I tak dalej... Walt wyznal lojalnie, iz sadzi, ze "prawda jest zawsze gdzies posrodku", wiec on mnie tylko zawiadamia i radzi porozmawiac o tym z lokatorami i wyjasnic te sprawy zanim sasiedzi zadzwonia na policje itd. Rzeczywiscie, okazalo sie, ze informacje byly "mocno przesadzone". Np. co do psa. Owszem szczeka, ale pies sasiadow, ktorzy zreszta celowo draznia psa Steve'a i Marii aby sprowokowac go. He he niezla komedia. Tyle klopotow i szumu i to zanim jeszcze oficjalnie podpisalismy trojstronna umowe o wynajem. Jednak udalo sie. Kosztowalo mnie to duzo nerwow i pracy ale he he zostalem kalifornijskim kamienicznikiem. Dzieki temu moge teraz spokojnie skupic sie na pracy, na sprawach imigracyjnych, a przede wszystkim cieszyc sie i w pelni przezywac szczescie zwiazane z obecnoscia Ani. Zreszta, co tu duzo mowic; w sierpniu jedziemy do Nevady!

CDN